
Konferencja minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy miała być show. Przedstawiana jako prezentacja systemowych zmian mających być lekiem na patologie służby zdrowia, przywabiła wielki tłum dziennikarzy. Donald Tusk dodał jej dramaturgii sugerując wcześniej, że pani minister i prezes Narodowego Funduszu Zdrowia Filip Nowak mogą być zdymisjonowani, jeśli "czegoś nie wymyślą".
Jest to PR-owska odpowiedź na aferę w warszawskim Szpitalu Południowym. Która oczywiście jest opowieścią o czymś całkiem innym: o niekompetentnym działaczu KO, który na różne sposoby nadużywał swojej pozycji, bo pracował w partyjnym szpitalu, zarządzanym przez ludzi Trzaskowskiego, Kierwińskiego i Arłukowicza. Ten wątek obecna władza zdecydowała się chyba "skręcić", a na razie gra na czas.
Prokuratura z niczym się nie śpieszy. Ani z badaniem najbardziej oczywistych przypadków wyłudzenia publicznych pieniędzy przez gościa markującego permanentną pracę w kilku placówkach równocześnie. Ani z ewentualnym ściganiem zarzutów najdrastyczniejszych, wciąż mocno tajemniczych: o błędy medyczne popełnione przez Dawida Kacprzyka.
System głuchy na patologie
Spektakl "zmian systemowych" jest fundowany niejako w zamian. To zabawne, ale pewna posłanka KO zarzuciła opozycji w telewizyjnym programie, że podsyca wrogość wobec lekarzy. Jeśli ktoś ją podsycił, to Donald Tusk. Projekt ustawy o dostępie do płacowych danych medyków to przecież pierwszy krok w sugerowaniu, że problemem nie jest wydrwigrosz Kacprzyk, a zbyt zachłanne środowisko. Propozycje Sobierańskiej-Grendy to dalszy ciąg tego spektaklu. Bez afery Kacprzyka by go nie było.
Co nie znaczy, że problemu "systemowego" nie ma. Skoro 70 proc. lekarzy pracuje w systemie kontraktowym, a kontrola NFZ nad związkiem między ich realną pracą, a ich zarobkami, jest iluzoryczna. Zaczęły się mnożyć takie opowieści jak o spółce czy spółkach neurochirurgów działających w szpitalach w Mogilnie i Miastku, zarabiających po 26 tysięcy na godzinę.