Czym innym są publicystyczne kreacje, a czym innym oficjalne wypowiedzi najwyższych państwowych urzędników. Zwłaszcza w czasie ogromnego napięcia w dwustronnych relacjach, podsycanego przez ukraińskie władze. Jeśli Piotr Łukasiewicz tego nie rozumie, nie powinien kierować polską ambasadą w Kijowie.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Kontrowersyjne słowa polskiego Chargé d’Affaires na Ukrainie Piotra Łukasiewicza, podczas uroczystości upamiętniającej ofiary Rzezi Wołyńskiej, wywołały debatę na temat tego, jak polscy dyplomaci powinni mówić o tej tragedii. Czy są stosownie instruowani, jakich sformułowań używać, a jakich unikać? Czy wiedzą, jakie historyczne porównania są uzasadnione, a jakie niedopuszczalne?
Wczorajsze wystąpienie w Ołyce dowiodło moim zdaniem, iż szef polskiej placówki w Kijowie nie rozumie ani polityki historycznej, ani swojej roli jako najwyższego przedstawiciela RP w Ukrainie.
Przypomnijmy fragment, który wzbudził najgorętszą dyskusję:
"Pochylając głowę nad polskimi ofiarami przemocy ukraińskiej na Wołyniu, nie mogę nie wspomnieć o ukraińskich ofiarach przemocy polskiej na terenach dawnej II Rzeczpospolitej przed wojną i w jej trakcie. To wszystko, co działo się na tle II wojny światowej, było straszne i niepotrzebne. Nie tworzę jednak ani symetrii, ani nie stawiam znaku równości między liczbami i jakością cierpień ".
Religia jako narzędzie Kremla? Ekspert o roli Cerkwi w polityce Putina
Niestety, Łukasiewicz taką właśnie symetrię zbudował. Wyobraźmy sobie chińskiego ambasadora w Japonii, który podczas obchodów rocznicy masakry w Nankinie oznajmiłby, że "Chińczycy też przecież nie są bez grzechu". Albo przedstawiciela Państwa Izrael w trakcie uroczystości w Jedwabnem (proszę wybaczyć brutalność tej paraleli), który "nie może nie wspomnieć o prokuratorach żydowskiego pochodzenia w stalinowskiej Polsce". Absurd? Oczywiście.
Nigdy takich słów nie usłyszymy. Nawet gdyby ów izraelski dyplomata dodał w następnym zdaniu, że "nie tworzy przecież żadnej symetrii". Żydzi doskonale wiedzą, jakie porównania i jakie "symetrie" są usprawiedliwione , jaka retoryka sprzyja, a jaka szkodzi ich polityce historycznej. Akurat w tej domenie moglibyśmy się od nich wiele nauczyć.
Ani Łukasiewicz, ani jego przełożeni tej lekcji nie odrobili. Można by argumentować, że przemówienie miało być koncyliacyjne, że nieszczęsne enuncjacje p.o. ambasadora zostały wyrwane z kontekstu. Kiedy jednak przyjrzeć się całości tekstu, okazuje się moim zdaniem, że jest… jeszcze gorzej.
Otóż Łukasiewicz ubrał swój wywód w narrację o "wielkiej, ludzkiej tragedii" okresu II wojny światowej, gdy nastąpiła erupcja zdziczałych nacjonalizmów, jedne narody wyrzynały inne, a krew lała się potokami. Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni i wszyscy powinniśmy się za to wstydzić.
Ten model opowiadania o europejskiej historii lat 30. i 40. ubiegłego wieku jest nam doskonale znany. I przez polską dyplomację powinien być zwalczany z całych sił, bo z punktu widzenia naszych interesów jest po prostu zabójczy.
Tymczasem Łukasiewicz niemal całą swoją mowę okrasił takimi właśnie politycznie i historycznie "poprawnymi" teoriami:
"Musimy umieć wybaczać i musimy umieć prosić o wybaczenie. Musimy wiedzieć, że wybaczenie oraz prośba o nie przychodzą wtedy, kiedy zrozumieliśmy i zawstydziliśmy się błędami okrutnej przeszłości. Kiedy - jak państwa, które rozpoczęły wojnę: Niemcy, Japończycy i ich kolaboranci z czasów II wojny światowej, zrozumieliśmy skalę popełnionych zbrodni - i powiedzieliśmy sobie: to się nigdy więcej nie może powtórzyć. Fanatyczne umiłowanie własnej nacji zawsze prowadzi do grzesznego i okrutnego wyczyszczenia jakiegoś skrawka ziemi z innych nacji".
"Historia dobrze opowiedziana to historia z nazwiskami i będąca lekcją, jak jej nie powtarzać. Historia dwóch narodów mieszkających na jednej ziemi to przeważnie historia sporu i zadawanych sobie wzajemnie cierpień. Ale też lekcja dla lepszego sąsiedztwa dwóch odrębnych, suwerennych narodów i państw. Lekcja dla przyszłości".
"Rozumiemy, że walka o narodowe wyzwolenie jest krwawa, kontrowersyjna i zawsze przynosi ból i ofiarę. Przypominamy, że współczesne państwa europejskie powstawały z krwi, ofiar i przemocy popełnianej w ich imieniu. Rozumiemy dawną przemoc, wstydzimy się za nią i dzięki temu wstydowi za dawną przemoc rozumiemy lepiej wartości, które budują naszą teraźniejszość".
Wróćmy jeszcze do jednego z powyższych cytatów. Nawet gdy Łukasiewicz wskazuje wprost na dwa kraje, które zaczęły wojnę, mówi: "Niemcy, Japończycy i ICH KOLABORANCI (podkreślenie moje - MM). Sformułowania "…oraz ich kolaboranci" używają regularnie izraelscy politycy, odnoszący się do zbrodni Holokaustu. Albowiem pozwala im to na rozszerzenie odpowiedzialności za zagładę Żydów na bez mała wszystkich Europejczyków i przekonywanie światowej opinii publicznej, iż współczesny antysemityzm jest żywy od Lizbony po Warszawę, dlatego trzeba się mobilizować i być nieustannie czujnym w obliczu tego zagrożenia.
Łukasiewicz powtarza ten argument - choć rzecz jasna w innym kontekście - zupełnie bezmyślnie. Powtórzmy - argument zabójczy dla polskiej polityki historycznej, bo wpychający do roli kolaborantów także nas, Polaków.
Tego typu rozważania mogą snuć historycy, żurnaliści, byli politycy. Można mówić o "wielkim, ludzkim dramacie", stawiać znaki równości, unikać definicji sprawców i ofiar. Bogu dzięki żyjemy w kraju wolności słowa, w którym każdy ma prawo pleść bzdury, naginać historyczne fakty, manipulować.
Czym innym są jednak publicystyczne kreacje, a czym innym oficjalne wypowiedzi najwyższych państwowych urzędników. Zwłaszcza w czasie ogromnego napięcia w dwustronnych relacjach, podsycanego przez ukraińskie władze.
Jeśli Piotr Łukasiewicz tego nie rozumie, nie powinien kierować polską ambasadą w Kijowie.
Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.
Analityk Wirtualnej Polski ds. geopolityki, ambasador RP w Izraelu (2018-21) i Stanach Zjednoczonych (2021-24), były wiceminister spraw zagranicznych
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości