
Gdy w Zielonej Górze robi się duszno, Ochla przy ul. Botanicznej znów staje się jednym z pierwszych adresów, które przychodzą ludziom do głowy. Dziś widać tam współczesny wakacyjny ruch, ale stare gazety pokazują, że ten sam odruch powtarzał się już dawno – gdy słońce paliło, a chłodna woda była cenniejsza niż cień. W archiwalnych numerach „Gazety Lubuskiej” i „Gazety Zielonogórskiej” można znaleźć obrazy, które brzmią zaskakująco aktualnie.
W archiwum wraca ten sam letni kierunek
Ochla w 1987 roku pękała w szwach
Leśne kąpielisko rodziło się z pracy wielu rąk
W archiwum wraca ten sam letni kierunek
Stare roczniki nie leżą już wyłącznie w bibliotecznych magazynach. W Zielonogórskiej Bibliotece Cyfrowej można je przeglądać bez wychodzenia z domu i właśnie tam trafiają ślady dawnych wakacji, tłoku na plaży i miejskiego pragnienia ochłody.
Jednym z takich śladów jest tekst z 24 lipca 1987 roku z „Gazety Lubuskiej”. Już sam tytuł mówił wszystko: „Prysznic nie zastąpi kąpieliska”. Autor opisywał Ochlę jako miejsce, do którego w gorące dni ciągnęły tłumy, choć nie wszystkim udawało się znaleźć wolny skrawek brzegu.
„W upalne dni […] było tu dziennie do 4 tysięcy osób” – pisała „Gazeta Lubuska”. W tym samym materiale pojawia się też obraz dobrze znany każdemu, kto pamięta dawne miejskie kąpieliska: muzyka z głośników, sporo gwaru, a obok zwykłe wakacyjne drobiazgi, które budowały klimat miejsca. W pierwszych tygodniach lata brakowało zimnych napojów, ale spółdzielnia „Społem” miała zadeklarować poprawę, a prywatni sprzedawcy dokładali do tego watę na patyku i słonecznik.
Ochla w 1987 roku pękała w szwach
Z tamtego opisu wyłania się kąpielisko, które działało według bardzo konkretnego rytmu. W dni powszednie otwierano je od 10 do 19, a w dni wolne od pracy do 20. Na miejscu można było nie tylko pływać i opalać się, ale też rozbić namiot, a po uzgodnieniu z gospodarzem podłączyć światło. To już nie była tylko plaża w miejskim wydaniu, lecz całe letnie zaplecze dla tych, którzy chcieli zostać dłużej.
Najważniejsze liczby z tamtego tekstu pokazują skalę zainteresowania:
do 4 tysięcy osób dziennie w upalne dni,
8–10 grup zorganizowanych,
czynne od 10 do 19 w dni powszednie,
czynne do 20 w dni wolne,
bilety po 10 i 20 zł,
grupy zorganizowane korzystały bez opłat.
Widać w tym nie tylko popularność miejsca, lecz także prostą potrzebę, która niewiele się zmieniła. Kąpielisko miało być oddechem od miasta, a nie luksusem. Dlatego tak mocno wybrzmiewał tamten dziennikarski tytuł – prysznic mógł przynieść chwilową ulgę, ale nie dawał tego samego, co zanurzenie w wodzie i całe letnie zamieszanie wokół basenu.
Leśne kąpielisko rodziło się z pracy wielu rąk
Jeszcze wcześniejszy materiał, z 13 czerwca 1972 roku, pokazuje, że popularność Ochli nie przyszła znikąd. „Gazeta Zielonogórska” pisała wtedy o kąpielisku leśnym przy ul. Botanicznej, gdzie w ciepłe dni „wszyscy ciągną” po wodę i odpoczynek. Obiekt był otwarty codziennie od 7 do 19, a bezpieczeństwa pilnowało czterech ratowników.
W tym samym tekście widać też ducha czasu. Kąpielisko rozwijało się w czynie społecznym, więc autorzy apelowali do zakładów pracy, przedsiębiorstw i instytucji o wsparcie dla miejskich władz oraz społecznego komitetu zagospodarowania Parku Piastowskiego. Sens był prosty: miejsce służyło wszystkim, więc warto o nie dbać i dokładać cegiełkę – sprzętem, pieniędzmi albo pracą.
„Każda pomoc się liczy” – przypominała „Gazeta Zielonogórska”. Z tej historii wyrasta dzisiejsza Ochla. Kąpielisko otwarto w 1964 roku, przebudowano je pięć lat później, a w nowszej odsłonie – jako H2Ochla – udostępniono je dwa lata temu. Zmieniła się oprawa, zmieniły się czasy, lecz letni odruch pozostał ten sam. Gdy przychodzi skwar, Zielonogórzanie nadal wiedzą, gdzie szukać ulgi.
na podstawie: UM Zielona Góra .