RAK
    „Kilka myśli, co nie nowe”. O kuźni

    „Kilka myśli, co nie nowe”. O kuźni

    805 odsłon
    „Kilka myśli, co nie nowe”. O kuźni

    Pisałem jakiś czas temu o wierszu Zbigniewa Herberta "Dlaczego klasycy". Utwór ukazał się w zbiorze "Napis", blisko sześćdziesiąt lat temu. To był czas niespokojny. Dla Polski i świata. Trwała jeszcze wojna wietnamska. Świat arabski z trudem zbierał się po sześciodniowej hekatombie. Rewolucja obyczajowa wywracała mieszczański porządek. Nad Wisłą Gomułka rozpętał antysemicką nagonkę, której ponurym symbolem stał się Dworzec Gdański. Podczas wrześniowych Dożynek podpalił się Ryszard Siwiec, szary człowiek, skromny księgowy z Przemyśla. W ten sposób zaprotestował, na oczach stutysięcznej, stadionowej publiczności, przeciwko sowieckiej napaści na Czechosłowację. W tej haniebnej inwazji wzięło również udział posłuszne Moskwie wojsko polskie. Dowodził nim generał Wojciech Jaruzelski, renegat, pochodzący z dobrej, szlacheckiej rodziny, pieczętującej się herbem Ślepowron. Kilka miesięcy po śmierci Siwca, samospalenia dokonał również Jan Palach, czeski student, historyk, niedoszły ekonomista. Nie mógł pogodzić się z inwazją, także społeczną inercją oraz rozlewającym się oportunizmem.

    We wstrząsającym testamencie, nagranym na magnetofonową taśmę, Ryszard Siwiec błagał rodaków: "Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno". Palach również pozostawił list, bardziej lapidarny, ale nie mniej heroiczny: "Mój czyn ma sens, ale nikt nie powinien go naśladować. Studenci powinni zachować życie, aby spełnić jego cele, by mogli żywi wesprzeć walkę". Nie wiedział, męczennik znad Motławy, że znajdą się naśladowcy. Podpalali się, popełniali samobójstwa, szukali śmierci, manifestowali, podejmowali głodówkę, byleby tylko nie dać się złamać smutnym panom, z równie smutnych służb. Ale to byli najwrażliwsi z najwrażliwszych. Reszta miała dosyć oporu i krwawej rewolucji. Herbert w tym czasie przebywał poza Polską. Podróżował. Ożenił się z Katarzyną Dzieduszycką. Wcześniej zwiedzał Prowansję, Anglię, Holandię i Belgię. Pomieszkiwał w Berlinie. Został niemieckim stypendystą. Trafił do Stanów Zjednoczonych. Spotykał się z Czesławem Miłoszem. Do Polski wracał na krótko. Bywał przesłuchiwany przez esbecję, Toczył zażarte boje o paszport. Znowu wyjeżdżał. Uczestniczył w poetyckich festiwalach. Cieszył się z coraz częstszych przekładów. Pojawił się wreszcie wspomniany zbiór wierszy "Napis".

    To był czwarty tom poetycki Zbigniewa Herberta. Wcześniej zdiagnozowano u poety cyklofrenię. Choroba efektywno-dwubiegunowa uczyni go człowiekiem niepokoju. Ten trudny czas wnikliwie opisał Andrzej Franaszek, Warto wracać do tej wnikliwej, przejmującej i bogato udokumentowanej biografii. Trwanie pomiędzy depresją a hipomanią, pomiędzy bezwładem a euforią, nadawało pisaniu Herberta ton szczególny. Krytycy przywołują naddatkową heroiczność, czasami pompatyczność, szczególnie zauważalną po dekadach, kiedy to przestały zajmować nas ważne sprawy, górę zaś wzięła bezrefleksyjna codzienność. Katarzyna Herbertowa, która odwiedziła Kadzidło, spotkała się z czytelnikami, ze Stanisławem Sierutą tańczyła w Zagrodzie Kurpiowskiej, smakowała domowe pierogi, wspomniała o kilku mrocznych epizodach, ale również nieprawdopodobnej woli poznawania świata. Upartego męża, konsekwentnie nazywała Herbertem. To była krytycznoliteracka opowieść, żadna tam rodzinna, czułostkowa, rozmemłana saga. Mogłem, czego nigdy nie zapomnę, odwiedzić warszawskie mieszkanie przy ulicy Promenady 21. Wędrowałem poprzez obrazy Czapskiego, kopię złotej maski Agamemnona, smakowite espresso, życzliwość Pani Katarzyny, starannie tworzony księgozbiór, niezliczoną ilość bibelotów. Była to przestrzeń prawdziwie arystokratyczna.

