
Latem tracimy uważność. Lubimy pogadywać o sezonie ogórkowym. Tyle jednak ważnych spraw dzieje się na świecie. Ani wakacyjnych, ani tym bardziej błahych. Czasami rozmawiam z Ołeną, ostrołęcką Ukrainką. O pozostawionym domu. O bombach spadających coraz bliżej. O przerwanej karierze prawniczej. O dzieciach, którym obce niebo nie zawsze sprzyja. Czasami, kiedy dzwoni Marysia Dłuska, rozmawiamy o Ołenie. O wojnie, którą przestaliśmy rozumieć. O traumach, które wloką się przez pokolenia. O coraz dziwniejszych harcach arcypolskich polityków. Czasami czytam frontowe relacje Moniki Andruszewskiej. Wiele tam śmierci, spalonych miast, zabitych dzieci i przyjaciół. Niewiele nadziei. Anonimowi hejterzy odżegnują dziennikarkę od czci i wiary. Broni się ironią, sarkazmem, spokojem, ale przecież zawsze pozostaje jakiś osad. Najgłośniej za to skowyczą politycy. Pompują ego i udają ekspertów. Bredzą niemiłosiernie. I ciągną za sobą legiony celebrytów, samozwańczych obrońców ojczyzny, półanalfabetów. Strasznie to jakoś spsiało.
Najpierw licytowaliśmy się z Europą, kto najbardziej pomógł walczącym Ukraińcom. Teraz licytujemy, który rząd pomógł najmniej. Elektorat preferuje ,,to najmniej". Wcześniej bywał dumny z ,,tego więcej". Niestety, ale politycy wzięli się za edukację historyczną, chociaż, tak naprawdę, myślą wyłącznie o teraźniejszości, nadchodzących wyborach i sondażowych słupkach. Trudno uwierzyć, że debata o Wołyniu i polsko-ukraińskich relacjach przeniosła się do sieci. To media społecznościowe zastąpiły uniwersytety i wieloletni dorobek badawczy. Piszą i debatują wszyscy. Na odlew. I na umór. Doda skąpo odziana. Podstarzały polityk, któremu kiedyś brakowało odwagi. Jakiś rozwścieczony pasażer miejskiego tramwaju. Mieszają bezlitośnie przeszłość z teraźniejszością. Zbijają się gwałtownie nie tylko różne wrażliwości, ale przede wszystkim wiedza z ignorancją. Ciekawa rzecz. Dawno temu stworzyliśmy w Kadzidle Skwer Pamięci Męczeństwa Kresowian. Pisał kiedyś o nim ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Pojawiły się pamiątkowe tabliczki, poświęcone pamięci o rzezi wołyńskiej. Droga krzyżowa. Symboliczne światło przecinające ciemność. Czasami ktoś zapali znicz. Widywałem przyjezdnych modlących się przed rzeźbą Jezusa Umęczonego, tak pięknie utrwalonego przez mistrza Stasia Bacławskiego. To naprawdę wyjątkowe miejsce. Powstało blisko dziesięć lat temu. Nie było to wówczas modne. Rzeczywiście, nie warto kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały. Tylko, że dzisiaj wszystko jest inaczej. Kiedy nadeszła rosyjska agresja, kiedy płonął Kijów i ginęli pod bombami Ukraińcy, zbieraliśmy pieniądze, słaliśmy je do niszczonej Odessy, pomagaliśmy wydostać się ludziom z oblężonych miast. Nie zapomniałem wówczas o Wołyniu, ale nie czułem żadnego dysonansu. Pamięć historyczna jest rzeczą świętą. Pogrzebać godnie zamordowanych Polaków to imperatyw. Wspierać walczącą Ukrainę to oczywista powinność. Trzymać Putina jak najdalej od Warszawy to racja stanu. Zbyt często wpadamy z deszczu pod rynnę. Zbyt często stajemy się jedynie przedmiotem w politycznych licytacjach. Niechaj politycy trzymają się za łby. Niechaj prezydent Zełenski sto jeszcze razy zgubi roztropność. Niechaj w obydwie strony fruwają ordery. Niewiele nam do tego. Budujmy nie poprzez przywódców, nieznośnie pretensjonalnych celebrytów, ale poprzez zwyczajnych ludzi, osobiste kontakty, jak najpełniejszą wiedzę. Twórzmy mądre, impregnowane na polityczne trzęsienia ziemi, społeczeństwo obywatelskie, które nie da się zaprzęgnąć do czyjegokolwiek rydwanu i nie pomyli długiej pamięci z pokusą do teraźniejszego linczu.
