
Niedawno w TVP Kultura Agata Kulesza nazwała zawód aktorki/aktora „dewastującym”. Nie sposób się nie zgodzić. Czytamy w biografiach celebrytów sceny i ekranu o ich załamaniach nerwowych, wyczerpaniu, a nawet o samobójstwach (Marylin Monroe, Robin Williams, Edward Żentara, Margaux Hemingway, Jacek Zejdler). Nieustająca presja, by wypaść jak najlepiej, no i wyśrubowane wymagania producentów muszą wywierać na oddanych swojej pasji aktorów drenujący wpływ. Ale to właściwie dotyczy każdego zawodu, który wykonuje się z ogromną pasją, z potrzeby serca. Wtedy nie żałuje się energii, nie tylko pot leje się strumieniami (patrz: genialny spektakl Andrzeja Seweryna „Król Lear”), ale i zasób energii, zgromadzonej w ciele, wyczerpuje się w niebezpiecznie błyskawiczny sposób. Jak Magdalena Cielecka zdołała zagrać swój 24-godzinny spektakl „The Second Woman”, z udziałem przypadkowych mężczyzn w 100 wersjach rozstania, trudno pojąć. Ona sama się wahała, czy nie zemdleje w trakcie, co jednak byłoby poczytane za element tego nietypowego projektu na Malcie. Wytrwała! Stworzyła nowość – połączenie świetnego aktorstwa z elementami Big Brothera, co musiało mieć szczególny wydźwięk… Ile dni potrzebowała, by powrócić do równowagi energetycznej? Pewnie wkrótce o tym poczytamy.
Gdybym miała wskazać najbardziej dewastujący zawód, wybrałabym profesją lekarza, w tym szczególnie – chirurga. Gdy studiowałam w Łodzi, przed naszą „Balbiną” był akademik medyków. Porażało mnie, ileż oni pili. Tłumaczyli, że na trzeźwo nie dałoby się znieść zakuwania tych wszystkich łacińskich nazw, no i przeogromnej liczby stanów chorobowych, musieli odreagować. A u lekarzy w tle zawsze jest ludzkie życie... Źle postawiona diagnoza może skutkować fatalnie! Zły ruch skalpela – także… Trzeba było wiele zakuć i jednak nie zapomnieć! No i potwierdzić wszystko w praktyce. Niektórzy odpadają po pierwszych zajęciach w prosektorium. To dobrze, bo cóż by się działo, gdyby chirurg zemdlał dopiero podczas zabiegu… To zawód dla osób o silnych nerwach, o żelaznej kondycji, na dodatek pedantycznie przywiązanych do higieny, ale też empatycznych. Inaczej być nie może! U Abrahama Vergese w bardzo medycznej powieści „Przymierze wody” znalazłam frazę: „Kochaj każdego chorego tak, jakby był z twojej krwi” – to piękne uzupełnienie przysięgi Hipokratesa i zasady „Primum non nocere”. Niedawno ukazała się książka Marii Kapuśniak „Ocalić od zapomnienia” o ostrołęckich medykach, którzy odeszli w „drugą przestrzeń”. Niestety, wielu z nich – przedwcześnie! Nie tylko na skutek wypadków, jak choćby dr Krzysztof Sosiński po zderzeniu auta z łosiem… Wielu odeszło z… przepracowania! Kilku na swoim ostatnim dyżurze… Stawiamy sobie pytanie – kto jak nie lekarz powinien znać granicę wytrzymałości fizycznej? Kto powinien lepiej określić swoją wydolność? Niestety, nie umieli pomóc samym sobie… Pozostały zrozpaczone żony i dzieci. Jedyne pocieszenie, że „zanim” odeszli, potrafili pomóc tysiącom osób, ulżyć w cierpieniu i uratować setki z nich. No i wystarczy przypomnieć sobie zdjęcie prof. Z. Religi – skrajnie wyczerpanego po udanej transplantacji serca… Bezcenne! Większość lekarzy to oddani pacjentom bez reszty pasjonaci medycyny, tylko nieliczni psują tę opinię. W książce Marii Kapuśniak znajdujemy i tych, którzy nie wahali się narażać życia podczas wojny, np. dr Ryszard Ostaszewski, ps. „Sanus”, Wiktor Stański, ps. „Iskra”, Zygmunt Lipiński, Józef Psarski, ps. „Piotr”, Halina Gwiazdowska-Markul, niektórzy zginęli w Katyniu, jak dr Jan Certowicz, w Charkowie – Tomasz Szamota, w obozie w Działdowie – Adam Kukliński.
