
Wracając z Rydzewa odkrywam coraz to inne drogi. Przez Ostrołękę, Łęg Przedmiejski, Brzozówkę, Tatary. Często sosny. Zadbane wsie. Sporo nowych domów. Dopieszczone podwórka. Czasami wydma, bocian na wysokiej latarni, przydomowa kapliczka z Matką Boską, bezpański, albo pański pies. Musi zdumiewać awans materialny Kurpiowszczyzny. Ksiądz Adam Boniecki, nasz Honorowy Obywatel, wspominał, że pamięta tę okolicę sprzed lat siedemdziesięciu. Pozostawała symbolem biedy i braku szerszych perspektyw. Teraz jeździmy po świetnych drogach. Dobrze oznakowanych. Coraz bezpieczniejszych. Świetlice wiejskie, siłownie pod chmurką, remizy strażackie, altanki, wszystko to zadaje szyku i robi ogromne wrażenie.
Dowcipny kapłan dodawał, że gdyby dawni mieszkańcy nagle zmartwychwstali, natychmiast dostaliby zawału serca. Trudno byłoby im oswoić cywilizacyjny przeskok. Jeszcze nie tak dawno zbieraliśmy szyszki i kolki. Łatwiej było rozpalać ogień w kaflowych kuchniach. Dzisiaj przechwalamy się liczbą koni mechanicznych, starannie dobieramy rośliny do wielobarwnych ogrodów, zamawiamy smakowitą pizzę, zajadamy oliwki, burgera z podwójną wołowiną, coraz łatwiej zapominamy o nieszczęściach, wojnach, traumach, przysłowiowym końcu świata. Cenimy dobrobyt. Łakniemy wsi spokojnej i wesołej. Błogosławione niechaj będą kurpiowskie aktywa: kukurydza, krowy, mleko. Również uparci, pracowici ludzie, pędzący przez ten lokalny, czasami, ciągle jeszcze, emigrancki żywot. Heroicznie mnożą szczęście. Kilka dekad temu byłoby jedynie fragmentem mitologii, chwalącej bezkrytycznie złoty wiek.
Ale może jeszcze o mikroskalowych powrotach. Wszystkie te nazwy od zawsze dźwięczą w uszach. Tylko, że częściej bywamy w Portugalii niźli w Gnatach, Pupkowiźnie, czy nawet w Durlasach. Trochę to jednak naganne. Profesor Marek Węcowski, autor genialnej książki "Homer na nasze czasy", przywołał we frapującym wywiadzie przeuroczą sugestię Milośa Formana. Wybitny czeski prestidigitator, wielki mag światowego kina, podpowiadał adeptom trudnej, reżyserskiej sztuki, żeby nigdy nie tworzyli filmów dla całego świata, bo nikt tego nie obejrzy. Nawet tubylcy rodzinnej wsi. Zdaniem reżysera warto pokusić się o dostrzeżenie lokalności, czegoś odrębnego, konkretnego, dotykalnego, prawdziwych smaków i zapachów. Dopiero wówczas zachwytom i nagrodom nie będzie końca, zaś świat obdarzy dzieło i jego twórcę owacją na stojąco. Święta prawda. Życie to jednak nie tylko wena, nie konfabulacje, ale cierpliwe opisywanie, przywoływanie ludzi i zdarzeń.