    Sięgam po reedycję tomu "Napis". Szczupła książeczka. Na pierwszej stronie okładki inskrypcja w "skażonej łacinie". Pojawia się, wyciągnięta z niepamięci, Curatia Dionisia, "zajmująca się najstarszym procederem świata". Na skrzydełkach umieszczono fotokopie rękopisów. Całość zadedykowana ojcu Bolesławowi, legioniście, obrońcy Lwowa. Czterdzieści wierszy. Bardzo różnych. Reminiscencje z polskiej i antycznej historii. Notatki z podróży. Sporo przyrodniczych obserwacji. Pojawiają się Longobardowie, francuskie opactwo, pseudonimy niezłomnych. Rany i śmierć. I wiersz "Dlaczego klasycy". Właściwie na zakończenie. Jest chyba do dzisiaj jednym z najczęściej przywoływanych. Uniwersalne, stoickie przesłanie. Lapidarność, oszczędność metafor i epitetów, etyczna krystaliczność. To zdecydowany znak, zbawienny drogowskaz do emocjonalnej, moralnej równowagi. Przeczytajmy, najlepiej półgłosem:

    dla A. H.

    w księdze czwartej Wojny peloponeskiej

    Tukidydes opowiada dzieje swej nieudanej wyprawy

    pośród długich mów wodzów

    bitew oblężeń zarazy

    gęstej sieci intryg

    dyplomatycznych zabiegów

    epizod ten jest jak szpilka

    w lesie

    kolonia ateńska Amfipolis

    wpadła w ręce Brazydasa

    ponieważ Tukidydes spóźnił się z odsieczą

    zapłacił za to rodzinnemu miastu

    dozgonnym wygnaniem

    egzulowie wszystkich czasów

    wiedzą jaka to cena

    generałowie ostatnich wojen

    jeśli zdarzy się podobna afera

    skomlą na kolanach przed potomnością

    zachwalają swoje bohaterstwo

    i niewinność

    oskarżają podwładnych

    zawistnych kolegów

    nieprzyjazne wiatry

    Tukidydes mówi tylko

    że miał siedem okrętów

    była zima

    i płynął szybko

    jeśli tematem sztuki

    będzie dzbanek rozbity

    mała rozbita dusza

    z wielkim żalem nad sobą

    to co po nas zostanie

    będzie jak płacz kochanków

    w małym brudnym hotelu

    kiedy świtają tapety

    Herbert szukał w antyku etycznego porządku. Podpinał pod te zamierzchłe, ale przecież dotykalne, historie własny los, ale i szerszą perspektywę. Czasami ubarwiał tamtą rzeczywistość. Skupiał się na wzorcach, które, jak wiadomo, więcej mówią o naszych egzystencjalnych tęsknotach, niż codziennych uczynkach. Ten akurat wiersz, dosyć ascetyczny, spina przeszłość z wiekiem dwudziestym. Właściwie każdym innym, bo odkrywa prawdy trwałe. Odwaga, wiarygodność, etyczna wyższość Tukidydesa, zupełnie nie przystają do tchórzostwa dzisiejszych polityków, lokalnych hejterów, zagubionych karierowiczów. W wierszu pojawia się sztuka, może raczej fundamentalne pytanie, co powinno być jest treścią, motywem, źródłem, inspiracją. Dzbanek rozbity, czy chłodny Tukidydes? Brudny hotel, czy dramatyczne wygnanie? Banalne tapety, intrygi paskudnych ludzi, czy może ryzykowna gra o wielką historię, cierpliwe odkrywanie świata, budowanie wspólnoty? Herbert nie chciał utknąć w banalnościach. To właśnie dlatego, zniszczony chorobą, wyruszył do muzeum w Prado. Chciał zobaczyć kilka ważnych obrazów. Również o tym opowiadała w Kadzidle Katarzyna Herbertowa.

