
A może… w drugim pokoleniu wkładam na głowę emaliowany nocnik – rodową koronę w państwie zajmującym się odwieczną uprawą kapuścianych głąbów? Monarchia Ubu trzyma się mocno, a szopka polityczna gra coraz głośniej.
Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku zakończył 51. sezon artystyczny widowiskiem plenerowym „Mazowsze w Koronie” Iwony Kusiak w reżyserii Marka Mokrowieckiego. Widzowie, którzy nie zdążyli dotrzeć w sobotę na Stary Rynek, mogą zgodnie z harmonogramem jeździć za spektaklem do gmin powiatu płockiego. Letnie pokazy będą finiszować 6 września w Bodzanowie.
CIMCIRYMCI
Literackie spotkania z Witoldem Gombrowiczem są zawsze odkrywcze, a zwrot „rodzina patologiczna” mógłby z powodzeniem stać się podtytułem „Iwony, księżniczki Burgunda”. Wrześniowy spektakl w reżyserii Adama Gradowskiego i Mariusza Pogonowskiego rozbił bank nominacji do Srebrnych Masek. Trofeum odebrał Jakub Matwiejczyk, ale spokojnie można byłoby obdarować nagrodami także pozostałych aktorów.
Iwona – zabawka w rękach władzy. Cimcirymci – obiekt śmiechu, drwin, obaw i nienawiści. Księżniczka zaklęta w cykl stereotypów, z których nie tylko nie potrafimy wyjść, ale zaciskamy je wokół szyi ludzi z innej bajki, podwórka, kraju, religii czy frakcji. Żeby tylko nie było skandalu, ale i tak z góry, z góry, i karaskiem w śmietanie, i z góry. Na oślep i na pohybel.
Dawno już nie oglądałem rodzimej produkcji z zapartym tchem. Rzadko mam objawy niedotlenienia i tylko wtedy, gdy interpretacja w swojej prostocie pozwala na dokładne śledzenie tekstu. W tym wypadku doskonale podanego, słowo po słowie i trafiającego w sedno. Niedorzeczna z początku intryga, na którą widz patrzy z góry, z kolejnych rzędów podwyższanych po obu stronach sceny, staje się lustrem, w którym przeglądają się świadkowie skupieni wokół tronu groteski, łoża hańby i katafalku uroczystej kolacji.
Owacja, jak gwoździe, wbija w fotel.
Kim jestem w tej grze? Królem Ignacym (Mariusz Pogonowski) zapatrzonym w swój majestat, tłumiącym przeszłe grzechy i łaskawie spotykającym się z poddanymi? A może Królową Małgorzatą (Dorota Cempura), poetką na rozdrożu przemijania, broniącą syna przed upokorzeniem prasowych napaści i plotek? Wolałbym nie być Ciotką (Grażyna Zielińska), która sprzeda rodowe dobra z zamkniętymi oczami za każdą cenę, by tylko skorzystać z możliwości bezwstydnej celebry próżności. Co jednak, jeśli jestem Filipem (Jakub Matwiejczyk), księciem bez zahamowań, genetycznie skażonym nudą, która zamienia się w zabawy emocjonalne z ludźmi.
„Iwona, księżniczka Burgunda”, fot. Waldemar Lawendowski Ilu takich pięknych Filipków mamy wokół? Menadżerów z bożej łaski. Działaczy wygrywających szantażem i przekupstwem. Redaktorów z podkulonymi ogonami długopisów i mikrofonów, którzy nie widzą, nie słyszą i nie czują żenady podpisu pod propagandowymi bredniami. Rodzina jest najważniejsza, ale tylko ta uszyta na miarę. Z wyuczonym uśmiechem do kamer i spokojną reakcją na zaczepki dziennikarskich fleszy.
Nikt nie chce być Iwoną – brzydkim koczkodanem. Iwona nie pasuje do wspólnej fotografii. Iwona to wyrzut sumienia, który zmazuje się wszelkimi sposobami, rankingami, laudacjami i pustosłowiem do protokołu.
Kameralna sala im. profesora Jana Skotnickiego mieści zaledwie setkę biletowanej publiczności. Z każdego miejsca, ale także dzięki ekranom w złoconych ramach, zawieszonym na sztankietach pod sufitem, można zbliżyć się do bohaterów dramatu i popatrzeć w kreowane przez nich gęby. Na uwagę zasługują wszyscy, ale osobiście wyróżnię Paulę Stepczyńską, Płocczankę po Małachowiance i studiach aktorskich we Wrocławiu. Oto Iwona bez makijażu. Iwona z przygryzanymi wargami i drżącymi dłońmi, jak pacjentka, która nie wie, od czego rozpocząć swoje wyznanie w gabinecie lekarskim podczas rutynowego wywiadu. Iwona spocona chłodem relacji, spłakana krzykiem bezsilności i głodna miłości, nawet za cenę śmierci. Iwona zamieniająca się w indiański totem z wymazanym krwią motywem monarchii: „My nie kochamy się – my tylko wytwarzamy miłość między sobą”.
