![Powstała książka o nielegalnych wyścigach samochodowych w Polsce. Przeczytałem całą [recenzja]](https://cdn.zero.pl/cdn-cgi/image/w=1200,h=630,f=png,fit=cover,g=top/https://cdn.zero.pl/2026/06/11/spowiedz-ratio-3x1-2.jpg)
Tymon Grabowski — Cieniutka, ale gęsto zapisana książka w twardej oprawie ma tytuł „Spowiedź organizatora nielegalnych wyścigów w Warszawie”. Kupiłem egzemplarz z numerowanej serii, jedenasty z dwustu sztuk, co wymagało błyskawicznego zamówienia w dniu premiery i długotrwałego oczekiwania na reali
Nie byłem nigdy fanem nocnych wyścigów, choć trudno mi pominąć złote czasy polskiego tuningu na początku XX wieku, gdy naprawdę „dłubano” i ścigano się czym popadnie. Później, gdy do gry weszły duże pieniądze i zaczęto po prostu „upalać” bardzo mocne i szybkie auta po mieście, straciło to swój urok – o ile kiedykolwiek jakiś miało. Nigdy również się z nikim nie ścigałem, uznając że powoduje to zbyt duże ryzyko rozbicia samochodu i nawet jeśli wygram, ale coś uszkodzę, satysfakcja nie zrekompensuje mi strat. Jednak cały projekt Warsaw Night Racing był mi dobrze znany z relacji osób zainteresowanych.
Spowiedź kojarzy mi się z wyznaniem jakichś grzechów czy przewinień, tymczasem jej autor występujący pod pseudonimem N1EWINNY raczej oskarża w niej swoich byłych kolegów – o sprzeniewierzenie pieniędzy, nie wywiązanie się z rozmaitych umów bądź umyślne oczernianie go, a wybielanie siebie w mediach społecznościowych. Jego relacje z ludźmi wydają się bardzo trudne, a konflikty – piętrowe. Jednak można to zrozumieć, gdy chodzi o tak stresujące zadanie jak organizacja nielegalnych wyścigów.
Właściwie jedynym grzechem, który wyznaje autor w swojej spowiedzi, jest opis powrotu z okolic Radomia do Warszawy, gdzie nieustająco używał świateł drogowych, żeby zganiać wszystkich z lewego pasa. Co ciekawe, nie było ku temu żadnego istotnego powodu, poza tym że rzekomo w jego samochodzie zaczęło się robić bardzo gorąco. Może jestem dziwny, ale gdy mój samochód ma awarię, to nie jadę nim bardzo szybko i niebezpiecznie, tylko zjeżdżam na pobocze i szukam pomocy. Ale ile ludzi, tyle pomysłów. I to chyba jeden z dwóch fragmentów, który zapadł mi w pamięć z tej książki.
„Zlikwidować bloki, nie tor”. Stanowski o aferze w Poznaniu
Drugim był wypadek jednego z uczestników nielegalnych wyścigów, w którym po uderzeniu autem osobowym w ciężarówkę kierowca prawie spłonął. Kilka razy w treści pada zdanie, że „nie powodowaliśmy zagrożenia dla nikogo oprócz siebie samych”. Trochę zgrzyta to ze słowem „spowiedź” w tytule, zwłaszcza że to po prostu nieprawda – uczestnicy nocnych wyścigów wielokrotnie powodowali groźne wypadki z udziałem osób postronnych. Niekoniecznie ich sprawcy byli zawsze związani z WNR, ale dla poszkodowanych ma to zerowe znaczenie.
Co ciekawe, w książce sporo jest o tym, że wydarzenia WNR odbywały się przez jakiś czas na legalnym torze w Warszawie, tyle że został on potem zlikwidowany. No a jak nie ma toru, to trzeba upalać na ulicy.
Bardzo dużo pogrubień, emocjonalnych wyrażeń, a przede wszystkim niekończące się powtórzenia tych samych fraz sprawiają, że można to poczytać przez 10-15 minut, a potem trzeba sobie zrobić przerwę. Fabułę trudno nazwać porywającą, są to raczej wyrywki z życia autora.