Poznawanie świata przypomina również rzucanie kamyka na taflę wody. Doskonale harmonijnie rozchodzą się powierzchniowe fale. Dalej i dalej. To nie woda się przemieszcza, ale energia. Jest to fenomenalne, arcyciekawe, także metaforyczne zjawisko. Pierwszy, niepozorny krąg, drugi, trzeci, kolejne, coraz odleglejsze. Kto nie rozpozna początku, nie zrozumie końca. Kto nie dostrzeże mikrokosmosu, nigdy nie uwierzy w nieskończoność. Nawiasem mówiąc Itaka króla Odyseusza to tylko górzysta wyspa, niepozorna wypustka na Morzu Jońskim. Ani imperium, ani hegemonistyczna Attyka. W sumie niecałe sto kilometrów kwadratowych. Ponad dwukrotnie mniej od powierzchni gminy, w której mieszkam. Ledwie trzy tysiące mieszkańców. Właściwie tyle, co kot napłakał. Porównywalnie z Myszyńcem, bo przecież już nie z naszym uroczym Kadzidełkiem. Aż trudno uwierzyć, że wielki Homer zechciał uwiecznić coś tak drobnego. Dawno połknęliśmy bakcyla globalizmu. Jesteśmy wszędzie. Czujemy się obywatelami świata. Ale niewidomy Poeta doskonale wiedział, że grecki świat utkany jest z takich właśnie okruchów, najmniejszych centrów świata, bardzo ważnych dla obywateli, którzy wpadli na pomysł konstruowania oryginalnych, politycznych organizmów. Nazywali je "polis", czyli coś, co łączy organicznie, trwale nasze zupełnie rozdzielne wyobrażenia i o państwie, i o mieście. To właśnie dlatego Odys, zdewastowany barbarzyńską wojną, wyrzutami sumienia, krwią na rękach, raną na sumieniu, łamaniem boskich nakazów, musiał jakoś powrócić, powędrować do swego odległego domu, poza którym wszystko było obce, ale w którym wszystko było już odwrotne. Powroty to trudne zajęcie. Czasami zupełnie niemożliwe. Nawet jeśli, to przecież jesteśmy już kimś innym. Nadwątleni. Podstarzali. Zdezorientowani. Nie miejsce tutaj na recenzję książki profesora Węcowskiego, czy równoległą przypowieść o głośnym filmie "Odyseja" Christophera Nolana. Można ten film akurat obejrzeć w ostrołęckim kinie "Jantar", do czego najszczerzej zachęcam. Warto jednak chwytać te paralele. Pamiętam, aż za dobrze, unijne referendum. Iluż to zatroskanych o los etnicznej ojczyzny patriotów rwało wówczas włosy. Ileż pytyjskich przepowiedni o końcu biało-czerwonego świata wpadało wówczas do naszych bezradnych uszu. Iluż polityków, za przykładem Rejtana, darło koszule, szczególnie przed kamerami, tylko po to, by chwilę później ozdobić swoje patriotyczne torsy świetnie skrojonymi garniturami. Wszystko, co lokalne miało przepaść. I świadomość, i stroje, i gwara, i wiara, i rękodzieło, i taniec, i śpiew. Bredzono w nieskończoność. Byleby tylko elektorat się wzruszył, albo przestraszył. Byleby mocniej przypiął się do swoich patetycznych obrońców. Byleby tylko skoczyły słupki poparcia i otworzyła się szansa na poselski mandat. Brzydkie sprawy. Szkoda, że głupiejemy aż tak hurtowo. Kłamstwa przychodzą niektórym zbyt łatwo. Potrafią wszystko odwrócić do góry nogami. Bardzo rzadko pożerają potem własny jęzor. Wierzą, że ludzka pamięć jest krótka, a już na pewno wybiórcza. Ale to tylko jedna z wielu dygresji, których tak bardzo nie lubią moi adwersarze. Tak, czy siak, prowincja trzyma się dobrze. Rozkwita. Renesans kurpiowski, o którym tyle zdążyłem powiedzieć, spełnia się na naszych oczach i uszach, bo te wszystkie powolniaki, żurawie, fafury, okrąglaki trafiają do nas przeróżnymi zmysłami.
Ostatnio więcej deszczu niż słońca. Korzystają kurpiowskie piaski i wspomniana kukurydza. Niechaj wspina się do nieba, z nadzieją, że wrześniowe słońce zdąży napełnić kolby, że spełni się wszystko podczas udanych żniw. Jak Kurpie długie i szerokie, wszędzie, bez wyjątku, pojawią się pryzmy ze starannie rozdrobnioną i ubitą kukurydzą. Tylko tak dopełni się zbawienny rytuał, czyli fermentacja mlekowa. Dzięki niej będzie można skarmiać krowy. Trzeba być uważnym. To skomplikowany proces. Proporcja pomiędzy suchą a mokrą masą musi być precyzyjnie zachowana. Później staranne foliowanie. Ciężkie opony dla bezpieczeństwa. Kilka tygodni bez dostępu powietrza. Nieoceniona kurpiowska przewaga, dar od losu, głębszy, finansowy oddech, dochód wymierny, chociaż wcale nie stabilny, bo cena mleka wariuje często na giełdowej sinusoidzie. Tak, bezwarunkowo człowiek wsiąka w te lokalności, plusy i minusy, euforie i klęski, bezinteresowne starania i pogruchotane miesiące.