Nadal boli mnie, że nasi najwybitniejsi lekarze opuszczają Polskę, tak stało się z kilkoma z uczniów Czwórki, a mieli maturę zdaną celująco, już w naszym LO poziom biologii im nie wystarczał... W szpitalach nadal brakuje odpowiedniego sprzętu, który w krajach Zachodu od dawna jest normą. Wystarczy obejrzeć któryś z programów E. Jaworowicz, nieustająco zbiera się tam pieniądze na operacje dzieci za granicą. Kiedyż wreszcie dogonimy Zachód? Teraz, niestety, tracimy tę szansę, przeznaczając miliardy na… zbrojenia! Świat najwyraźniej oszalał! Wybitni lekarze nie wytrzymują tego, że w innych krajach ich gruntowne wykształcenie byłoby wykorzystywane pełniej, dlatego wyjeżdżają. Wykształceni u nas, leczą ludzi za morzami i oceanami… To niesprawiedliwe, choć dość powszechne.
Oddane swojej pracy pielęgniarki mają podobnie, nie tylko te, które wyjeżdżają za granicę czy do Warszawy, by godnie żyć i utrzymać rodzinę… Podczas pierwszej fali covida pojawiło się hasło: „Niech was teraz leczy Messi.” Coś jest na rzeczy, stąd korupcja i przekręty także wśród nieuczciwych medyków, teraz rozdmuchiwane politycznie… Wróćmy do pielęgniarek. Dwunastogodzinne dyżury, w tym nocne, zakłócają rytm życia, powodując dodatkowe zmęczenie, co skutkuje nawracającymi bólami migrenowymi… Ale pielęgniarstwo to misja, ratowanie życia, pomoc cierpiącym. Ktoś to musi robić. Oczywiście pielęgniarki są przepracowane, bo pacjentów przybywa, a ich nie – muszą wykonywać więcej pracy w tym samym czasie i za te same pieniądze… Nauczyciele mieli kiedyś śmiesznie minimalną kwotę za „przegęszczenie klas”, nic mi nie wiadomo o „przegęszczeniu sal szpitalnych”, a pacjenci leżą i na korytarzach… No i pielęgniarki częściej chorują, zarażając się od pacjentów. Znam taką, która przeszła bardzo dewastujący covid, bo chorą pacjentkę zdiagnozowano (test) dopiero po czterech dniach... Ten zawód to nieustanne narażanie własnego życia. Moja siostra o mało nie zginęła w wypadku, wracając od pacjenta karetką Meditransu. Ramię koparki, źle zamocowanej, przecięło karetkę na pół, dotkliwie raniąc kierowcę. Cudem został uratowany, bo siostra wentylowała go sprzętem ze zniszczonej karetki do chwili przyjazdu drugiej. Pomagali chłopcy z pobliskiej wsi. Udało się! Poszkodowany żyje, ma dwoje dzieci, wtedy był zaręczony… Ale siostrze pozostał uraz… Musiała jeszcze świadczyć przed sądem, bo uznano, że cudem odratowanemu, niepełnosprawnemu po wypadku kierowcy, nie należy się odszkodowanie! Takie i inne ryzyko jest wpisane w zawody związane z medycyną w naszym chorym systemie...
