
Polska potrafi ostrzec obywateli o zagrożeniu, ale problem zaczyna się później – wielu z nas nie wie, jak na taki alarm zareagować. Eksperci wskazują na nadmiar komunikatów, brak przygotowania społeczeństwa i niedobór specjalistów w samorządach.
Nasz system powiadamiania o zagrożeniach działa, co nie znaczy, że jest skuteczny – ostrzega prof. Akademii Pożarniczej Marcin Smolarkiewicz i wymienia czynniki upośledzające jego efektywność. Zdaniem zaś prof. Bernarda Wiśniewskiego z Akademii WSB usprawnienie tego mechanizmu wymaga zmian na poziomie samorządów.
W ubiegłym tygodniu, po tym jak w czwartek w pobliżu Tarnawy-Kolonii w Lubelskiem spadła rosyjska rakieta Ch-101, szef MSWiA Marcin Kierwiński zapowiedział, że w ciągu kilkunastu najbliższych tygodni zostanie uruchomiona specjalna aplikacja regulująca kwestie ostrzegania ludności. Jak zaznaczył, priorytetem jest systematyczne uzupełnianie zaległości i budowa nowoczesnego, skutecznego systemu reagowania na zagrożenia. Według Kierwińskiego nowe rozwiązanie ma uzupełnić obecny system alarmowania, który jest oparty m.in. na syrenach i alertach Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.
Obecny system powiadamiania ludności, który bazuje na syrenach, jak wyjaśnił PAP dr hab. Marcin Smolarkiewicz, prof. Akademii Pożarniczej w Warszawie i trener w mechanizmie ochrony ludności Unii Europejskiej (UCPM), ma charakter hybrydowy - składa się zarówno ze starych urządzeń analogowych, jak i nowoczesnych rozwiązań cyfrowych, ale trwają intensywne prace nad jego pełną cyfryzacją i integracją.
Ekspert podkreślił, że system ten pokrywa prawie cały obszar kraju. Jednocześnie od paru lat działa też system cyfrowy, czyli komunikaty RCB rozsyłane z dokładnością do danych regionów, w szczególności danych bazowych stacji przekaźnikowych, które wysyłają sygnał do telefonów komórkowych. Mamy też spoczywający na nadawcach publicznych ustawowy obowiązek informowania o zagrożeniach. – Można powiedzieć, że w tym zakresie system funkcjonuje, co nie znaczy, że jest w pełni skuteczny – ocenił.
Smolarkiewicz wskazał kilka czynników, które upośledzają działanie systemu.
– Po pierwsze, nawet w jednostronnej komunikacji, nie mniej istotny od nadawcy jest odbiorca. A ten, jak wykazują badania, jeśli będzie otrzymywał po kilka komunikatów dziennie – że np. będzie gorąco albo zimno, albo że gdzieś przeprowadzi się ćwiczenia, bardzo szybko przestanie na nie zwracać uwagę – wskazał ekspert. Dlatego jego zdaniem zawsze trzeba ważyć, czy wysyłać dany komunikat, kiedy go wysyłać i jaką powinien mieć treść, ponieważ źle zinterpretowany komunikat sam w sobie może stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa.
Kolejny wymieniony przez niego problem stanowi nasz głęboko zakorzeniony brak zaufania do władzy. – Ponad sto lat zaborów, wojna, a potem pół wieku władzy komunistycznej sprawiły, że gdy policjant mówi, że trzeba się ewakuować, to nie chcemy tego zrobić. Tu dochodzi też do głosu nasze bardzo silne przywiązanie do mienia, które możemy próbować chronić lub ratować, nierzadko narażając życie – przestrzegł ekspert.
