
Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce.
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża . Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła.
Jarosław Dudała: Zanim powiemy, czym jest noc ciemna według św. Jana od Krzyża, powiedzmy najpierw, czym ona… nie jest.
O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, noc ciemna nie jest zjawiskiem naturalnym, ale nadprzyrodzonym.
Nie jest to więc ani melancholia, ani smutek z powodu zewnętrznych trudności, ani kliniczna depresja?
Nie, choć niektóre objawy mogą być podobne. To jest dosyć trudna kwestia i rozumieją to tylko ci, którzy to przeżyli albo jeszcze są na tej drodze.
Noc ciemna to wprowadzenie człowieka w bardzo głęboki kryzys – kryzys tożsamości sięgający samych korzeni człowieczeństwa, którego przejście jest niezbędne do tego, by móc swobodnie w funkcjonować w rzeczywistości nadprzyrodzonej. Zanim to jednak nastąpi, pojawia się poczucie zagubienia, pustki i obcości w świecie, w którym się żyło do tej pory. Człowiek jakby zaczyna się wyprowadzać z tego świata.
Noc ciemna najbardziej przypomina zjawisko, które polski psycholog Kazimierz Dąbrowski nazywał dezintegracją pozytywną: człowiek się rozpada w swojej dotychczasowej konstrukcji, w dotychczasowej osobowości po to, żeby się lepiej złożyć na nowo. To jest straszne przeżycie. Wymaga farmakologii, żeby pomóc człowiekowi przez to przejść.
Taka dezintegracja pozytywna jest jednak – w przeciwieństwie do nocy ciemnej – zjawiskiem naturalnym?
Tak. Noc ciemna należy już do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Jest to proces przebóstwienia człowieka – przemiany jego samego i wszystkich jego relacji: z Bogiem, ze światem, z sobą samym. Punktem wyjścia jest tu – jak pisał św. Paweł – stary człowiek, żyjący pod dominującym wpływem żywiołu sił naturalnych, prowadzący naturalne, soczyste życie. I z tego właśnie życia on się wyprowadza do tego, co duchowe i Boskie. Odmawia zmysłom zaspokojenia, wybiera ogołocenie. Zmieniają się jego relacje, a on sam z dawnego człowieka (grzesznego, a przynajmniej zmysłowego) coraz bardziej staje się istnieniem duchowym, coraz bardziej podobnym do Boga. To właściwie jest istota nocy ciemnej: pozbawienie się naturalnych praw i naturalnej działalności, by nabrać sprawności nadprzyrodzonej.
Jak wygląda noc ciemna z perspektywy zewnętrznego obserwatora?
Na zewnątrz może się to u kogoś objawiać chronicznym smutkiem, brakiem przekonania do działania. Władze naturalne zalega pustka. Szczególnie dotyczy to pamięci. Człowiek zapomina, kim był. Zaburzone może być także funkcjonowanie umysłu. Człowiek rozumie rzeczywistość i funkcjonuje w niej, ale ma kłopoty z zapamiętywaniem. Rodzi się syndrom zagubienia w dziedzinie zmysłów, ponieważ one działają zgodnie z zasadą przyjemności. Tymczasem w nocy ciemnej człowiek nabiera wstrętu do rzeczy, które lubił. Postrzega je jako stratę czasu. Więcej korzyści widzi w rozważaniu rzeczy Bożych i własnej tajemnicy. Odkrywa, że cisza, która wcześniej go przerażała, teraz go pociąga.
Czym to się różni od depresji czy wypalenia?
Zewnętrzne objawy mogą być podobne. Różnica tkwi przede wszystkim w przyczynach. W przypadku depresji czy wypalenia mamy do czynienia z ludzką słabością, syndromem chorobowym. Natomiast w nocy ciemnej przyczyna jest teologiczna – powodem ciemności w sferze poznawczej czy problemów w funkcjonowaniu jest bezpośrednie spotkanie ducha ludzkiego i Ducha Bożego.
A jeśli ktoś nie chce doświadczyć nocy ciemnej?
Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce. To jest dar Boga dla tych, którzy ćwiczą się już w wolności wewnętrznej i mocno współpracują z Bożą łaską. Oni chcą zjednoczyć się z Bogiem. Świętość jest ich zadaniem życiowym, a nie sprawą, która zajmuje ich przez kwadrans dziennie. Tacy ludzie idą drogą sprawdzonego, często heroicznego dobra, np. opiekują się innymi, rozsmakowują się w modlitwie, a świadomie odrywają się od rzeczy doczesnych.
Zwykła noc zaczyna się od zmroku. A noc ciemna?
Pierwszy etap to czynna noc zmysłów. Podczas niej człowiek sam podejmuje pewne wysiłki w przestrzeni zmysłów. Przestaje kierować się zasadą przyjemności, czyli wyboru tego, co mu pasuje, na co ma ochotę. Uwalnia się od swej natarczywej zmysłowości, dążenia do wygody, do tego, co radosne, pozytywne. Np. jeśli ktoś lubił pikantną kuchnię orientalną, uwalnia się od tego upodobania. Ktoś, kto lubił hip-hop, szuka muzyki nastrojowej, która wprowadza ciszę i harmonię wewnętrzną. Generalnie chodzi o uwolnienie od naturalnej uczuciowości. Człowiek nie działa już tak bardzo pod wpływem emocji, ale stara się pełnić wolę Bożą. Nie rozprasza swych sił. Wie, do czego jest powołany i to realizuje.