Naprawdę cieszą te codzienne powroty, chociaż nie ma w nich odysowej ekstazy. Zdarzają się jednak drobniejsze wzruszenia. Mikronowe olśnienia, wyrywające z rutynowych czynności. Gdzieś na wysokości Gibałki, po lewej stronie, pojawiają się nagle wieże kościelne, zupełnie złote od chwilowego słońca. Otwiera się natychmiast zmatowiała pamięć. Trochę jak z proustowską magdalenką. Rzadko można bywać świadkiem konsekracji świątyni. Dylewo miało niesłychane szczęście. Dokładnie widzę tamten szczególny dzień. Znakomitych budowniczych, księży Mariana Niemyjskiego i Jacka Majkowskiego, zawsze pomocnych Janka i Stanisława Kaczyńskich, utalentowanego Marcina Sutułę, autora niebanalnych malowideł, dumnych mieszkańców, bo jednak udało się to wiekopomne dzieło doprowadzić do końca. Wieże jako drogowskaz? Antycypacja domu? Metafizyczny anons? Sakralne złocistości zawsze asystowały szczerym wędrowcom. To ważny moment, kiedy oko coś jednak rozpoznaje. Nagle robi się bliżej. Już tylko Szafarnia i zawsze bliska sercu Brzozówka. Odwracam głowę. Jeszcze raz mistyczna współobecność. Może tylko mniej złocista, bardziej mosiężna, bo słońce, chimeryczne tego roku, zagubiło właśnie swoją przedchwilową moc. A dalej? Wysokie wydmy, cięte dekady temu gruntową drogą, prowadzoną bez szczególnych kombinacji, niemal na przestrzał, do pobliskiego, parafialnego, prawie stołecznego Kadzidła. Jakiś czas temu, moi fantazyjni koledzy, dokonali pierwszego w dziejach zimowego wejścia na te wydmowe wierzchołki, dzisiaj gęsto zresztą zalesione. Sosny nie tolerują pustych przestrzeni. Dzielni eksploratorzy nadali pagórkom całkiem sugestywne nazwy: B1 i B2. Prawie jak w Himalajach. Ale zawsze ważniejsze to co na wyciągnięcie ręki. Kronika wyprawy milczy o trunkach wprawiających krew w odpowiednią cyrkulację. Miejscowi ciągle jednak kręcą głowami, aż do dzisiaj, po tylu latach, ze szczerym podziwem i nieskrywanym niedowierzaniem. Na Kurpiach to najwyższy z możliwych dowodów uznania.
Uważny obserwator dostrzeże jeszcze przydrożny, metalowy krzyż, niewielką tabliczkę, często palony znicz. To właśnie tutaj zginął w wypadku świetny chłopak, dusza towarzystwa, przysłowiowa perełka, mój ulubiony uczeń, uśmiechnięty na cały świat. Zrozpaczeni rodzice w taki właśnie przejmujący sposób upamiętnili tragedię. Nigdy nie pogodzili się z tą niesprawiedliwą nieobecnością, dojmującym brakiem. Aż powędrowali w najdalszą stronę, byleby otrzeć się chociaż o nadzieję i zasłyszane proroctwa.
Cóż więcej powiedzieć? Pamiętajmy o przenikliwym Kawafisie. Itaka rzeczywiście jest wszędzie. Trwalibyśmy w zawieszeniu, gdyby jej nie było. Na szczęście jest. Prawdziwa i wyobrażona. To dzięki niej zdobywamy "mądrość i ogrom doświadczeń". To właśnie dlatego wracamy, pomimo tylu gruzowisk i doznanych krzywd. Karmimy się lotosem. O tylu smolistych przeciwnościach próbujemy zapomnieć. Nasłuchujemy syreniego śpiewu. Towarzyszą nam omamy i fanaberie. Pędzimy w przepaść. Tracimy przyjaciół. Schodzimy do Hadesu. Uporczywie tęsknimy do oswojonych pejzaży i rozpoznawalnych znaków. Nolan i Odyseja. Homer i poezja. Tygodnik Powszechny. Maria Poprzęcka. Marek Węcławski. Piotr Oczko. Tamaryszek i cisy. Kurpiowskie imaginarium. Kilka numerów w telefonie. Łaskawa ciekawość, ciągle chciwa, niepohamowana, żarłoczna. Dobra lokalność z tarasem na dobrą przyszłość. Wystarczy. To zdecydowanie więcej, niźli wypada oczekiwać od kapryśnego losu.
O autorze:
Dariusz Łukaszewski - nauczyciel, historyk, samorządowiec, współtwórca kadzidlańskiego gimnazjum, pomysłodawca serii wydawniczej "Biblioteczka Kurpiowska", teksty publikował w pismach "Pracowni", "Sycyna", "Już jest jutro", "Tygodnik Ostrołęcki", "Kresy", "Czas Kultury", "Przydroża", autor książek poetyckich oraz eseistycznych, organizator wielu przedsięwzięć kulturalnych, spotkań autorskich, konferencji, popularyzator kultury i tradycji kurpiowskiej oraz idei dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Z jego inicjatywy gmina Kadzidło nadawała cenione tytuły Honorowego Obywatela, połączone z Nagrodą Kurpiowskiego Nepomuka.
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.