Już dawno nastąpił polityczny rozwód między Mateuszem Morawieckim a Jarosławem Kaczyńskim. Obecnie trwa jedynie pojedynek o to, z czyjej winy on nastąpił oraz kiedy go publicznie ogłosić - pisze dla Wirtualnej Polski prof. Marek Migalski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
O tym, że między oboma panami panuje stan wojny, który musi zakończyć się rozstaniem, wiemy od czasu, gdy Morawiecki zlekceważył ultimatum prezesa ws. zakończenia działalności stowarzyszenia kierowanego przez niego. Kaczyński musiał zrobić dobrą minę do złej gry i ogłosić, że w sumie to dobrze, bo teraz PiS będzie miało dwa płuca. Nie zapomniał jednak tej niesubordynacji i tylko kwestią czasu było ponowne uderzenie w środowisko Morawieckiego. Doczekaliśmy się tego wczoraj i wygląda na to, że ponownie żądanie prezesa ws. rozwiązania w ciągu tygodnia stowarzyszenia b. premiera zostanie zignorowane.
Ekspert o Ukrainie. "Dokonała bardzo dziwnego zwrotu ws. Polski"
Obie strony wiedzą, że to koniec ich współpracy. Kaczyński nie może sobie pozwolić na jawne lekceważenie i brykanie byłego premiera. To źle wygląda zarówno w oczach działaczy PiS, jak i jego wyborców. Nikt z wewnątrz partii do tej pory tak jawnie nie kpił z prezesa. Były oczywiście partyjne frondy (Polski Plus w 2007 r., PJN w 2010 i Solidarnej Polski rok później) i ich politycy grali Kaczyńskiemu na nosie, ale dopiero po opuszczeniu "partii-matki". Zresztą wszystkie zakończyły się klęskami i powrotem części ich działaczy na łono PiS.
Dziś ani Morawieckiemu, ani Kaczyńskiemu nie zależy na otrzymaniu łatki rozbijacza Zjednoczonej Prawicy. O to właśnie toczy się gra. Obaj protagoniści wiedzą, że to już koniec ich współpracy, ale woleliby, żeby wiadomość o rozstaniu ogłosiła ta druga strona. Jednak na większym musiku jest prezes PiS. Po pierwsze z powodu, o którym wspomniałem: jawnego buntu Morawieckiego i jego ludzi, co ośmiesza Kaczyńskiego w opinii jego zaplecza politycznego. Po drugie, bo im wcześniej nastąpi rozstanie obu środowisk, tym lepiej dla prezesa PiS.
Dlaczego? Najgorszym dla niego scenariuszem byłaby rebelia Morawieckiego i stworzenie przez niego na kilka miesięcy przed wyborami nowej partii. Taka inicjatywa miałaby efekt nowości, który wyborcy lubią. Natomiast wyrzucenie buntowników teraz stawia ich przed dylematem przetrwania na scenie politycznej przez ponad rok. Ale bez finansowania z budżetu państwa i z problemem, jak zachowywać się w Sejmie w kontrze zarówno do "partii-matki", jak i rządu Donalda Tuska. I wreszcie - po utracie efektu świeżości. Można oczekiwać, że o ile nowa formacja Morawieckiego ma w początkowej fazie swej egzystencji szanse na dwucyfrowe poparcie, o tyle po kilku miesiącach - przewiduję - słupki jej popularności spadną poniżej 10 procent. A może nawet poniżej pięciu.
Bo nikt nie czeka na skruszonych pisowców - pokazały to losy Polski Plus, PJN i SP. Panem umysłów prawicowego elektoratu są Kaczyński oraz liderzy obu Konfederacji. Trudno sobie wyobrazić miliony wyborców z utęsknieniem wypatrujących Morawieckiego i jego ludzi biorących udział w bezeceństwach, których PiS dopuszczało się w czasie swoich ośmioletnich rządów.
Polaryzacja społeczna jest dziś tak duża, że mało jest osób sytuujących się symetrycznie pomiędzy rządem i opozycją. Ludzie Morawieckiego przez lata przyczyniali się do pogłębienia owej polaryzacji. Wygląda na to, że po wyjściu z PiS staną się jej ofiarami.
Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.
Jest politologiem, prof. Uniwersytetu Śląskiego, byłym europosłem (2009-2014), wydał m.in. książki: "Koniec demokracji", "Parlament Antyeuropejski", "Nieudana rewolucja. Nieudana restauracja. Polska w latach 2005-2010", "Nieludzki ustrój", "Mgła emocje paradoksy", "Naród urojony".
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości