
Przemysł elektrycznych pojazdów pionowego startu i lądowania (eVTOL) zderza się obecnie z brutalną rzeczywistością inżynieryjną, która stawia pod znakiem zapytania terminy wdrożenia podniebnych taksówek - podaje "Financial Times".
Wizja ekologicznych lotów nad zakorkowanymi metropoliami przyciągnęła w ostatnich latach miliardy dolarów od inwestorów. Jednak brytyjski lider tej branży, firma Vertical Aerospace pracująca nad maszyną VX4, musi uznać wyższość praw fizyki. Przejście od kontrolowanych testów do regularnych, komercyjnych lotów pasażerskich wymaga bowiem gigantycznej i stabilnej mocy, której współczesne akumulatory litowo-jonowe nie są w stanie bezpiecznie i stale dostarczać.
W przeciwieństwie do tradycyjnych samolotów, maszyny typu eVTOL potrzebują potężnego uderzenia energii, aby w ogóle oderwać się pionowo od ziemi i pokonać grawitację. Chcąc zwiększyć zasięg lotu, inżynierowie musieliby dołożyć więcej ogniw, co jednak drastycznie zwiększa ciężar całej maszyny i wymaga jeszcze większej mocy do jej uniesienia. Obecne baterie lotnicze oferują zbyt małą gęstość energii, generują podczas startu ogromne ilości ciepła wymagające ciężkich systemów chłodzenia.
Sytuację pogarszają niezwykle surowe wymagania bezpieczeństwa narzucane przez urzędów lotnictwa w Wielkiej Brytanii (CAA) i USA (FAA). Producenci muszą udowodnić, że ryzyko katastrofalnego pożaru baterii w locie jest bliskie zeru, co zmusza ich do montowania ciężkich, ognioodpornych obudów akumulatorów. Każdy dodatkowy kilogram zabezpieczeń zmniejsza jednak liczbę pasażerów, jaką maszyna może zabrać na pokład, co bezpośrednio uderza w opłacalność całego biznesu .
W efekcie początkowy entuzjazm inwestorów wokół elektrycznego lotnictwa wyraźnie opada. Dopóki takie źródło zasilania nie przejdzie rygorystycznej certyfikacji, rewolucja w miejskim transporcie powietrznym pozostanie uziemiona przez grawitację, którą tak bardzo próbuje się pokonać.
oprac. WM