Inny bardzo niebezpieczny zawód, a raczej misja społeczna, to bycie… politykiem. Zważywszy na fakt, do jakich skrajności doszli dzisiaj politycy, walcząc o słupki wyborcze, a nie o dobrostan narodu czy lokalnej społeczności, można podziwiać, że nadal są chętni do stawania w szranki. Ale wiadomo – władza uzależnia, a że przy tym deprawuje – to skutek uboczny. Język polityków stał się poniżający, inwektywy pod adresem oponentów czy wymyślonych „wrogów” porażają prymitywizmem. A do tego dochodzi postawa chorągiewek na pomyślnym wietrze… To już nawet nie odwracanie kota ogonem, ów kot wiruje jak wiatrak, gdy trzeba dostosować narrację do obecnie obowiązującej i nic nie obchodzi takich ludzi, że są nagrania ich wypowiedzi sprzed kilku miesięcy… Przyzwoitość stała się deficytowa! A jednak i w polityce są wrażliwe jednostki, udają twardzieli do czasu… Podam przykład śp. Andrzeja Leppera. Gdy zorientował się, jak perfidnie go wykorzystano, nie wytrzymał – śmierć była lepsza niż dalsze gmeranie się w szambie polityki…
Podobne sytuacje zdarzają się też najróżniejszym prezesom. Zasiadanie w radach nadzorczych jest bardzo intratne i, jak wskazuje los naszych ostrołęckich wież (pylony niedoszłej Elektrowni za 2 mld zł, wyrzucone w błoto…), zupełnie bezpieczne, bo nikt za nic nie odpowiada… Natomiast bycie prezesem, nawet tylko spółdzielni mieszkaniowej, już niesie poważne konsekwencje. Znałam Rafała Dymerskiego, ileż on się natrudził, by budować kolejne bloki w SM „Centrum” dla ludzi takich jak ja – zwykłych i niezbyt zamożnych… Mój blok dwukrotnie uratował! Najpierw, mimo przeciwności ze strony budującej firmy, dokończył budowę, choć nasze pieniądze miały być „umoczone”… Blok jest niższy o jedno piętro… Gdy okazało się, że zbudowany na gliniastym podłożu blok osiada, a podłogi i ściany pękają, zarządził odkopanie fundamentów i wylanie tam specjalnej ławy z betonu, co zapobiegło ostatecznemu pęknięciu… W moim mieszkaniu pomógł mi wymusić na budujących przesunięcie ścianki, dlatego nie mam wanny wchodzącej do przedpokoju. To brzmi jak dowcip, ale tak tamta ekipa „budowała”, a ze mną chłopcy nie chcieli rozmawiać, choć wymierzyłam wszystko centymetrem… Prezes Dymerski wysłuchał, przyjechał, potwierdził, że to fuszerka i w porę zapobiegł! On był „dla ludzi”, a nie członkowie SM dla niego… Na ulicy zawsze zatrzymywał się, porozmawiał, życzliwie to i owo poradził. Niestety, zmaganie się z tysiącami problemów, a także z bardzo agresywnymi zachowaniami ludzi, pewnie tych od prywatnych deweloperów, okazało się zbyt obciążające… Gdy jeszcze za bardzo dobre działania nie udało mu się wejść do Rady Miasta, szala zła przeważyła… Ma na grobie piękny cytat: „Miłość, która jest gotowa nawet oddać życie, nie zginie” JP II. Czasami pytam oporną na pomoc mieszkańcom kadrę SM „Centrum”, czy bywają na grobie dawnego prezesa… Od jego śmierci nie powstał na osiedlu Centrum żaden blok tejże spółdzielni, za to budowy prywatnych deweloperów – kwitną! Symptomatyczne…
O dewastującym tworzeniu dzieł literackich, poprzedzonych długim i wyczerpującym riserczem, jak „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk, pisałam w poprzednim felietonie, zatem tutaj trochę prywaty. Powieść na razie zawiesiłam, skupiam się na krótszych formach. Jak dotąd najwięcej energii włożyłam w cztery eseje: „Od studni do żarna – przeznaczenie czy seria przypadków? (to o Bracie Zeno i wizycie jego bratanka, mój pierwszy esej na MO, niejako sprowokowany, bo redakcja „Tygodnika Ostrołęckiego” nie chciała tego tekstu zamieścić, a gość TPO oczekiwał reakcji prasy na jego przybycie z Bostonu…), „Od swojego losu nie można uciec…” (w: „Fasetowe dusze”, LIBERUS Ostrołęka 2024), „Co pozostało w pamięci ostrołęczan po staroście Kulikowskim, którego w przedwojennej prasie nazywano „ojcem i opiekunem”? (Zeszyty Naukowe OTN, 39., Ostrołęka 2025) i „Alena” Norbert Adamowicz – Żołnierz Niezłomny/Wyklęty, który wybrał piękne życie” (może ukaże się w Zeszytach OTN). Dlaczego praca nad tymi