
Za oknem krakowskiego mieszkania przy ulicy Armii Krajowej śpiewają ptaki. Jest wiosna, kwiecień, słońce mocno opiera się o szyby. Okna są zamknięta, choć tamtej nocy były uchylone.
Olha i Dmytro siedzą w ciszy, w mieszkaniu bez gazu i bez ciepłej wody. Chodzą do psychologa, żeby nie zwariować, wychodzą na spacery do pobliskiego parku, ale zaraz wracają. Przez kilka miesięcy po tragedii nie chcą wyprowadzać się z mieszkania, choć psychicznie ledwo to znoszą. Boją się, że gdy zmienią otoczenie, ktoś "uprzątnie" dowody winy, że właściciel zrobi remont i zatrze ślady. A przecież pamiętają, że tuż przed tragedią ktoś w ich bloku robił remont i być może uszkodził przewody wentylacyjne.
Połowa 2014 r. Ługańsk. Nad dachami latają rakiety. Olha i Dymytro chowają się w piwnicy. Mężczyzna z nerwów włącza w telewizorze mecz. Szuka namiastki normalności.
Gdy Rosja zaczyna okupację wschodniej Ukrainy, uciekają w głąb kraju. Muszą jednak wrócić, matka mężczyzny choruje, trzeba się nią zaopiekować, pomóc przetrwać. Kiedy w lutym 2022 r. ruszają w drogę po raz drugi, wiedzą już, że to bilet w jedną stronę.
Z Ługańska jadą autobusem. Trzy dni bez przerwy, cały czas w ruchu. Dwóch kierowców zmienia się za kierownicą, postoje są krótkie, tylko na chwilę. Przez Ukrainę nie da się już przedostać, przecina ją linia frontu. Jedyna droga prowadzi przez Rosję. Na granicy utykają na długo. Dla mężczyzn to pułapka. Funkcjonariusze FSB zatrzymują wszystkich, każą się rozbierać, sprawdzają ciała. Zabierają telefony i dokładnie sprawdzają: media społecznościowe, zdjęcia, prywatne wiadomości, aplikacje. Dopiero potem decydują kogo wypuścić, a kogo zostawić. Dymytro może jechać dalej.
Decyzja o tym, dokąd uciec, zapada szybko. Olha pracuje kiedyś w Krakowie przez pięć miesięcy. Miasto bardzo jej się spodobało. Najpierw spędzają miesiąc w hostelu w Skawinie, potem znajdują mieszkanie przy ulicy Armii Krajowej. To ma być ich bezpieczna przystań.