Skoro jest noc czynna, to jest pewnie także noc bierna?
Tak. Bierna noc zmysłów to już nie jest działanie człowieka, ale Boga.
W jaki sposób?
Bóg przejmuje inicjatywę wtedy i prowadzi nas poprzez wiele bolesnych zaburzeń w codziennym działaniu. Zmysły człowieka pozostają głodne, oschłe i puste – jak mówi Jan od Krzyża. Człowiek po to odmawia sobie zmysłowych realizacji, by wzmocnić ducha. A Bóg pozwala mu odkrywać smak boskich spraw. Dokonuje się to przez doskonałe poddanie się Bogu. Narasta duchowy pokój i budzą się zmysły duchowe, które są zdolne funkcjonować w rzeczywistości nieba.
Oprócz ciemnej nocy zmysłów, istnieje także ciemna noc ducha.
Ta sama łaska kontemplacji wlanej inaczej działa na zmysły, a inaczej na władze duszy, czyli na umysł, pamięć i wolę.
Zacznijmy od umysłu.
W nocy ducha umysł uczy się nowego, Bożego widzenia i rozumienia spraw. Dzięki otwarciu na Boga wchodzi w posiadanie Bożej mądrości, która pochodzi od Ducha Świętego. Nie zatrzymuje się na powierzchni spraw, ale sięga istoty, co pozwala mu łatwiej odczytywać Boże natchnienia, którymi się kieruje.
Na czym polega działanie na ludzką pamięć?
Pamięć to potężna władza człowieka. Ale w nocach zostaje oczyszczona ze zwykłych, doczesnych treści, staje się pusta. Jest to trudne doświadczenie pozbawienia swego wnętrza, poczucia bycia u siebie. Ta pustka go przeraża, wydaje się go niszczyć. Później jednak jego wnętrze napełnia się Bożą obecnością i nadzieją która wnosi chwałę, potęgę, piękno. Człowiek traci siebie, ale odzyskuje w planie nadprzyrodzonym.
A jeśli chodzi o wolę?
W niej dokonuje się selekcja zaangażowania. Człowiek nie wchodzi już sytuacje typowe dla – mówiąc za św. Pawłem – dawnego człowieka. Odtąd liczy się tylko miłość do Boga i człowiek jest gotów robić niekonwencjonalne rzeczy dla Niego. Czasem wydaje się, że oszalał, jak św. Maksymilian Kolbe, który wybiera się do Japonii, by podbić świat dla Maryi.
Po co to wszystko?
Noc ducha polega na przystosowaniu ducha ludzkiego do bezpośredniego udziału w życiu Boga, czyli na udoskonaleniu natury człowieka przez łaskę. Bóg w nocy ciemnej najpierw oczyszcza, potem uzdrawia, a potem umacnia do swobodnego funkcjonowania w dziedziach niebieskich. W nocy ciemnej dokonuje się pełne uzdrowienie natury ludzkiej, aż po usunięcie skutków grzechu pierworodnego. Człowiek działa wtedy w sposób doskonale pełny, podmiotowy, całościowy, mądry, nie ulegając niższej części swojej natury.
Mamy zatem proces przejścia od człowieka całkowicie zależnego i zniewolonego instynktami i popędami (co dziś niektóry uważają za szczyt wolności) do osiągnięcia możliwej pełni człowieczeństwa. Droga ta prowadzi jednak przez bolesny demontaż naszej nadpsutej natury.
Czy to wszystko nie mogłoby się odbyć jakby… w znieczuleniu?
To jest w gruncie rzeczy kwestia zbieżna z pytaniem: czy Chrystus nie mógłby nas zbawić inaczej niż przez tajemnicę krzyża? dlaczego dał się aż tak sponiewierać?
Jan od Krzyża udowadnia, że proces nocy ciemnej to jest przejście przez mękę i krzyż – z tym, że człowiek nie jest krzyżowany fizycznie, ale duchowo. Czuje się odrzucony przez Boga, czuje się przez Boga niekochany – jak Chrystus, który się skarżył: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” Dramat polega na tym, że trzeba przejść przez duchową śmierć krzyżową i spędzić symboliczne trzy dni w otchłani, by dojść do zmartwychwstania – do rzeczywistości czystego daru Bożego.
Czyli do czego?
Do odnowienie całego człowieczeństwa, uporządkowania go na nowo, do wewnętrznej siły i pewności, do nowego typu integracji – czyli do zjednoczenia z miłością Boga. Całe człowieczeństwo zostaje uzdrowione. Rozum zaczyna wtedy myśleć w nowy sposób, bo ma dostęp do tajemnic Boga. Wola człowieka osiąga prawdziwą wolność. Jego pamięć jest pamięcią samego Boga. Teologicznie nazywamy to przebóstwieniem – przeobrażeniem duszy w Umiłowanego. Wyraża to symbol zaślubin, używany też w Piśmie św. Człowiek poślubiony Bogu stanowi z Nim jedno w myśleniu, pragnieniu, działaniu – jak dobre małżeństwo. Planują, działają i dokonują wszystkiego razem. Ich miłość staje się owocna w sposób duchowy.
Jarosław Dudała Dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.