
Gdybym dziś miał ocenić stan państwa polskiego, nie byłaby to dobra ocena. Przeciwnie. Jako były policjant policji kryminalnej – dla tchórzy „komuch” – oceniam sytuację struktur państwa polskiego i podziału administracyjnego kraju jako podział według wpływów grup przestępczych.
Co stało się z jednością Polaków? Politycy wszystkich opcji przez lata mozolnie ją rozbijali. Równie konsekwentnie i bezczelnie pozbawiano społeczeństwo autorytetów. Rozpoczęto aroganckie umacnianie systemu zarządzania informacją. Upubliczniane treści przekazów mają zgadzać się z samym faktem zaistnienia danej sytuacji, lecz jednocześnie nadawać jej nowe znaczenie. To samo wydarzenie przedstawia się w sposób odpowiadający aktualnej władzy – bez względu na jej szczebel.
Stworzono systemy umożliwiające przepływ finansów publicznych poza realną kontrolą społeczną. Po założeniach państwa demokratycznego została już tylko wydmuszka. Jak pisałem wcześniej, społeczeństwu spenalizowano niemal każdy krok. Pozbawiono ludzi prawa do decydowania o własności prywatnej, a zamiast tego rozpoczęto „produkcję” przestępców mimo woli.
Krytyka władzy stała się ryzykowna, jak w tradycyjnych reżimach. Nieliczne media, które nie schlebiają władzy, są atakowane, lżone, wyśmiewane i wikłane w długotrwałe procesy sądowe.
Od lat piszemy o szkodliwości istnienia spółek prawa handlowego działających na mieniu publicznym. Nie dość, że ten apel pozostaje bez echa, to jeszcze tworzy się struktury i metody ich umacniania.
Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia związane z fuzją szpitali dwóch sąsiednich powiatów oraz sprawę słynnego lekarza koordynatora z Warszawy, mamy do czynienia z efektem systemu stworzonego w określonym celu. Celem tym jest pieniądz, a nie pacjent. System zabiega przede wszystkim o dobro ludzi związanych ze służbą zdrowia.
Skłócenie społeczeństwa jest tak skuteczne, że poważne podziały pojawiają się już nawet w rodzinach. Taki stan daje tak zwanej władzy swobodę działania i możliwość osiągania własnych korzyści. W tej dziedzinie nie ma już barw politycznych. Obowiązuje zasada: „łapiemy, ile się da”, bo inaczej tego systemu nie da się zinterpretować.
Co jako pierwsze robi każda nowa władza? Zmienia obsadę spółek. Nie chodzi przy tym o kompetencje, lecz o upartyjnienie. I tu między partiami panuje pełna zgoda. Bardzo wyraźnie widać to na szczeblu powiatowym. Występuje tam coś, co określam mianem „wielopłciowości politycznej” – wszyscy się zgadzają i jednakowo tępią krytyków swoich działań.
Przy systemie, jaki stworzono, nie ma realnych szans na zmiany ani na ograniczenie możliwości wyprowadzania publicznych środków poza budżet państwa i samorządów. Fundacje, przepisywanie majątków na osoby podstawione – bez względu na stopień pokrewieństwa – wszystko to służy systemowi i dla jego istnienia zostało stworzone.
Jako policjant jestem świadomy mechanizmów tego systemu. Dlatego wraz z przyjaciółmi przygotowaliśmy projekty ustaw: o kłamstwie publicznym oraz o odpowiedzialności urzędniczej. Tak się złożyło, że żadnej znanej mi polskiej partii politycznej regulacja tych dziedzin życia publicznego i społecznego nie zainteresowała. Tymczasem wprowadzenie tylko tych dwóch ustaw mogłoby znacząco ograniczyć patologie.
Oczywiście można obśmiać i zlekceważyć wszystkie inicjatywy społeczne, zwłaszcza z pozycji siły i władzy. Przykładem może być zachowanie prezydenta Bolesławca, który przerwał sesję, bo mógł. Powiedział przy tym, że ktoś pokazał mu „fisia”. To typowe zachowanie ludzi władzy nieograniczonej. Prezydent może się tak zachować, bo wie, że nikt mu tego nie zabroni.
Zwykli ludzie chcieliby zmiany władzy i jej godniejszego zachowania. Tu jednak ponownie kłania się system, który poważnie ogranicza takie możliwości. Państwo polskie nie reaguje, ponieważ samo stworzyło taki sposób wybierania władzy, w którym wyborca jest jedynie statystą. Tworzone jest prawo niekompatybilne z polskim systemem prawnym albo stojące w ogromnej sprzeczności z jego zasadami.
Dobrze, że tuż po 1989 roku udało się Polsce przystąpić do Unii Europejskiej i struktur obronnych NATO. Dziś, przy działaniach współczesnych polityków, byłoby to już niemożliwe. Stąd też pobudzanie nastrojów antyzachodnich. Władza nie lubi, gdy społeczeństwo i niezależne dziennikarstwo patrzą jej na ręce – a co dopiero Unia Europejska.
Aby skutecznie szantażować społeczeństwo, należy stworzyć sztucznych wrogów i sztuczne zagrożenia. Do tego trzeba jeszcze wmówić ludziom, że za wszystko – od klimatu po wojny – winni jesteśmy my, zwykli obywatele. Gdy przyjmujemy na siebie te winy, władza pozostaje „święta”.
Ciekaw jestem, czy przedstawiciele władzy uczyli się o rabacji galicyjskiej i jej przyczynach. Łuk można napinać długo, lecz kto zatrzyma strzałę?
Leszek Stanisław Socha (ocena własna)