CZICZIKOW LOGUJE SIĘ PONOWNIE
Inscenizacje starych dzieł coraz częściej odbywają się z ich uwspółcześnianiem. Dziewiętnastowieczny kostium zamienia się w uniwersalny uniform wyobrażonego świata przyszłego, a bohaterowie mają dopisane frazy, nierzadko okraszone przekleństwami. Skrócony i przerobiony, czasem nie do poznania, nowy de facto tekst z didaskaliami z innych lektur oraz cytatami i fragmentami utworów, które powstały na kanwie pierwowzoru, tłumaczony jest komunikacją z młodym widzem. Wybierając się zatem do teatru na znany ze szkoły tytuł, nie raz i nie dwa, można się zdziwić, ile fabuły się już zapomniało. Niestety w większości wypadków to iluzja, gdy ogląda się po prostu zupełnie inną sztukę zawierającą tylko wątek snuty z oryginału.
Bohaterem „Martwych dusz” jest Paweł Iwanowicz Cziczikow, który zajeżdża ze swym stangretem Selifanem oraz lokajem Pietrkiem do miasta gubernialnego N., gdzieś na prowincji. Z pozoru porządny, zadbany i grzeczny. Niezbyt bogaty, ale też i nie biedny, „ani tłusty, ani chudy”. Jego celem jest kupno listy chłopów pańszczyźnianych, którzy umarli od czasu ostatniego spisu rewizyjnego, a za których właściciele ziemscy muszą wciąż płacić podatki. Wybawiciel skarbowy wzbudza powszechną sympatię.
I to by było na tyle z Gogola, bo płocki spektakl „Martwe dusze 2.0” napisał od początku do końca Rafał Sisicki, w przeszłości asystent Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Nowym w Warszawie, scenarzysta, aktor i reżyser. Nowy klasyk zamienia się w jego interpretacji w wyobrażenie cywilizacji cyfrowej , a bohaterowie mówią językiem supertechnologii. Efekt? Zaskakujący. Dla seniorów to niezrozumiała nowomowa. Dla młodzieży tchnąca przebrzmiałym slangiem ramota. Jednak dla dużej części uczestników dyskusji w Płockim Towarzystwie Przyjaciół Teatru sztuka oceniona została jako ciekawy eksperyment z dobrymi kreacjami, w tym główną rolą Jakuba Matwiejczyka i futurystyczną scenografią w bieli, z migotliwym ekranem Krzysztofa Małachowskiego.
Przygotowując się do tekstu, znalazłem naukową tezę, że gogolowskie martwe dusze to pojęcie szersze, obejmujące nie tylko zmarłych, ale także tych niezaangażowanych, których nieznajomość spraw ważnych można wykorzystać poprzez medialną manipulację, jednorazowe lajki czy głosy. Emocjonalne reakcje „lubię to” lub odwrócone palce hejtu, mają sprawiać wrażenie, że jest nas dużo, mamy sukcesy i myślimy podobnie. To piekielnie tłusty kąsek dla Cziczikowa, gdy „wszyscy jesteśmy tylko danymi”.
OŻYWIANIE PRZESZŁOŚCI
Honorowanie spektaklami teatralnymi jubileuszy jest przedsięwzięciem dość ryzykownym. Szczerze mówiąc, nie przepadam za składankami o straży pożarnej i flisackiej braci na Wiśle. Nie znaczy to jednak, że widowiska plenerowe („Mazowsze w Koronie”), czy rekonstrukcyjne („Czerwiec’76”) są wyrzucaniem pieniędzy. Ich formuła nie raz i nie dwa spełnia zadanie przystępnej edukacji historycznej oraz zbliża do sztuki aktorskiej przypadkowych odbiorców, biorących udział w piknikach i lokalnych uroczystościach.
Do bardziej udanych performansów w tej puli należy „Dramat liturgiczny w Pontyfikale Płockim” według scenariusza ks. prof. Henryka Seweryniaka i w reżyserii dyrektora Marka Mokrowieckiego. Powtórzone po sześciu latach, tym razem z okazji 950-lecia diecezji płockiej, średniowieczne misteria wypełniły katedrę po brzegi, a występ chóru Pueri et Puellae Cantores Plocenses znakomicie wpisał się w „ożywienie księgi” datowanej na lata 1180-1215.
