W pytaniu o przekazywanie broni Ukrainie nie idzie o sam fakt transferu technologii wojskowej. Istotą zagadnienia jest, co Polska otrzymuje lub czego nie otrzymuje w zamian. W relacjach międzypaństwowych naganne jest tylko jedno: naiwność.
Jeśli potwierdzą się informacje o przekazaniu Ukrainie pocisków PAC-3MSE do zestawów Patriot , to rząd Donalda Tuska miał podstawę prawną dla takiej decyzji. To umowa międzyrządowa o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa, podpisana z Wołodymyrem Zełenskim w Warszawie w 2024 r.
Jest w tej umowie ogólny zapis o "dialogu dwustronnym w celu oceny zasadności i wykonalności ewentualnego przechwytywania w przestrzeni powietrznej Ukrainy pocisków rakietowych i bezzałogowych statków powietrznych wystrzelonych w kierunku terytorium Polski". Ten zapis w niejawnych załącznikach mógł zostać rozszerzony do konkretu. Czyli np. do przekazania PAC-3MSE.
"Prezydent jest informowany". Tomczyk o awanturze wokół Patriotów
Co Polska dostała w zamian
Na długo przed ostatnim zamieszaniem wokół pocisków toczyła się debata o tym, czy powinniśmy brać udział w strącaniu rosyjskich rakiet , które pojawiały się nad zachodnią Ukrainą i zagrażały Polsce. Wówczas w rządzie ścierały się dwa stanowiska.
Jedno reprezentował szef MSZ Radosław Sikorski, który był zwolennikiem strącania tych pocisków, jeśli w NATO byłby konsensus wokół takiej decyzji. Drugie przedstawiał szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, który miał daleko bardziej sceptyczny stosunek do takiej koncepcji. I tu znów wracamy do PAC-3MSE. Ich przekazanie – jeśli do tego doszło – mogło być jakąś próbą pogodzenia tych stanowisk.
A jeśli sprecyzowano zakres terytorialny tego, gdzie taki pocisk mógłby być używany (przede wszystkim zachodnia Ukraina i obszar istotny z punktu widzenia bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej w powiatach wschodniej Polski) oraz towarzyszył temu transfer technologii, nie musiało to być wcale takie głupie.
W pytaniu o przekazywanie broni Ukrainie nie idzie o sam fakt transferu technologii wojskowej. Istotą zagadnienia jest, co Polska otrzymuje lub czego Polska nie otrzymuje w zamian. Value for money
Jeśli w rezultacie decyzji MON w jakiejś części Polski pojawiłaby się np. produkcja dronów uderzeniowych dalekiego zasięgu Antonowa - Lutyj, handel nabiera sensu. To nie są maszyny wyrafinowane, ale w wojnie udowodniły swoją przydatność skutecznie atakując cele na odległość 600 km. Maszyna jest produkowana przez państwowy koncern zbrojeniowy Ukroboronprom od 2022 r. Niewykluczone, że część modeli ma zasięg nawet do 1000 km i jest zdolna przenosić ładunek bojowy o masie powyżej 75 kg. Najnowsze konstrukcje to również postęp w naprowadzaniu drona i komunikacji z nim, która pozwala omijać rosyjskie środki walki elektronicznej. Ta i kilka innych konstrukcji na pewno są warte uwagi.
Wiemy na pewno, że Ukraińcy nie weszli we współpracę z Polską w ramach dealu Migi 29 za technologie dronowe , uznając najpewniej te samoloty za zbyt mało wartościowe w umownej relacji value for money (jaka wartość jakim kosztem). Ignorowaniu Migów sprzyjała również współpraca ze Szwecją i porozumienie, które zapowiada dostarczenie samolotów Jas 39 Grippen C/D (równie starych co Migi).
Gdzie się przeniósł Kramatorsk
Wiemy też na pewno, że współpraca w produkcji uzbrojenia między Polską a Ukrainą jest faktem. Czego dowodem jest armatohaubica Bohdana o kalibrze w standardzie NATO 155 mm, do której elementy produkują zakłady mechaniczne w Kramatorsku i PONAR Wadowice.
