
Ks. Tomasz Jaklewicz Ewangelia z komentarzem
28 czerwca 2026 GN 26/2026 Otwarte
Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.
Jezus powiedział do swoich apostołów: «Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.
Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma.
Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody».
„Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien…”. Radykalizm tego wezwania zdumiewa. Tak może mówić tylko Bóg. Tylko On może rościć sobie prawo do takiej miłości. On dał nam wszystko i dlatego może oczekiwać wszystkiego. Czy nie pachnie to fanatyzmem? Można by tak pochopnie sądzić, ale kolejne zdania mówiące o krzyżu rozjaśniają sprawę, dają właściwy kontekst. „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. Trzeba wejść w tę tajemniczą logikę krzyża Jezusa. Czym był krzyż dla Niego? Nie był jakimś fatum, nie był przekleństwem losu, nie był triumfem zła nad sprawiedliwym. Choć tak można by sądzić, patrząc z zewnątrz. W istocie krzyż był darowaniem siebie do końca. Objawiła się na nim miłość nieskończona, wieczna, totalna. Czy jesteśmy w odpowiedzi zdolni tak samo kochać Boga? Nie sądzę. Ale tak powinniśmy myśleć o naszej wierze, a przynajmniej rozmieć, że chodzi o taką miłość w życiu. Zrozumieli to mistycy. Oni weszli na tę drogę. Odkryli przepastną głębię miłości Boga do człowieka i próbowali odpowiedzieć analogicznie na ten dar swoim życiem. Św. Teresa z Ávili pisała: „Gdy Boski Łucznik strzałą swą zranił/ Przeszył do głębi serce me/ Ogień miłości całą mnie strawił/ Że w nim znalazłam szczęście swe./ Odczułam wówczas życia wiecznego/ Upajający zdrój (…) I odtąd jestem wszystka dla Niego/ A On jest wszystek mój”. Jest w tym wierszu nawiązanie do Pieśni nad Pieśniami. Najbliższym obrazem takiej totalnej miłości jest małżeństwo, w którym chodzi o wzajemne oddanie siebie mężczyzny i kobiety. Tak jakoś kocha nas Bóg. Chce nas poślubić i dlatego tak jak oblubieniec chce być tym jedynym, najważniejszym, wybranym na zawsze. Chce, by więź z Nim przewyższyła wszystkie inne ludzkie miłości. Stary Testament mówi wprost o „zazdrosnej miłości Pana”.
Te treści współbrzmią z drugim czytaniem. Paweł mówi o chrzcie jako o zanurzeniu w śmierci Jezusa. Pamiętajmy, że śmierć na krzyżu to miłość. I dlatego ta śmierć jest życiodajna, ona nas zbawia. Chrzest zanurza nas w miłość Jezusa, włącza nas w ten akt Jego samoofiarownia. „Umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie” – pisze Paweł. Człowiek grzeszy, gdy chce czegoś lub kogoś tylko dla siebie. Paradoksalnie wtedy siebie traci. Gdy żyjemy DLA Boga i innych, to choć wydaje się, że tracimy, to tak naprawdę zyskujemy, wchodzimy w życie. Tracąc swój egoizm, znajdujemy miłość, czyli życie.
Nie trzeba się bać, że to zbyt górnolotne. Człowiek jest powołany do rzeczy wielkich, ale idzie do nich przez rzeczy małe i poste. „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych…” – mówi Jezus. „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”. Bóg przychodzi do nas przez innych. W nich też daje nam siebie i w nich czeka na naszą miłość. Nie chodzi więc o to, aby tak bardzo kochać Boga, że odrzuca się inne miłości. Chodzi o to, aby nikt nas nie odciągnął od Boga, nie przesłonił Jego Osoby. Ludzka miłość może sprawić, że drugi człowiek nas sobą oślepi. A rzecz w tym, by wszelkie ludzkie relacje, każda ludzka miłość kierowała ku Bogu, była ku Niemu stopniem, drogą. Dlatego to ważne, by każdą miłość ludzką „zaczepiać” o miłość Bożą. Innymi słowy chrzcić każdą więź – rodzinną, małżeńską, przyjacielską. Tak, by każda ludzka relacja prowadziła mnie ku nieskończoności, ku miłości wiecznej, czyli do nieba. Kiedy widzę, że moja osoba przesłania komuś Boga, muszę coś z tym zrobić. Choć pokusa „będziecie jak Bóg” jest może wtedy najsilniejsza. Ale w imię miłości trzeba tę pokusę pokonać. Tylko Bóg jest Bogiem.
I tu komentarzem jest opowieść z pierwszego czytania. Szunemitka okazała gościnność prorokowi Elizeuszowi. Podzieliła się swoim domem. W zamian otrzymała dar, którego się nie spodziewała. Jej małżeństwo zostało uleczone z bezpłodności. Urodziła syna. Zyskała więcej, niż dała. Miłość rodzi miłość. Obdarowując kogoś, zostajemy sami obdarowani. I nie ma w tym żadnego wyrachowania. Kobieta o nic nie prosiła proroka. Elizeusz sam z pomocą sługi rozpoznał, czego jej trzeba. Ale ostatecznie to nie on dał jej syna, tylko Bóg. Życzliwość proroka została wzmocniona Bożym darem. I tak to działa. Boża miłość nie przekreśla ludzkich więzów, ona je uwydatnia, wzbogaca, oczyszcza, czyni „kanałem” większej miłości. Kto kocha, nie utraci swojej nagrody.
Ks. Tomasz Jaklewicz Ewangelia z komentarzem