FARSA NA NOWY ROK
Sylwestrową premierą po raz kolejny zarządzał Stefan Friedmann, proponując „Pomoc domową” Marca Camolettiego. W tym miejscu od kilku lat stawiam kropkę, po zdaniu, że nie pamiętam, co oglądałem, bo wszystkie farsy są do siebie podobne i z biegiem czasu coraz mniej mnie śmieszą. Zrobię jednak wyjątek z powodu Magdy Tomaszewskiej, która rolą sprzątaczki Jadwigi rozpoczęła ciąg niezwykle barwnych i różnorodnych kreacji.
POLE KAPUSTY
„Ubu Król, czyli Polacy”, fot. Waldemar Lawendowski „Ubu Król, czyli Polacy” Alfreda Jarra, w reżyserii Marka Mokrowieckiego i genialnej scenografii Krzysztofa Małachowskiego, jest spektaklem powracającym. Minęły trzy dekady od realizacji z udziałem Jacka Mąki, którego zastąpił teraz syn Łukasz, wkładając w drugim pokoleniu emaliowany nocnik na głowę – rodową koronę w państwie zajmującym się odwieczną uprawą kapuścianych głąbów. „Rzecz, która się dzieje w Polsce, czyli nigdzie” zasługuje na promocję z kilku powodów. Niezbyt lotny tekst został dobrze zagrany, a co za tym idzie, aktorstwo jest podstawowym walorem przedsięwzięcia. Na wyróżnienie, poza Łukaszem oczywiście, równorzędnie zasługuje Magdalena Tomaszewska – Matka Polska – Ubica nad Ubicami.
Mam nadzieję, że pole kapusty, z tekturowym wyposażeniem armii polskiej, nie spadnie zbyt szybko z afisza i pozwoli w wielu domach na rozmowę o prowokacji sprzed 130 lat. Ówczesny skandal zamienił się przecież w lustro autokratów dynastii XX i XXI wieku. Monarchia Ubu trzyma się mocno, a szopka polityczna gra coraz głośniej.
ONA TEMU WINNA…
Spektaklem powracającym jest także sztuka Leonarda Gershego „Motyle są wolne” w reżyserii Dariusza Poleszaka-Hassa, który za bliźniaczą reżyserię otrzymał Srebrną Maskę 2025 i obietnicę wejścia do stałego repertuaru Sceny Kameralnej. Ryzyko się opłaciło, a wymiana połowy składu aktorskiego była korzystna.
Magda Kuśnierz-Komarnicka zagrała rolę dojrzalszą, a Jakub Matwiejczyk, aktor, który zagrał w sezonie cztery główne role, przekonująco wcielił się w niewidomego Dona Bakera. Minimalistyczna scenografia Krzysztofa Małachowskiego pozwoliła tym razem na maksymalne skupienie się na konflikcie pokoleniowym, którego przepracowania widz staje się świadkiem. I mimo komediowego momentami kostiumu, tragedia postaci iskrzy się na całego. Niedawna Matka Polska (Ubica) staje się, za sprawą Magdaleny Tomaszewskiej nadopiekuńczą Matką Polką. Zestawienie tych dwóch ról, zagranych raz po raz, jest dowodem, jak wielkie są jej możliwości na rozpisanie aktorskiej partytury. Brawura kontra powściągliwość. Chamstwo przenicowane na zaborczość. Prostactwo słów wyniesione do języka intelektualnej wyższości, który boli bardziej, niż inwektywy.
PIĘKNA BESTIA
Chętnie wracam do teatru dla dzieci. Lubię patrzeć i na widowisko, i na widownię, której zachowanie jest najlepszą recenzją przedstawienia. Od lat zastanawiam się, co tak naprawdę decyduje o sukcesie baśni scenicznej. Oczywiste jest, że to nie tylko tekst, ale w dużej mierze także scenografia, kostiumy, technika i piosenki.
Pół wieku temu, co nie brzmi zbyt zachęcająco, byłem uczniem szkoły podstawowej. Był to czas, gdy dzieci pracowników płockiej Petrochemii otrzymywały w okresie karnawałowym prezent pod choinkę. Tylko raz zaproszono nas do teatru. W czerwonych fotelach czekaliśmy na Bestię i na Piękną w realizacji Krzysztofa Kursa na podstawie prozy Stanisława Grochowiaka. Inscenizacja musiała być niezwykła, skoro od tamtej pory kompulsywnie pożeram sztukę za sztuką, pamiętając mrok, jaki towarzyszył zaczarowanemu księciu i dobroci dziewczyny, która nie bała się kochać potwora.
Idąc tym tropem, kupiłem wejściówkę na premierę musicalu na podstawie baśni Jeanne-Marie Leprince’a de Beaumonta w adaptacji i reżyserii Andrzeja Ozgi.