Znalazłem ostatnio ważną wypowiedź Józefa Łobodowskiego, zamieszczoną ponad siedemdziesiąt lat temu w emigracyjnej "Kulturze". Oczywiście, nie w pełni przystaje do zdarzeń obecnych. To jednak inny kontekst. Odmienny czas. Odrębne doświadczenia. Ale jest o czym myśleć. Przytaczam w całości: "Czas byłby najwyższy, aby Polacy zrozumieli, że Ukraińcy są odrębnym narodem o takim samym prawie do samoistności, jakie przysługują każdemu innemu narodowi. Że szereg cech ujemnych, które nas razi, albo dają się nam dotkliwie we znaki, powstał na skutek tragicznej historii i nienormalnego rozwoju kultury narodowej, stale krępowanej przez nieprzyjazne okoliczności. Że wreszcie zły to patriota, który sąsiadowi zza miedzy odmawia takich samych uczuć patriotycznych, choćby z tym sąsiadem miał sto razy na pieńku. A przede wszystkim trzeba skończyć z tym fałszywym jaśniepaństwem, które widzi w innych narodach "hetki-pętelki" tylko dlatego, że odegrali mniejszą rolę w historii, albo nie mają Kopernika, czy Szopena. Bo prawdziwe państwo oparte na świadomości własnych walorów, nie wyżywa się w śmiesznej pysze, ani wzgardliwej niechęci. Te uczucia cechują tylko nuworyszów. Ukraińcom zaś wyszłoby na dobre, gdyby przeprowadzili chociaż częściową rewizję swoich poglądów na dawną Rzeczpospolitą, a na dwudziestolecie międzywojenne spojrzeli także i od polskiej strony. Ja tu nikogo nie chcę rozgrzeszać, ani niczego usprawiedliwiać, chcę po ludzku dojść do wytłumaczenia każdego zjawiska. Polacy też przez sto kilkadziesiąt lat znajdowali się w nienormalnej sytuacji, a obciążeń stąd powstałych tak łatwo się nie usuwa. Ukraińcy dobrze wiedzą, co to jest system rosyjski w poprawionym sowieckim wydaniu, z systemami niemieckimi również mieli okazję się zapoznać. Bo jednak, bo mimo wszystko - a wolno mi to chyba po wypowiedzeniu tylu gorzkich słów pod adresem własnej ojczyzny podkreślić - fakt, że ekscesy antyukraińskie działy się w ramach administracyjnego i politycznego bezhołowia, a nie sztywnego konsekwentnego systemu, świadczy, że - Bogu dzięki - nie dorośliśmy ani do moskiewskiej tyranii ani do zimnego teutońskiego okrucieństwa".
Jeśli bronić polskich racji, to właśnie tak. Jeśli mierzyć się z przeszłością, to bez zacietrzewienia. Bandera, Szuchewycz, Klaczkiwski pozostaną na haniebnej liście ludobójców. Ogromny żal, że stali się oni, także w wyniku agresji rosyjskiej, fragmentem pozytywnym w ukraińskiej historiografii. Zabrakło porządnej edukacji. Zabrakło niezależnych, krytycznych intelektualistów, którzy mieliby odwagę stawiać odważne pytania. Banderowski kult bardzo cierpliwie żłobił świadomość, szczególnie we wschodniej części kraju. Nacjonalizm jest często pochodną sytuacji zewnętrznej. Wojna stała się skutecznym paliwem. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że to nie upiorna przeszłość jest dzisiaj zagrożeniem dla Europy, ale rosyjskie ambicje i brednie o restytucji imperium. Pozostają tylko dyplomacja i edukacja. Na pewno nie ogólnonarodowy lincz wobec niewinnych ludzi. Odpowiedzialność zbiorowa to nie jest immanentna cecha kultury europejskiej.