    Wiele lat temu poznałem, dzięki Adamowi Wiercińskiemu, profesora Stanisława Nicieję. To ten badacz przypomniał Polakom cmentarze - Łyczakowski oraz Lwowskich Orląt. Jeden z ostatnich polihistorów. Zwany polskim Tacytem. Człowiek instytucja. Stażysta Lwowskiego Uniwersytetu Iwana Franki oraz Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk. Stypendysta Fundacji Lanckorońskich oraz Polskiej Fundacji Kulturalnej. Wieloletni rektor Uniwersytetu Opolskiego. Pracował w komitecie redakcyjnym Słownika Biograficznego Polonii Świata. Współtworzył filmy dokumentujące dzieje Kresów. Od siedemnastu lat przywraca pamięć o utraconych, podczas drugiej wojny światowej, miastach, miasteczkach, wsiach, osadach. Powstała niezwykła seria wydawnicza, którą profesor nazwał "Kresową Atlantydą". Ukazały się dwadzieścia trzy tomy. Wszystko na źródłach, starych fotografiach, wspomnieniach. Nic zmyślonego. Żadnych fantazji. Tysiące nazwisk, zdarzeń, małych i dużych historii. Starcy i najmłodsi. Dzieje szkół, ogrodów, mostów, rezydencji, domów, rodzin, wojen, nadziei, dramatów, biznesów, społecznikowskich pasji, bolesnych upadków, zaskakujących karier. Sady, pasieki, młyny, tartaki, koligacje, wielkie gospodarstwa, nędzne poletka, aeroplany, ciężkie zimy, najsłodsze winogrona. Urocza różnorodność. Wojenna groza. Sielanka i rozpalone do czerwoności piekło. Listy, dzienniki, pamiętniki, księgi parafialne, kroniki, zesłańcze suplikacje. Nie do wiary, że jeden człowiek potrafi wskrzesić tak rozległe terytoria, nadać im dawno zapomniane znaczenia, przełamać powojenne tabu, zaprosić wiernych czytelników do odwiedzenia rajów utraconych. Co osiem, dziewięć miesięcy książka. Bez względu na zaokienne okoliczności, wariactwa tej, czy innej partii, tego, czy innego, nadętego polityka, tego, czy innego lokalnego kacyka, tej, czy innej, grozy. I tak, od kilkudziesięciu lat. Bez wytchnienia. Jedynie przy nieocenionej pomocy Haliny Niciejowej, oddanej sprawie małżonki. Niestety, źle traktowany organizm zaczyna się buntować. Profesor traci wzrok. Zbyt długo psuł oczy. Zbyt intensywnie zaczerniał papier. Korzysta więc ze specjalnego komputera. Dyktuje. Żona zapisuje kolejne karty i kolejne książki. Trwa wyścig z czasem. Nie ma tutaj miejsca na "rozbitą duszę". Wielkie dzieło wymaga poświęcenia.

    Czasami rozmawiam z Panem Profesorem. Najczęściej dziękuję za przysłaną książkę. Czasami za inną, niespodziewaną przesyłkę. Otrzymałem zbyt wiele w duchowym depozycie, bym krygował się z wyrażeniem dozgonnej wdzięczności. To nie są wielogodzinne dialogi. Przeciwnie. Raczej skondensowane diagnozy, kilka słów zachęty, wzruszające świadectwa wielkiego badacza, pryncypialne spostrzeżenia, że zbyt wielu głupców dokoła, zbyt ogromny bezmiar ziemi jałowej, zbyt głośny skowyt szowinistów i politycznych graczy. Żadnej tolerancji dla chamstwa, wścibstwa, manipulacji, parcianej retoryki. Liczą się tylko skryptoria. Wewnętrzna uczciwość. Talent podarowany wiernym czytelnikom. Przywracana pamięć. Uparte przywoływanie skrzywdzonych, deportowanych, zamordowanych.

    Kilka dni temu, dzięki uprzejmości Ani i Rysia Panusiów mogłem sfotografować dawną, kadzidlańską kuźnię. Przetrwała dekady, wojny światowe, lokalne, społeczne rewolucje. Przystanąłem zadziwiony. Dzisiaj jest tam bardzo cicho. Jedynie komary. Echo po przejeżdżających samochodach. Rosną wysokie drzewa. Dziczeją krzewy. Sam budynek prezentuje się zaskakująco dobrze. Ponad wiekowy budulec jest ciągle zdrowy. Smoliste bale zakonserwowano po mistrzowsku. Swoje zrobiła również kurpiowska żywica. Właścicielem kuźni był Aleksander Suchecki. Jej zdjęcie zamieściliśmy w księdze "Kadzidło i okolice w źródłach historycznych". Była trzydziestym dziewiątym tomem "Biblioteczki kurpiowskiej". Materiał starannie zebrali Łukasz Gut i Wojciech Łukaszewski. To cenieni regionaliści, strażnicy pamiątek. Fotografia, licząca ponad sto lat, utrwaliła ciekawy fragment kadzidlańskiej rzeczywistości. Na pierwszym planie, sądząc po fartuchach, trzech dziarskich kowali. Obok, najprawdopodobniej, klienci. Sporo kół. Jedno przygotowane do okucia. Widać, że pracy nie brakowało. Powojenny czas rekonstruował porządek. Przywracał naturalny, wiejski rytm. Musiało być tam bardzo gwarno. Ruchliwie. Ciągle ktoś przyjeżdżał. Odjeżdżał. Płacił. Może się targował. Jak to na wsi, po wojnie, która wyczyściła niejedną kieszeń.

    Herbert. Tukidydes. Nicieja. Wierciński. Łacina. Curatia Dionisia. Atlantyda. Katarzyna Herbertowa. Stasio Sieruta. Stara kuźnia. Aleksander Suchecki. Wierni przeszłości Ania i Ryszard. To również przestrzeń szlachetna. Odrębna. Można delektować się do woli. Najprawdziwsze sacrum. Tylko czasami przysiadają na ramieniu tuziemcy, spiskowcy od siedmiu boleści, złodzieje idei i pomysłów, bezwstydni przebierańcy. W tym doborowym towarzystwie niewiele mają do powiedzenia. Natychmiast karleją, skowyczą, nikną od złych zamiarów, bełkotu i złego smaku. Pisane im tylko brudne hotele, niechlujnie klejone tapety, "gęsta sieć intryg", którą tak zdecydowanie, w przepięknym wierszu, rozsupłał Herbert, właściciel niespokojnej duszy i harmonijnej intuicji.

    O autorze:

    Dariusz Łukaszewski - nauczyciel, historyk, samorządowiec, współtwórca kadzidlańskiego gimnazjum, pomysłodawca serii wydawniczej "Biblioteczka Kurpiowska", teksty publikował w pismach "Pracowni", "Sycyna", "Już jest jutro", "Tygodnik Ostrołęcki", "Kresy", "Czas Kultury", "Przydroża", autor książek poetyckich oraz eseistycznych, organizator wielu przedsięwzięć kulturalnych, spotkań autorskich, konferencji, popularyzator kultury i tradycji kurpiowskiej oraz idei dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Z jego inicjatywy Gmina Kadzidło nadawała cenione tytuły Honorowego Obywatela, połączone z Nagrodą Kurpiowskiego Nepomuka.

    Czytaj cały artykuł u źródła — MakówMaz24.pl

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era