
Mateusz M. miał według śledczych najpierw udusić swoją dziewczynę, Małgorzatę W., następnie odciąć jej nogi, a później spalić ciało kobiety. W pierwszych rozmowach z policjantami tłumaczył się tym, że po prostu jest „zwyrolem”. Wcześniej udawał, że bierze udział w poszukiwaniach Gosi, sam zgłosił nawet jej rzekome zaginięcie. Gdy stanął przed sądem, wycofał zeznania i nie przyznał się do winy. Szczegóły tej sprawy mrożą krew w żyłach.
Małgorzata W. zaginęła 21 kwietnia 2024 roku w Chełmie Śląskim pod Mysłowicami. Jej ówczesny partner, Mateusz M., osobiście zgłosił jej zniknięcie na komendzie policji. Początkowo inżynier fizyki sugerował, że po ich kłótni mogła targnąć się na swoje życie. W domu na powrót mamy czekała ich dwójka wspólnych dzieci. Z ustaleń śledczych wynikało, że 32-letnia kobieta po raz ostatni nawiązała kontakt z członkami swojej rodziny poprzez rozmowę telefoniczną – w niedzielę, około godziny 15:00. Po jej zakończeniu, przestała się odzywać i odbierać komórkę. Nie dała o sobie znać, nie wróciła też do domu, a samochód, którym podróżowała, znaleziono przy zbiorniku wodnym Dziećkowice, co mogło ponownie sugerować próbę odebrania sobie życia.
Małgorzata wcale nie zaginęła, tylko została zamordowana. Aresztowano partnera kobiety, wygadał się podczas rozmowy z policjantem
Funkcjonariusze zaapelowali do mieszkańców okolicznych miejscowości o pomoc w poszukiwaniach, publikując w mediach zdjęcie Małgorzaty oraz jej opis. Można było z niego wyczytać, że kobieta ma około 165 centymetrów wzrostu i jest szczupłej budowy ciała. Włosy w kolorze blond, sięgające do ramion, ubrana w sweterek sportowy z kapturem, szare spodnie typu dresowego oraz buty sportowe – takiej osoby należało wypatrywać.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Kamery monitoringu nagrały podejrzanego, jak porzuca samochód partnerki w okolicach zbiornika Dziećkowice. Mężczyzna na dalszym etapie śledztwa nie chciał też udostępnić komputerów do sprawdzenia przez policję, nie angażował się w poszukiwania Małgorzaty, znikał na dłuższy czas i nie było z nim kontaktu. Nie zachowywał się jak zrozpaczona osoba, która szuka ukochanej, to dało policjantom do myślenia. Kilkakrotnie zmieniał też zeznania: przyznał, że nie układało im się w związku, ale rzekomo proponował kobiecie rozstanie. Potem twierdził, że to ona groziła, że odejdzie i odbierze mu dzieci. Często mieli się kłócić, a sprzeczki nabierały na sile.
Aspirant Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach zeznawał, że w dzień, kiedy Mateusz M. przyznał mu się do winy, najpierw zadzwonił do mężczyzny, by uprzedzić go o wizycie. Podejrzany nie był zaskoczony, w końcu sam złożył zawiadomienie o zaginięciu dziewczyny. Niedawno wrócił do domu, przygotowywał obiad dla 2-letniego synka, z którym był w mieszkaniu.
Niedługo później padło pytanie, co Mateusz M. zrobił, by pomóc w odnalezieniu partnerki. Słowa, których użył, od razu zapaliły czerwoną lampkę nad głowami policjantów. - Usłyszałem, że się „przeszedł” nad pobliski zbiornik wodny. To „przeszedłem się” sprawiło, że byłem przekonany, że to on jest zabójcą. Wtedy powiedziałem do niego: gdyby pan był mną, a ja panem, czy uwierzyłby mi pan w wypowiedziane właśnie słowa? Odpowiedział, że nie – zeznawał mundurowy. Wtedy coś w Mateuszu M. pękło. Odwrócił się do funkcjonariuszy i stanął wyprostowany, jak na baczność. Po chwili przerwał ciszę i przyznał się do zbrodni. - Stwierdził: udusiłem ją. Spytałem: gdzie ciało? Odpowiedział, że nie ma ciała – padło w zeznaniach.
Zdaniem policjantów podejrzany szczegółowo opisał później, jak doszło do zabójstwa. Miał twierdzić, że do zbrodni doszło w afekcie, podczas szarpaniny na schodach, z których Małgorzata W. została przez niego zepchnięta. Po wszystkim zbiegł do obolałej partnerki i zacisnął ręce na jej szyi, dusząc tak długo, aż przestanie oddychać. Następnie miał starannie umyć schody, by zatrzeć po sobie wszelkie ślady, ale z rozbrajającą szczerością stwierdził też, że w jego ocenie dobry policjant powinien odnaleźć na nich krew, co się jednak nie stało – przynajmniej nie od razu.
To właśnie wtedy Mateusz M. miał wskazać kominek i wyznać, że próbował w nim spalić ciało Małgorzaty, uprzednio obcinając jej nogi. Ze szczątków miał zostać jedynie kawałek jej kości oraz telefon, który też próbował spalić, co mu się jednak nie udało. Pozostałości wyrzucił w zaroślach przy jakichś hałdach, tak przynajmniej wówczas mówił.