Rozmówca PAP zwrócił też uwagę, że przez to, że żyliśmy w ostatnich 20 latach – do czasu inwazji Rosji na Ukrainę – w komfortowym, wydawałoby się bezpiecznym świecie, na tyle długo, że nawet, jeśli zwracamy uwagę na komunikaty i jesteśmy gotowi zastosować się do zaleceń, to nie bardzo wiemy, jak reagować na zagrożenia zewnętrzne. – Tymczasem jednych z filarów bezpieczeństwa jest zdolność do zapewnienia go sobie samemu i najbliższym przez przynajmniej kilkadziesiąt godzin. Bo państwo przyjdzie nam z pomocą, ale nie w pierwszej sekundzie – zastrzegł.
Zapytany o to, jaki stan systemu komunikowania zagrożeń i ochrony ludności uważa za wzorcowy, ekspert przywołał przykład Finlandii. Jak podkreślił, jego wyjątkowość nawet nie polega na olbrzymiej liczbie miejsc w schronienia (dla ponad 4,8 mln osób przy populacji tego kraju wynoszącej 5,6 mln – PAP), lecz wynika z realizowanej od wielu lat strategii. Była ona budowana oddolnie, w oparciu o to, jak fińskie społeczeństwo postrzegało zagrożenie ze strony Związku Radzieckiego, a potem Rosji. – Zakorzeniony w społeczeństwie lęk przed inwazją był czynnikiem napędzającym państwo do budowy tego systemu. Na szczególną uwagę zasługuje realizacja strategii dual purpose, czyli podwójnego zastosowania miejsc schronienia. Na przykład adaptacji kompleksu jaskiń, w części których powstała infrastruktura ochronna, a w pozostałej znajduje się kompleks sportowo-rekreacyjny, przez co nie generuje to wyłącznie kosztów – wskazał Smolarkiewicz.
Kolejny rozmówca PAP, prof. dr hab. Bernard Wiśniewski, dyr. Centrum Metodologii Badań Bezpieczeństwa Akademii WSB, również jest zdania, że czynniki upośledzające działanie systemu ostrzegania o zagrożeniach głównie leżą poza nim samym: – System powiadamiania z wykorzystaniem syren jest. Zapowiedziane przez premiera i szefa MSWiA uzupełnienie systemu alarmowego powiadamianiem przez RCB, wydaje mi się, że wypełni też tę lukę. Natomiast otwartą pozostaje kwestia wiedzy beneficjentów systemu, czyli ludzi, co w razie zagrożenia mają robić. Jest ona bardzo niewielka – zaalarmował.
Jak dodał, obecnie wyposaża się w te kompetencje tylko młodzież objętą systemem edukacji dla bezpieczeństwa. – Problemem natomiast jest wiedza ludzi w średnim wieku, którzy pamiętają kwestie związane z przygotowaniami do sytuacji kryzysowych przez pryzmat strzelania z karabinków kbks na przysposobieniu obronnym – podkreślił.
Zdaniem prof. Wiśniewskiego do usprawnienia systemu niezbędne są działania na poziomie samorządów. – Ze względu na ustawowy wymóg pieniądze na ochronę ludności i obronę cywilną są, ale niewiele się zmienia, jeśli chodzi o zatrudnianie w samorządach fachowców. Wciąż często zajmują się tym osoby przypadkowe, bez wiedzy i bez kwalifikacji – wyjaśnił.
W jego ocenie, dzięki szkoleniom z ochrony ludności sytuacja ulega poprawie. Jak zaznaczył, dobrze się stało, że Akademia Pożarnicza wzięła na siebie obowiązek przeszkolenia ministrów i wojewodów, a teraz rusza system związany ze szkoleniami doskonalącymi. – Tylko obawiam się, że to nie rozwiązuje problemu, bo to jest nadal jeden człowiek w powiecie albo ćwierć etatu w gminie. A to stanowczo za mało – podzielił się wątpliwościami. – Wiem, że szczególnie na poziomie samorządu terytorialnego nie ma pieniędzy na mnożenie etatów, ale uważam, że w każdej gminie dwie przeznaczone do tego osoby to minimum. W mojej ocenie to właśnie jest piętą achillesową całego systemu – podsumował prof. Wiśniewski.
źródło: PAP
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.