„Papier wszystko przyjmie. SOR już nie” - tymi słowami Porozumienie Rezydentów rozpoczyna swój dramatyczny apel o pilną kontrolę w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym (WSzZ) w Toruniu. Młodzi lekarze zarzucają placówce drast
fot. AS Szacowany czas czytania: 04:40
Sprawa, która ujrzała światło dzienne, wywołała ogromne poruszenie w toruńskim środowisku medycznym. Według Porozumienia Rezydentów, sytuacja na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym zagraża zdrowiu i życiu pacjentów.
Rezydenci: „Zastraszanie i kreatywna dokumentacja”
Zgodnie z przepisami Ministerstwa Zdrowia, na SOR-e stale musi przebywać co najmniej jeden tzw. lekarz systemu. Z informacji przekazywanych przez rezydentów wynika jednak, że rzeczywistość w Toruniu drastycznie odbiega od norm prawnych.
– Podczas części dyżurów w SOR brakuje lekarza systemu, a opiekę nad pacjentami sprawują lekarze zatrudnieni w innych oddziałach szpitalnych, którzy jednocześnie wykonują swoje podstawowe obowiązki w oddziałach macierzystych i na blokach operacyjnych” – alarmuje Porozumienie Rezydentów w swoim oświadczeniu.
Młodzi lekarze twierdzą, że szpital zamiast rozwiązać problem, wykazuje medyków z innych oddziałów jako personel SOR. Co gorsza, osoby, które próbowały nagłośnić sprawę, miały spotkać się z wyciąganiem konsekwencji służbowych.
– Co natomiast stało się z sygnalistami, którzy sprawę zgłaszali? Są zastraszani i karani naganami. I tu jak w soczewce widać, czemu polska ochrona zdrowia nie umie wyrwać się z ciągłej patologii – bo jej zgłoszenie jest uciszane, zamiast być początkiem procesu naprawczego” czytamy w oświadczeniu organizacji, która dodaje, że dotychczasowe zgłoszenia do NFZ czy resortu zdrowia nie przyniosły skutku.
Koordynator SOR: „Model opiera się na lekarzach szpitala”
Zupełnie inaczej sytuację przedstawia kierownictwo placówki. Iwona Skonieczna-Zielak, koordynator toruńskiego SOR-u, z którym związana jest od 26 lat, podkreśla, że specyfika oddziału od początku opierała się na współpracy międzyoddziałowej. SOR w Toruniu przyjmuje średnio od 120 do 140 pacjentów na dobę.
– Model funkcjonowania naszego oddziału ratunkowego opiera się przede wszystkim na lekarzach naszego oddziału, naszego szpitala. Zespół dyżurowy tworzy zespół lekarzy, którzy są delegowani do oddziału ratunkowego z pięciu najważniejszych dziedzin naszego szpitala, czyli interny, kardiologii, neurologii, chirurgii i ortopedii. I ci lekarze pełnią dyżur w oddziale ratunkowym. Są oni zwolnieni tego dnia, kiedy ten dyżur mają pełnić, z obowiązków na swoim macierzystym oddziale swoim – tłumaczyła dr Iwona Skonieczna-Zielak podczas konferencji prasowej. Koordynator przyznaje, że na stałe na oddziale zatrudnionych jest tylko dwóch lekarzy medycyny ratunkowej – w tym ona sama oraz drugi, doświadczony specjalista, który wspiera asystentów zabiegowych. Podkreśla przy tym, że definicja „lekarza systemu” w polskim prawie jest szeroka i nie ogranicza się wyłącznie do specjalistów medycyny ratunkowej, co wynika z dramatycznej sytuacji kadrowej w całym kraju. W Polsce pracuje obecnie jedynie około 800 lekarzy tej specjalności we wszystkich SOR-ach.
Dyrekcja apeluje o „elastyczność” w stanach zagrożenia życia
Władze lecznicy kategorycznie zaprzeczają, jakoby lekarze byli zmuszani do jednoczesnego, pełnego dyżurowania w dwóch miejscach naraz w normalnych warunkach. Dyrektorka szpitala wyjaśnia, że system oddelegowania jest jasny od momentu przejęcia dyżuru.
– Na każdym oddziale dyżuruje co najmniej dwóch lekarzy, a nawet do czterech, kiedy ten oddział jest wyjątkowo duży. I jeden z tych lekarzy jest oddelegowany do SOR. Od początku przejmując dyżur wie, że jest lekarzem szpitalnego oddziału ratunkowego. Także nie ma sytuacji, żeby jeden lekarz jednocześnie – to, co pojawiało się w tych zarzutach, które pojawiają się w mediach – był lekarzem tylko i wyłącznie oddziału i tylko SOR-u – tłumaczy dr Janusz Mielcarek, rzecznik prasowy szpitala. Szpital przyznaje jednak, że dochodzi do sytuacji, w których lekarze muszą się wzajemnie wspierać, co wynika z dynamiki pracy szpitala i ratowania ludzkiego życia.
– Zdarzają się wyjątkowe sytuacje, że musi wspomóc, ale to trzeba rozumieć, że to musi być najbardziej elastyczna postawa w sytuacji, gdzie jest stan zagrożenia życia, kiedy są dodatkowo pacjenci. No trzeba sobie pomagać. Jeśli ten lekarz akurat w szpitalnym oddziale ratunkowym nie ma pacjentów, a jest stan zagrożenia życia w jego podstawowym oddziale, to pomaga lekarzowi, który już tam funkcjonuje – dodaje.
Winne złe rozwiązania systemowe?
Zarówno koordynator oddziału, jak i dyrekcja zwracają uwagę na inny, fundamentalny problem – strukturę pacjentów, która drastycznie obciąża personel. Zespoły ratownictwa medycznego przywożą jedynie około 30-40% pacjentów. Reszta to osoby ze skierowaniami lub szukające pomocy na własną rękę, z których ogromna część w ogóle nie powinna się tam znaleźć.
– My też korzystając z tej okazji, że mówimy tutaj o SOR-ze, chcemy podkreślić, co pewnie pojawia się też we wcześniejszych doniesieniach, że między siedemdziesiąt, osiemdziesiąt procent pacjentów, którzy trafiają do szpitalnego oddziału ratunkowego, są pacjenci, którzy powinni zostać załatwieni ambulatoryjnie, tak? A jednak ze względu na problemy systemowe trafiają tutaj. To jest też dodatkowe obciążenie i dla lekarzy, i dla pacjentów, zwłaszcza tych, którzy potrzebują nagłej pomocy. I też korzystając z okazji chcemy o tym przypomnieć, bo wydaje się, że ta praca będzie dużo łatwiejsza, jeśli systemowo uda się rozwiązać tą ogromną liczbę pacjentów, którzy powinni jednak nie trafić do SOR-u, a do innych form pomocy medycznej – mówiła dyrektorka szpitala, dr Sylwia Sobczak.
Mimo organizowanych konkursów ofert, do pracy na stałe w Toruniu nie zgłaszają się nowi specjaliści medycyny ratunkowej. Trwające kontrole zewnętrzne mają ostatecznie wykazać, czy procedury na toruńskim SOR-e są łamane, czy też placówka padła ofiarą niewydolności całego polskiego systemu ochrony zdrowia. Szpital jednak zastrzega, że przeszedł już szereg kontroli, które nie wykazały nieprawidłowości.