Przy czym określenie "zakłady w Kramatorsku" jest tutaj pojęciem zupełnie umownym. Bo Ukraińcy już dawno przenieśli ten obiekt w całości albo w inny rejon kraju, albo do… Polski. Przenieśli, gdyż Kramatorsk jest jednym z tzw. miast-twierdz na Donbasie i ogromnym garnizonem wojskowym, o który obecnie toczą się walki i który najpewniej Ukraina straci.
Warto przy okazji dodać, że samo przeniesienie zakładów – według rozmówców WP – zostało uznane w NATO za majstersztyk, którego nie powstydziłoby się żadne zachodnie państwo.
Praktyka lokalizowania strategicznych obiektów – takich jak fabryki dronów dalekiego zasięgu, artylerii czy pocisków manewrujących – poza granicami Ukrainy nie jest ani niczym nowym, ani pozbawionym sensu. Duńczycy na przykład w układzie z firmą Fire Point budują w Vojens niedaleko bazy sił powietrznych Skrydstrup zakład, który będzie dostarczał Ukraińcom paliwo rakietowe. Ci w zamian dzielą się z Danią technologią pocisków manewrujących.
Kopenhaga uzyskuje korzyść w postaci relatywnie taniej amunicji (taniej, jeśli weźmie się pod uwagę koszt produkcji takich pocisków, jak amerykański Tomahawk czy niemieckie Taurusy w relacji do oferty Fire Point), którą można produkować masowo bez udziału USA. Ukraina dostaje gwarancję, że skomplikowana technologia wytwarzania paliwa rakietowego nie stanie się celem priorytetowym dla rosyjskich nalotów. Przypomnijmy przy tym, że Dania jest obecnie chyba jedynym w Europie państwem, które zachowało autonomiczne zdolności do jego produkcji.
To nie obciąża rządu
Jeśli okazałoby się, że Polska przehandlowała efektory (pociski PAC-3MSE) za obiecującą technologię dronową lub/i za wartościową współpracę w dziedzinie przetestowanych na polu walki innych technologii wojskowych, deal nie musiałby być dla rządu obciążający. Spór o wprowadzanie UPA do ukraińskich mitów założycielskich nie unieważnia kompetencji, które podczas wojny nabyła Ukraina. Nie unieważnia też analizy, co z tej wiedzy mogłoby być dla Polski przydatne.
Poważne państwo potrafi jedną ręką karcić za antypolskie postawy i blokować integrację unijną Kijowa. A drugą pozyskiwać od sąsiada to, co ma z naszego punktu widzenia wartościowego. Nie ma między takimi zachowaniami absolutnie żadnej sprzeczności. Naganne jest jedynie bycie naiwnym i niewłaściwe zdefiniowanie lub niedefiniowanie w ogóle, co Polska za przekazywany sprzęt może uzyskać.
Pociski PAC-3MSE to nasze srebra rodowe. Jeśli oddaliśmy je z miłości do sąsiada, po raz kolejny udowodniliśmy, że jesteśmy niepoważnymi frajerami. Jeśli jednak poszła za tym realna korzyść w powiększaniu polskich zdolności do prowadzenia niezależnych od sojuszników uderzeń daleko poza granicami kraju (bo właśnie do tego służy Lutyj ), współpraca z Kijowem miała sens.
Oprócz wyrafinowanych pocisków manewrujących JASSM, które kupujemy od Amerykanów, potrzebujemy autonomicznych, tanich i masowych zdolności do bicia po rosyjskiej infrastrukturze strategicznej – zakładach produkcji broni, elektrowniach, naftobazach, portach. Te możliwości dają warte 200 tys. dolarów za sztukę drony dalekiego zasięgu i wiedza o tym, jak je naprowadzać i jak ich używać bez zgody USA. Jeśli taka była cena przekazania PAC-3MSE, ten deal miał sens.
Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.
Dziennikarz Wirtualnej Polski, reporter, korespondent wojenny. Autor nagradzanych książek, m.in. "Polska na wojnie" i "Śniadanie pachnie trupem". Z Markiem Magierowskim prowadzi podcast "Bez Doktryny".
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości