2026-07-21, Żużel
Kiedy wyjeżdżał na tor, oczy kibiców – zwłaszcza damskiej części publiczności – natychmiast biegały za jego czarną czupryną i charakterystycznym, zawadiackim wąsikiem.
Bolesław Proch urodził się 4 lutego 1952 roku w Świebodzinie. Był uosobieniem elegancji w sporcie, który kojarzy się wyłącznie z brudem, metanolem i rykiem silników. Na motocyklu siedział prosto, niemal dostojnie, a jego sylwetka w łuku stanowiła wzór dla młodych adeptów czarnego sportu. Pod tą maską dżentelmena krył się jednak człowiek z granitu. Ustępliwy? Nigdy. Podporządkowany systemowi? Ani trochę.
Cud w Gorzowie i przeklęty obojczyk
Wszystko zaczęło się od marzenia, które narodziło się na trybunach stadionu przy ul. Śląskiej w Gorzowie w październiku 1970 roku. Osiemnastoletni wówczas chłopak ze Świebodzina obserwował, jak Edmund Migoś sięga po koronę Indywidualnego Mistrzostwa Polski. Ten widok podziałał na niego jak iskra. Postanowił, że zostanie żużlowcem.
CZYTAJ: Pijany jechał karetką? Po kilku latach zabrał głos
Droga do realizacji tego celu pokazała jednak, jak wielkim uporem dysponował Proch. Los złośliwie testował młodego zawodnika. Tuż przed pierwszym egzaminem na licencję zaliczył on fatalny upadek i złamał prawy obojczyk. Egzamin przesunięto o kilka miesięcy. Gdy zbliżał się kolejny termin, stało się coś niewyobrażalnego – Proch upadł ponownie, łamiąc… lewy obojczyk. Inny na jego miejscu dałby sobie spokój. On tylko zacisnął zęby. W 1972 roku licencja była jego, a Zielona Góra zyskała diament, który szybko zaczął błyszczeć najjaśniejszym blaskiem.
Sukcesy nie były dziełem przypadku
W 1973 roku wywalczył z Falubazem brązowy medal w lidze. Był to pierwszy medal tego klubu w historii rozgrywek. Talent Procha rozwinął się dwa lata później, kiedy na własnym torze zdobył złoty medal w Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostwach Polski oraz wywalczył Srebrny Kask. To były jeszcze czasy, kiedy juniorzy walczyli do 23 roku życia. O zwycięstwie Procha zadecydował wyścig dodatkowy, w którym pokonał lublinianina Tadeusza Bereja . Obaj mieli po 14 punktów. Brązowy medal przypadł Eugeniuszowi Błaszakowi ze Startu Gniezno. Natomiast w Srebrnym Kasku zielonogórzanin okazał się najlepszy w cyklu ośmiu turniejów (do klasyfikacji liczono sześć najlepszych). Zaledwie jednym punktem wyprzedził Ryszarda Fabiszewskiego ze Stali Gorzów oraz czterema Błaszaka.
Sukcesy na młodzieżowych torach nie były dziełem przypadku, bo Proch świetnie radził sobie wszędzie, gdzie się pojawił. Jako junior błyszczał szczególnie na drugoligowych torach w 1975 roku, gdzie jego średnia przekraczała 2,5 punktu na wyścig, co dało mu szóstą pozycję wśród najskuteczniejszych żużlowców na zapleczu ekstraklasy.
Angielski uniwersytet i narodziny „Boleya”
Kiedy Proch zdecydował się na głośny transfer z Zielonej Góry do odwiecznego rywala – Stali Gorzów – krajowe władze ukarały go bezwzględną roczną karencją. Wydawało się, że to drastycznie wyhamuje rozwój wielkiego talentu. Wtedy jednak nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. GKSŻ poszła na kompromis i w połowie 1976 roku wypuściła go do Anglii, do uważanej wówczas za najsilniejszą ligę świata British League. Zastąpił tam Eugeniusza Błaszaka, który jeździł w pierwszej części sezonu.
