
107,6 FM
Dzieci bywają przekorne, co nas jako rodziców często irytuje. Nie inaczej było z Piotrem Frassatim – ojciec i matka zapewnili mu wszystko, co tylko można było, żeby na początku XX wieku uczynić jego życie komfortowym.
Jedynym, czym się z nim nie podzielili, była wiara, bo tę uważali za zbędny balast. I co? I akurat ta sfera życia Piotra Frassatiego pociągała najbardziej. Zgłosił swoją przynależność do kilku religijnych stowarzyszeń, codziennie uczestniczył w Eucharystii i przyjmował Komunię świętą, wstąpił do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego i długie nocne godziny spędzał na adoracji i lekturze Pisma Świętego. Rodzice Piotra, całkiem zresztą słusznie, zbuntowali się przeciw synowi i stawali dosłownie na głowie, by górskie wycieczki i sport, za którymi ich syn szczęśliwie także przepadał, przywróciły go do duchowej obojętności. Pokładali także nadzieję w górniczych studiach, które rozpoczął, a które skutecznie zabierały mu czas poświęcany religijnym dyrdymałom. Gdy więc niespodziewanie Piotr Frassati umarł nagle na skutek choroby w wieku 24 lat, 4 lipca 1925 roku, jego ojciec i matka poczuli, że grunt właśnie usunął im się spod nóg. To nie tak miało być. I tu zdarzył się cud: oto z otchłani rozpaczy wyprowadził ich bowiem… ich własny syn. A raczej tysiące ubogich mieszkańców Turynu, którzy utworzyli żałobny kondukt. Okazało się bowiem, że Piotr Frassati w tajemnicy przed najbliższymi opiekował się biedakami, stając się dla nich przez lata świadkiem Chrystusa. W dniu pogrzebu stał się nim także dla swoich rodziców. A dla nas, dla Kościoła, od 2025 roku jest świętym.