Kilka słów o naszym rozchwianym poletku. Iluż to rozochoconych rodaków sięgnęło po porządną literaturę? Posłuchało historycznej debaty? Już dawno temu ukazała się biografia Bandery, autorstwa Grzegorza Rossolińskiego-Liebe. Od blisko czterdziestu lat żyjemy w wolnej Polsce. Chodzimy do polskich szkół, w których podstawa programowa obejmuje również upowskie ludobójstwo. I dopiero teraz odkrywamy Wołyń? Gdybyśmy więcej i mądrzej patrzyli, gdybyśmy cenili wiedzę, nie emocje, wówczas nikomu z polityków nie przyszłoby do głowy posługiwać się nami w polsko-polskiej bijatyce. Wystarczy wiedzieć. Wyrobić sobie własne zdanie. Nie dać się tak łatwo wpuszczać w przysłowiowe, partyjne maliny. Spróbujmy skonstruować program na teraz: ofiary rzezi wołyńskiej (nie tylko zresztą wołyńskiej!) godnie pogrzebać. Ukraińskim uchodźcom pomagać. Nie szczuć, nie osaczać, nie poniżać. Krewkich polityków, po obydwu stronach, omijać szerokim łukiem. Nie zwracać uwagi na wymachiwanie szabelką. Bronić swoich racji. Wiedzieć o co idzie gra. Rosję doprowadzić do bankructwa (tak, jak zrobił to genialny prezydent Reagan!) i radować się wspólnie z jej upadku. Cierpliwie tworzyć polsko-ukraińskie relacje. Mogą stanowić bardzo ciekawy, geopolityczny konstrukt, szczególnie ważny po upadku imperialnej Rosji. Zbudujmy intelektualną symetrię. Nie da się odtrącić Antygony. Przejmująco pisała o tym Maria Janion: "Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi". Ale nie zapomnijmy o naszych gościach: Ołenie, Serhiju, Nataszy, Siewie, Ludmile, Artemie, tysiącach Ukraińców, także bezbronnej dziewczynce napadniętej ostatnio w bielskim autobusie. Nie znaleźli się nad Wisłą z własnego wyboru. Nie tak łatwo opuszcza się rodziny dom, zostawia dorobek życia, ucieka w nieznane. To są dzielni ludzie. Pokrzywdzeni przez wojnę. Przez rojenia ponurego, moskiewskiego dyktatora. Nie sposób nie myśleć o rozbitych domach, pogmatwanych sprawach, tułaczym losie, upartym szukaniu życiowego spokoju. Nie fundujmy sobie niepotrzebnego dysonansu. Nie należy godzić się na czyjąkolwiek krzywdę. Jakąkolwiek wojnę.
Niestety, wraz z upadkiem komunizmu, nie skończyła się historia. Fukuyama się mylił. Nie dany nam jednak leniwy sezon ogórkowy. Świat ciągle drży w posadach. Wojny wprawdzie się kończą, ale natychmiast zaczynają się nowe. Wielu szatanów dalej jest czynnych. Szczególnie ten jeden. Na kremlowskim tronie. Spadkobierca Lenina i Stalina. Spróbujmy o tym pryncypialnie pamiętać. Nie łudźmy się. Nie jesteśmy obleczeni jakimś nienaruszalnym kokonem. Los Ukrainy może być również naszym losem. Los wojennych uchodźców wpisany jest również w nasz genotyp. Nie daj Boże, byśmy musieli się znowu wybijać na smakowitą niepodległość.
O autorze:
Dariusz Łukaszewski - nauczyciel, historyk, samorządowiec, współtwórca kadzidlańskiego gimnazjum, pomysłodawca serii wydawniczej "Biblioteczka Kurpiowska", teksty publikował w pismach "Pracowni", "Sycyna", "Już jest jutro", "Tygodnik Ostrołęcki", "Kresy", "Czas Kultury", "Przydroża", autor książek poetyckich oraz eseistycznych, organizator wielu przedsięwzięć kulturalnych, spotkań autorskich, konferencji, popularyzator kultury i tradycji kurpiowskiej oraz idei dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Z jego inicjatywy Gmina Kadzidło nadawała cenione tytuły Honorowego Obywatela, połączone z Nagrodą Kurpiowskiego Nepomuka.