Mateusz odciął nogi ofierze, starał się rozczłonkować ciało. Porównał krojenie człowieka do krojenia kurczaka
Śledczy wyciągnęli od niego jeszcze inne szczegóły: miał im przyznać się do tego, że po zabójstwie zniósł zwłoki Małgorzaty do piwnicy, gdzie starał się je rozczłonkować. Na początek obciął nogi, prawdopodobnie po to, by szczątki zmieściły się w kominku. Ale temperatura w piecu była zbyt niska i nie uporała się z całkowitym spaleniem ciała, na co miał liczyć podejrzany. Wtedy mężczyzna zapakował pozostałości w folię i wywiózł je do nieodległego lasku. Tam miał pozbyć się nadpalonych nóg oraz reszty korpusu. Gdzieś wyczytał, że najlepszym drewnem do spalenia ciała jest dębina, która daje najwyższą temperaturę. Zakupił dużą beczkę po oleju, w której wywiercił dziury, a następnie wrócił na miejsce ukrycia zwłok.
Przed sądem pierwsze zeznania złożył zresztą nie tylko policjant, lecz także Magdalena S., była żona oskarżonego, która nie ukrywała, że boi się byłego męża. Ekspertka z dziedziny chemii, pracownica naukowa, prosiła o złożenie zeznań w innej sali, ponieważ nie czuje się komfortowo w obecności Mateusza. Sąd częściowo przychylił się do jej wniosku, pozwalając po prostu na to, by złożyła zeznania podczas połączenia z salą przez internet – wyświetlono ją na widoku z kamerki. Wydawała się bardzo przejęta tym wszystkim.
Małżeństwo z podejrzanym stawało się dla kobiety coraz bardziej uciążliwe. Miała poczucie, jak zeznawała, że zabrnęła w pułapkę. W pewnym momencie zaczęła nawet korzystać z porad psychologa, na co według śledczych zdecydowała się również następna partnerka Mateusza, czyli zamordowana Małgorzata. Pani Magdalena zeznawała, że stała się potulna i stłamszona, miała poczucie, że i tak nie wygra, więc odpuszczała.
Gdy podjęła decyzję o rozwodzie, zostawiła Mateuszowi list. Bała się powiedzieć mu o tym wprost. W powodach zaznaczyła między innymi, że nie chce mieć dzieci, bo wiedziała, że on wręcz przeciwnie – marzył o zostaniu ojcem. Do rozwodu ostatecznie doszło, a po jego zakończeniu dawne małżeństwo praktycznie przestało się całkowicie widywać. Magdalena S. pamięta jeszcze sytuację, w której poznała Małgorzatę – obie miały zostać sobie przedstawione przez podejrzanego. Późniejsza ofiara potencjalnego mordercy pisała przed śmiercią do byłej żony Mateusza.
Złe przeczucia mieli także współpracownicy Małgorzaty, którzy o sprawie dowiedzieli się z mediów. - W ostatnim czasie bardzo zamknęła się w sobie. Była księgową. Ostatni miesiąc przez tydzień przed śmiercią już się nie odzywała – zeznała koleżanka z pracy. - Jedno zajście z dziećmi uderzyło mnie. Pokazała mi zdjęcia obrażeń córeczki i mówiła, że to Mateusz ją szarpał. Zgłosiła sprawę na policję i w przedszkolu. Tak bardzo zależało jej na rodzinie: chodziła do psychologa, byli razem na terapii. Mateusz miał jej powiedzieć, że zniszczyła mu życie, że ma dosyć jej i dzieci, i że niepotrzebnie kupili dom. Ona przy nim czuła się nikim – dodawała kobieta. Małgorzata miała być uzależniona finansowo od Mateusza, nigdy nic nie kupowała, w pracy prawie nie jadła, bo nie miała swoich pieniędzy. - Według mojej oceny on zawsze był socjopatą – mówiła koleżanka Małgorzaty.
Nagłe wycofanie zeznań i zmiana taktyki. "Stał się stanowczy i opanowany, zadaje pytania w sposób niezwykle inteligentny"
I choć początkowo Mateusz M. przyznał się do winy w rozmowach z policjantami, to podczas samego procesu wycofał swoje zeznania. Teraz twierdzi, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, że Małgorzata spadła ze schodów i uderzyła głową o stopień, a on spanikował. Sprawdził jej puls, lecz 32-latka już nie żyła, dlatego postanowił pozbyć się ciała. Warto przy tym zaznaczyć, że mimo słabego zaangażowania w pozorowane poszukiwania partnerki, mężczyzna przejawia ogromną aktywność podczas rozpraw: zadaje pytania świadkom w sposób niezwykle inteligentny, jest stanowczy i opanowany, nie uronił też ani jednej łzy.
Tymczasem ogromne katusze przechodzą najbliżsi kobiety, w tym dwójka maluchów, które tęsknią za mamą, ale też rodzice Małgorzaty. Ojciec ofiary pełni w procesie rolę oskarżyciela posiłkowego, to on z żoną przejął opiekę nad małoletnimi. - Dzieci straciły matkę i szansę na normalne wychowanie. W rolę ojca i matki muszą się wcielić dziadkowie. Nie powinno tak być — mówił mecenas Dariusz Kawalec, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, który wniósł o zadośćuczynienie po 300 tys. złotych dla obojga dzieci i po 100 tys. zł dla dziadków. — To, co się stało ze zwłokami Małgorzaty, i okoliczność pochówku, który raczej był symboliczny niż rzeczywisty, to powoduje olbrzymie cierpienie. Dziś dziewczynka już rozumie, że nie ma mamy, chłopiec jeszcze nie. Przyjdzie im całe życie wychowywać się bez matki – dodawał prawnik.
Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, proces w sprawie mężczyzny nadal trwał. Mateuszowi M. za zarzucane mu zabójstwo partnerki oraz zbezczeszczenie jej zwłok grozi kara dożywotniego więzienia.