Specjalista piosenki literackiej stworzył „Piękną i Bestię” od nowa i mimo wzoru zrealizowanego przez Disneya. Kino rządzi się swoimi prawami, a fakt braku ekranu w świecie współczesnego dzieciństwa jest wart, choćby dwugodzinnej elektronicznej prohibicji. Bardzo prosta, a może nawet tandetna scenografia nie przeszkodziła przedstawieniu, którego walorami były muzyka i ambitna treść. Przekazywanie treści za pomocą piosenek wpisało się w obowiązujący obecnie nurt. Rapowany „Pan Tadeusz”, czy „Anty-gona”, dają powody do myślenia, że stosowane od dziesięcioleci metody realizacji dla dzieci sprawdzają się doskonale również wśród dorosłych.
Czy to znak czasu? Nie wiem, ale trzeba to głęboko przemyśleć, także w kontekście komunikacji międzypokoleniowej, gdzie główną rolę zaczynają odgrywać skrót, komiks, rolka, hip-hop, art brut. Wszystko znane, nawet zakurzone, ale odkrywane, jakby „de novo”.
Główne role Pięknej i Bestii zagrali laureaci Srebrnych Masek 2026 – Maja Rybicka i Jakub Matwiejczyk, potwierdzając swoje umiejętności aktorskie. Warto jednak wspomnieć o całym zespole, od którego biła pozytywna energia i nawet najmniejsze epizody dopracowano. Ruch sceniczny i układy choreograficzne, zrealizowane przez Tomasza Tworkowskiego, zasługują na dodatkowe oklaski. Mistrzami drugiego planu okazały się koty – w wykonaniu Magdaleny Tomaszewskiej i Adama Gradowskiego. Szkoda tylko, że w zgiełku odczarowania Bestii zapomniano o symbolicznej karze dla wioskowego oszusta Cholewki, którego wiarygodnie zagrał Łukasz Mąka.
URODZINOWE OSTATKI
W drugiej połowie roku 2025 kontynuowano obchody 50-lecia płockiej sceny. Był czas wystawy kostiumów teatralnych w Muzeum Mazowieckim (Krzysztof Małachowski), sesji w Towarzystwie Naukowym Płockim z honorowym patronatem Marszałka Województwa Mazowieckiego oraz promocji zbioru biogramów „Portret z Maską” Leny Szatkowskiej w Mediatece, wydanej przez Książnicę Płocką.
Finałem obchodów jubileuszowych stał się styczniowy koncert Płockiej Orkiestry Symfonicznej pod dyrekcją Elżbiety Tomali-Nocuń z utworami półwiecza, w aranżacjach Piotra Wrombla. Warto było forsować ten pomysł, podobnie jak ideę muralu na ścianie jedenastopiętrowego bloku przy Gierzyńskiego 19, ufundowanego wspólnie przez Mazowiecką Spółdzielnię Mieszkaniową, Miasto Płock i Urząd Marszałkowski oraz z mocnym wsparciem projektu przez Płockie Towarzystwo Przyjaciół Teatru.
GOŚCINNE PROGI GORZOWA
Od kilku lat PTPT organizuje wycieczki teatralne. Weekendowe wypady do innych miast, poza oglądaniem spektakli i zwiedzaniem scen, niosą za sobą dodatkową wartość poznania regionu podróży. Tegoroczny autobus wyruszył do Gorzowa Wlkp., Poznania i Kalisza. Ujęła nas gościnność Jana Tomaszewicza na Ziemi Lubuskiej. Sztandarowy projekt „Trzy razy Piaf” w reżyserii Artura Barcisia uzupełniliśmy spacerem po teatralnych zakamarkach oraz energetyczną rozmową z szefem ZASP. W stolicy Wielkopolski czekał „Król Roger” Karola Szymanowskiego w Teatrze Wielkim. Całość zakończył „Skąpiec” Moliera, w szkolnej realizacji na scenie kaliskiej.
Większość z czterdziestoosobowej reprezentacji PTPT po raz pierwszy w życiu odwiedziła Gorzów i Kalisz i z czystym sumieniem możemy promować te miasta, jako kierunki artystycznych odkryć.
DIAMENTOWE KROKI
Za nami osiem płockich premier 2025/2026, a przed nami 214. sezon teatralny w naszym mieście. Przypominam, że życie sceniczne, zwłaszcza w rejonach obleganych przez turystów, trwa, nie bacząc na wakacyjną przerwę. Warto zatem skorzystać podczas letnich wypadów z szansy obejrzenia przedstawień plenerowych i festiwalowych w różnych zakątkach Polski i świata. Wybór jest ogromny i różnorodny.
Jarosław Wanecki
Prezes Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru, lekarz
Na zdj. na górze strony: „Ubu Król, czyli Polacy”, fot. Waldemar Lawendowski
Jarosław Wanecki