W Anglii Polak z miejsca wywołał ból głowy u lokalnych dziennikarzy i spikerów, którzy łamali sobie języki na jego imieniu. Szybko więc skrócono je do chwytliwego „Boley” (na Wyspach zyskał też oficjalny pseudonim „Mr Boley”). Trafił do zespołu Reading Racers, stając się jednym z najmłodszych Polaków z kontraktem w Wielkiej Brytanii.
Jego jazda na trudnych, technicznych angielskich torach była czystą poezją. W debiutanckim sezonie 1976 wykręcił solidną średnią biegową 5,58 punktów na mecz. To tam nauczył się agresywnego, a zarazem bezpiecznego wchodzenia w łuk, co natychmiast zaowocowało powołaniem do kadry narodowej. To właśnie w Londynie, na słynnym stadionie White City, wywalczył w 1976 roku z reprezentacją Polski tytuł drużynowego wicemistrza świata.
Sezon 1977 w Anglii przyniósł kolejną historię pasującą do jego nietuzinkowego życia. Brytyjska federacja (BSPA) uznała, że skład Reading Racers jest zbyt silny i przekracza narzucone limity. Klub został zmuszony do osłabienia drużyny, przez co Proch – w ramach wymiany zawodników – musiał przenieść się w trakcie rozgrywek do Leicester Lions. Zmiana barw nie ostudziła jego zapału, a zebrane doświadczenia sprawiły, że gdy GKSŻ ostatecznie odwiesiła go w kraju, do Stali Gorzów wrócił prawdziwy żużlowy profesor.
Bumerang przywieziony z Australii
Po ,,zaliczeniu’’ karencji Bolesław Proch podtrzymał chęć reprezentowania Stali Gorzów, ale zanim zadebiutował w nowych barwach zimą poleciał razem z Zenonem Plechem do Australii. Niestety, starty na drugim krańcu świata zakończyły się dla Procha bardzo pechowo. W ostatnich zawodach na wstającego z toru po upadku Polaka najechał jeden z zawodników. Obrażenia były poważne. Skomplikowany uraz stawu skokowego lewej nogi oraz złamane kości śródstopia w lewej i prawej nodze. Efekt, operacja, kilkutygodniowy pobyt w australijskim szpitalu, platynowa śruba, która pozostała z nim już na zawsze oraz wyjazd do Anglii na dodatkową rehabilitację.
Na tor powrócił dopiero w piątej kolejce w 1977 roku i w debiucie w Stali spisał się znakomicie, zdobywając 13 punktów. Szybko okazało się, że gorzowianie, szeregi których opuścił Plech przeprowadzając się do Gdańska, z Prochem w składzie złapali odpowiedni rytm. We wcześniejszych czterech kolejkach mistrzowie kraju jeździli słabo i w tym czasie odnieśli tylko jedno zwycięstwo. Z dorobkiem dwóch punktów znajdowali się na dole ligowej tabeli. Z chwilą pojawienia się Procha rozpoczęła się koncertowa jazda w wykonaniu mistrzów, którzy wygrali 11 meczów z rzędu, a kolejne mistrzostwo Polski zapewnili sobie kolejkę przed zakończeniem rywalizacji.
Miało być idealnie, było rozczarowanie
W następnym sezonie, chyba najlepszym w karierze, Bolesław Proch jeździł jeszcze lepiej, ale miał sporo pecha. Trenerzy szybko zorientowali się, że połączenie Procha z absolutną legendą klubu, Edwardem Jancarzem, stworzy duet niemal idealny. Obaj prezentowali nienaganną, wręcz podręcznikową technikę i obaj myśleli na torze za dwóch.
Ich jazda w parze była jak dobrze naoliwiona maszyna. Rozumieli się bez słów. W czasach, gdy jazda parowa była fundamentem sukcesu, Proch i Jancarz potrafili zablokować każdy atak rywali, tasując się na dystansie w sposób tak płynny, że przeciwnicy tracili orientację. Kulminacją tej współpracy był finał Mistrzostw Świata Par, który odbył się w Chorzowie. Cztery dni wcześniej obaj panowie potwierdzili swoją dyspozycję, pewnie zdobywając na tym samym torze mistrzostwo Polski, oddając rywalom dwa punkty po defekcie motocykla Procha w wyścigu z Unią Leszno. Jeszcze wcześniej Proch był na tym samy stadionie drugi w finale Złotego Kasku. Jednym punktem przegrał z Plechem.
Kiedy wydawało się, że nasz duet jest perfekcyjnie przygotowany do walki o medal w dniu finału coś zaszwankowało. W dobrej dyspozycji był Jancarz, który zdobył 13 punktów, ale zawiódł przede wszystkim Proch. Jego skromny, dwupunktowy dorobek mocno rozczarował. Nie tylko kibiców, ale również jego samego. Po finale czuł złość, rozczarowanie, sportowy żal.
Dramat i chwała. Finał IMP Gorzów 1978
Ten sam rok – 1978 – przyniósł Bolesławowi Prochowi jeden z najbardziej pamiętnych, a zarazem najbardziej bolesnych momentów w karierze. Finał Indywidualnych Mistrzostw Polski odbywał się na jego już domowym torze w Gorzowie. Trybuny pękały w szwach, a kibice Stali liczyli na triumf kogoś z dwójki Bolesław Proch – Ryszard Fabiszewski, bo tylko oni znaleźli się w finałowej rozgrywce z miejscowych zawodników.
Turniej od początku układał się pod dyktando „Boleya”. Proch jeździł jak natchniony, wygrywając bieg za biegiem. Wszystko zmierzało do idealnego finału, jednak na jego drodze stanął sportowy pech. Po trzech zwycięstwach, w czwartej serii, jadąc pierwszy, zgubił hak i jeszcze w trakcie biegu został wykluczony za stworzenie groźnej sytuacji na torze. Skończyło się na srebrnym medalu, co sam zawodnik i kibice przyjęli jako rozczarowanie. Mistrzem niespodziewanie został Bernard Jąder z Unii Leszno, a po brązowy medal sięgnął Robert Słaboń ze Sparty Wrocław.
Ostatni akord buntownika
Po latach pełnych sukcesów w Gorzowie, przeniósł się w 1981 roku do Polonii Bydgoszcz. Nad Brdą spędził ostatnie sześć lat swojej kariery. Kibice go uwielbiali, a on odwdzięczał się kapitalną postawą, regularnie wprowadzając do zespołu powiew motywacji oraz technicznych nowinek. To w Bydgoszczy w 1985 roku świętował swój drugi w karierze tytuł indywidualnego wicemistrza Polski.
Jego rozstanie z żużlem w 1987 roku idealnie podsumowało bezkompromisowy charakter. We wrześniu 1987 roku Proch pojechał z Polonią na zawody do holenderskiego Veenoord po czym dołączył do będącej już w Niemczech rodziny. Zakończył karierę i wszystko musiał budować od zera: od nauki języka, przez aklimatyzację, aż po zdobycie nowego zawodu. Ukończył kurs terapeuty ruchu, po czym przez wiele lat pracował w tym zawodzie. W pracy ze swoimi pacjentami wykorzystywał unikalne, życiowe doświadczenie – nikt tak dobrze jak były żużlowiec, który w młodości seryjnie łamał kości, nie rozumiał mechaniki ludzkiego ciała, bólu oraz trudów powrotu do pełnej sprawności po ciężkich urazach.
Choć jego serce zatrzymało się nagle 22 grudnia 2012 roku w wieku zaledwie 60 lat, pamięć o dżentelmenie z wąsikiem i białym szalem pod kombinezonem nigdy nie zgaśnie w sercach kibiców z Zielonej Górze, Gorzowie i Bydgoszczy.
Robert Borowy
Robert Borowy
„Mr Boley” – ikona elegancji i uporu na żużlowych torach
„Mr Boley” – ikona elegancji i uporu na żużlowych torach
Kiedy wyjeżdżał na tor, oczy kibiców – zwłaszcza damskiej części publiczności – natychmiast biegały za jego czarną czupryną i charakterystycznym, zawadiackim wąsikiem.
echogorzowa.pl
Wydawca: Metalplast-Meblopol Zofia Wiernicka Redaktor Naczelny: Robert Borowy