tekstami była tak wyczerpująca? Przyjęłam zasadę, że muszę przeczytać wszystko, co na temat moich bohaterów napisano. W wypadku Izraela Szterna także jego dzieła, w tym eseje po angielsku na australijskich stronach internetowych. To wielomiesięczna, żmudna, ale jakże ciekawa i odkrywcza praca! Po takim wczytywaniu się postać staje się autorce bliska tak bardzo, że „wchodzi się w jej buty”… To pomaga w tekstach beletrystycznych, ale już w tych dla OTN-u trzeba sobie narzucić pewne ograniczenia, bo jednak tam chodzi o poświadczoną w źródłach prawdę. Tym bardziej trzeba się solidnie napracować, ponieważ różne źródła podają odmienne „fakty”. Wtedy najrozsądniej zacytować kilka możliwości. No i pojawiają się zupełnie nieoczekiwane odkrycia, które wiele wnoszą, ale i tak poszerzają kontekst, że autor(ka) cieszy się z ograniczenia tekstu do 20 stron… Po takim półrocznym maratonie zmagania się z faktami przychodzi zmęczenie i chęć uwolnienia się od postaci, która wkroczyła do domu autorki (dziesiątki książek!), do jej myśli (monotematyczność i koncentracja), nawet do snów! Czasami sny są podpowiadające, ale rzetelna praca daje więcej… „Uwolnienie się” od tematu następuje, gdy esej zostanie wysłany zespołowi redakcyjnemu. Tyle że w tekście zwykle znajduje się „zahaczka” do następnego i już zaczynamy planować, jak ująć kolejne rewelacje. Pisarze tak właśnie mają. Przebogaty świat domaga się zrelacjonowania…
Muszę także wspomnieć, jak dewastująca bywa praca nauczyciela, nawet jeśli się ją kocha. Mnie zdarzyło się pracować w dwóch szkołach naraz, to było jak energochłonny młyn polsko-angielski, bo nawet soboty i niedziele miałam zajęte sprawdzaniem wypracowań, kartkówek, testów itp. Gdy moje koleżanki już odpoczywały w wakacje, ja jeszcze musiałam sprawdzać prace egzaminacyjne i wypisywać raporty w Alma Mater. Bywało, że zmęczenie eliminowało mnie z aktywnego życia do połowy wakacji… Dzisiaj też nauczyciele muszą pracować w kilku miejscach, a poloniści pisują prace magisterskie, pod którymi podpisuje się beztrosko ktoś inny. Tak świetne polonistki zarabiają, by wykształcić swoje dzieci… To obrzydliwe, że znajdują się amatorzy cudzej pracy, ale, niestety, często praktykuje się to w naszym chorym systemie… Później okazuje się, że Kolegium Humanum (czytaj: Tumanum) ma tylu kandydatów do dyplomów. Prace doktorskie też ktoś napisze nie tylko Nikosiowi, bo musi… Wszystko zaczyna się od zaniku przyzwoitości. Jej deficyt przeradza się w cynizm, później następuje roszczeniowość, zachłanność, żądza władzy, no i dochodzimy do tego, kto staje na czele państw, nawet tych największych… Wstyd przestał istnieć u takich osób już dawno… Gdy się doda, że szermują hasłami o swojej głębokiej wierze, prostego obywatela ogarnia pusty śmiech. Tak, zaśmiewamy się, tyle że świat pogrąża się w chaosie i zidioceniu, których pochodną stają się wojny!!
Czy naszym wnukom uda się przywrócić ład i przywiązanie do prawdziwych wartości? Nie będzie to łatwe, ale nie jest definitywnie wykluczone. Heidegger zauważył, że w każdym z nas „dobro-i-zło” jest sprzężone i to sprawa indywidualna, co wybieramy. Taka kontynuacja „wolnej woli”. Podobno „ludzi dobrej woli jest więcej”. Ufajmy w to, ale bądźmy ostrożni, by nie dać się oszukać tym, którzy nawet nie potrafią zrozumieć, że wiele zawodów i zajęć bywa „dewastującymi”, bo się je wykonuje solidnie, rzetelnie, z wielkim zaangażowaniem. Bez tego – wykorzystuje się pracę innych osób, a to zaszczytu nie przynosi, choć często przynosi wielkie zyski. Ale cóż po pieniądzach zdobytych w nieuczciwy sposób… Oby nasze wnuki nigdy nie musiały powtarzać słów Danuty Siedzikówny, „Inki”: „Jest mi smutno umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Cieszmy się (s)pokojem, póki jest nam nadal dany.
Barbara Zakrzewska – pisarka, entuzjastka liberatury i eksperymentów literackich, publicystka, zamieszczała eseje i recenzje w „Przydrożach", Zeszytach TPO „Ostrołęka pełna wspomnień", „Tygodniku Zamojskim", Zeszytach Naukowych OTN.