
Seryjny Triumph Scrambler 400 X jest jednym z tych motocykli, które od razu rozumiem, bo trafiają one zwykle w bardzo konkretną potrzebę. Ma wyglądać klasycznie, być łatwy do opanowania, nie kosztować tyle, co duże modele typu adventure i dawać właścicielowi poczucie, że z asfaltu da się zjechać bez natychmiastowego żalu z gotowością na pełne boleści. Cena? Na polskim rynku oficjalny cennik zaczyna się od 31400 zł, za które dostajemy… no właśnie – co dokładnie?
Mały Scrambler 400 X dostał kurację, której sam Triumph jeszcze nie oferuje
Za wspomniane nieco ponad 30000 zł dostajemy motocykl z jednocylindrowym , chłodzonym cieczą silnikiem o pojemności 0,398 litra, mocy rzędu 29,4 kW (prawie 40 KM) oraz momencie obrotowym na poziomie 37,5 Nm. Masa z płynami wynosi 179 kg, wysokość siedzenia to 835 mm, a zbiornik paliwa mieści 13 litrów benzyny. Trudno więc tu o zachwyty, bo Scrambler 400 X jest motocyklem przystępnym, zgodnym z kategorią A2, przyjaznym dla mniej doświadczonych kierowców i raczej rozsądnym niż ekstremalnym.
Tyle że właśnie tutaj zaczyna się ciekawszy temat. Seryjny Scrambler 400 X wygląda na sprzęt gotowy do brudu, kamieni i szutru, ale w praktyce pozostaje przede wszystkim małym klasykiem z terenową stylizacją. Nie jest w tym nic złego. W tej klasie wiele maszyn wygląda odważniej, niż jeździ. Martin Motorcycle potraktowało jednak ten punkt wyjścia jak zaproszenie, a nie ograniczenie.
Po pokazie na Bike Shed Show London projekt wzbudził na tyle duże zainteresowanie, że nie skończy się na pojedynczym customie dla jednego klienta. W planach jest mała seria kompletnych motocykli oraz sprzedaż części osobno.
Najważniejsza zmiana nie jest wizualna. Drzemie w wadze i zawieszeni
Ten Scrambler 400 X po przeróbkach rzeczywiście wygląda świetnie. Czarny lakier, pomarańczowe akcenty, klasyczna linia zbiornika, wysoko poprowadzony wydech, szprychowe koła i bardziej “warsztatowy” charakter robią swoje. Dla mnie jednak sedno leży gdzie indziej, bo w masie.