Dość szczegółowo opisano prowokację TVN sprzed kilku lat, gdzie uczestnikom nocnych wyścigów rozdano modele samochodów, a w nich znajdowały się nadajniki GPS, co miało dostarczyć dowodów na niebezpieczną jazdę. Cała akcja była wielką porażką – obdarowani zorientowali się, że coś jest nie tak, a swoje do tego dołożyła pogoda tego dnia, gdzie było bardzo zimno i mokro, a entuzjazm wobec wyścigów – znikomy.
W książce pojawia się postać Buddy (nie tego od religii, tego od YouTube, samochodów i problemów z prokuraturą), co może do pewnego stopnia wyjaśniać, skąd autor książki – nie wyjaśniający czy i gdzie pracuje – miał dostęp do kilkusetkonnych pojazdów. Bardzo dużo miejsca w książce poświęcono akcjom dobroczynnym przeprowadzonym przez WNR, w szczególności dla domów dziecka, a opisy, gdzie dzieci przynosiły w podzięce rysunki, faktycznie wyciskają łzy z oczu, ale brzmią trochę mało wiarygodnie.
Wyszła o wiele za późno. Nie chodzi o trudny w odbiorze język, lekko chaotyczną narrację czy powtórzenia. Chodzi o to, że pojawia się w czasach, gdy nielegalne wyścigi nie mają już w sobie nic romantycznego.
Jeszcze 20-25 lat temu oglądaliśmy filmy z serii „Fast & Furious” i utożsamialiśmy się z ich bohaterami, żyjącymi poza systemem, według własnych zasad – to właśnie symbolizowały wyścigi. W Polsce też mieliśmy pierwszą falę streetracingu, ze słynnym forum streetracing.pl – z tej „starej” ekipy w książce wspomniana jest tylko jedna osoba, i to też nie ciesząca się w tamtych czasach najwyższym szacunkiem.
To tamte odległe czasy można wspominać z pewnym rozrzewnieniem, tak jak można po latach śmiać się z artykułów w „Wyborczej” opisujących warszawski streetracing w infantylny sposób. Sugerowano, że kierowcy ścigają się o samochody (motyw z filmu F&F) albo pod prąd na trasie Toruńskiej.
To były czasy, gdy do księgarń mogła trafić książka Piotra R. Frankowskiego „Jeździć szybko” i nikt nie robił z tego powodu afery. Dziś „Spowiedź” można by zestawić z książką „Wszyscy tak jeżdżą” Bartosza Józefiaka, pokazującą świat z perspektywy ofiar wypadków. Uzupełniają się zadziwiająco dobrze.
Obecnie jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Nocne wyścigi są jednoznacznie potępiane, nie ma już zrozumienia dla bicia rekordów prędkości na drogach publicznych. Jednym z elementów przyjęcia do grupy elitarnych kierowców opisanym w książce było przejechanie 75 km w 30 minut, czyli ze średnią prędkością 150 km/h – częściowo przez miasto, co sprawiało że w części pozamiejskiej należało utrzymywać prędkość min. 200 km/h. W 2026 r. takie rzeczy wciąż się zdarzają, tyle że są już potępiane, a nie podziwiane.
Po lekturze „Spowiedzi” trudno mi znaleźć ciepłe słowa wobec jej autora, bo nie mam wrażenia, że zrozumiał swoje błędy (co najwyżej jest mu przykro, że je popełnił, a to co innego), a ofiary wypadków spowodowanych podczas nocnego upalania nie mają już szans mu ich wytłumaczyć.
Może gdyby ta książka wyszła 10 lat temu, byłaby nawet pewną sensacją, a dziś budzi raczej lekki niesmak. Oczywiście to dobrze, że autor zdecydował się ją napisać i wydać własnym sumptem, bo jak sam mówi – stanowi ona „zamknięcie rozdziału pewnej wersji jego samego”. Zawsze wspieram niezależnych autorów i wydawnictwa, bo sam się tym zajmuję od lat, ale mam szczerą nadzieję, że lektura „Spowiedzi” nie zachęci nikogo, by jechać „dwieście po mieście”.
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.