Rosjanom pozostało niewiele zakładów przemysłu petrochemicznego, których Ukraińcy jeszcze nie trafili przynajmniej raz. Ukraińcy uderzają coraz dalej. Padła magiczna granica Syberii. Czy są w stanie trafiać jeszcze dalej?
Jeszcze dwa lata temu ukraińskie uderzenia na rosyjski przemysł naftowy były czymś wyjątkowym. Dziś rosyjskie rafinerie płoną niemal codziennie. Zmienił się również zasięg tych operacji. Początkowo celem były obiekty położone w pobliżu granicy z Ukrainą. Później przyszła kolej na zakłady w centralnej części Rosji, nad Wołgą i na wybrzeżu Morza Czarnego. Atak na rafinerię w Omsku pokazuje jednak, że wojna dotarła tam, gdzie jeszcze niedawno wydawała się niemożliwa – na Syberię.
Nie chodzi jedynie o rekordowy dystans. Znacznie ważniejsze jest to, że Kreml stracił przekonanie, iż część strategicznej infrastruktury znajduje się poza zasięgiem ukraińskich środków rażenia. Omsk przez lata był postrzegany jako jedno z najbezpieczniejszych miejsc dla rosyjskiego przemysłu paliwowego. Dziś wiadomo już, że nawet położenie tysiące kilometrów od frontu nie gwarantuje bezpieczeństwa.
Pobiera dwie emerytury. Wysokość? To nie pomyłka
Atak na Omsk jest jednak wydarzeniem szczególnym. Rafineria należąca do koncernu Gazprom Nieft była ostatnią z największych rosyjskich rafinerii, która pozostawała poza zasięgiem ukraińskich uderzeń. Zakład przerabia około 22 mln ton ropy rocznie, co odpowiada blisko 8 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Według informacji agencji Reutera uszkodzone zostały kluczowe instalacje technologiczne, a produkcja została zatrzymana.
Dalekie uderzenia
Jeżeli pominąć operację "Pajęczyna", wymierzoną w rosyjskie lotnictwo strategiczne, Omsk stał się najdalszym skutecznie zaatakowanym obiektem rosyjskiej infrastruktury energetycznej. Drony musiały pokonać około 2500-2700 kilometrów, przelatując praktycznie przez połowę terytorium Rosji.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Ukraina zbliża się do granic swoich możliwości. Po Omsku trudno już stawiać takie tezy z pełnym przekonaniem. Na mapie rosyjskiego przemysłu naftowego wciąż pozostało kilka wyjątkowo ważnych obiektów, które nie zostały dotąd skutecznie zaatakowane.
Największym jeszcze nietrafionym celem pozostaje rafineria w Angarsku pod Irkuckiem. Jest to jeden z największych zakładów rafineryjnych w Rosji, położony ok. 4300-4500 kilometrów od granicy z Ukrainą. Jeszcze niedawno taki dystans wydawał się całkowicie poza zasięgiem ukraińskich bezzałogowców. Atak na Omsk sprawił jednak, że podobnego scenariusza nie można już jednoznacznie wykluczyć.
Co jeszcze zostało? Nienaruszone pozostały instalacje wydobywcze i przetwórcze Gazprom Nieft w Chanty-Mansyjskim Okręgu Autonomicznym. Region ten odpowiada za około 40 proc. całego wydobycia ropy naftowej w Rosji i pozostaje najważniejszym zagłębiem naftowym kraju.
Samo wydobycie prowadzone jest na setkach rozproszonych złóż, dlatego atak na pojedyncze odwierty miałby ograniczony wpływ. Znacznie bardziej atrakcyjnymi celami byłyby zakłady przygotowania ropy do transportu, stacje zbiorcze, przepompownie oraz węzły przesyłowe, których uszkodzenie mogłoby zakłócić funkcjonowanie znacznie większego obszaru.
Na liście potencjalnych celów znajduje się również infrastruktura przesyłowa na Dalekim Wschodzie. Kluczową rolę odgrywa terminal Kozmino nad Oceanem Spokojnym, będący końcowym punktem rurociągu ESPO. To właśnie stąd eksportowana jest większość rosyjskiej ropy przeznaczonej dla odbiorców w Chinach oraz innych państwach Azji i Pacyfiku. Przez terminal przechodzi ponad 40 mln ton ropy rocznie, a jego znaczenie dla rosyjskiego eksportu stale rośnie od momentu ograniczenia sprzedaży do Europy.
Równie istotnym elementem systemu są przepompownie rurociągu ESPO. Magistrala o długości blisko 4,8 tys. kilometrów transportuje rocznie około 80 mln ton ropy z syberyjskich złóż na Daleki Wschód oraz do odnogi prowadzącej bezpośrednio do Chin. Uderzenie mogłoby czasowo ograniczyć przepustowość całego systemu, co mocno uderzyłoby w budżet Rosji.
Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie te obiekty są równie atrakcyjnymi celami. Wraz ze wzrostem odległości rosną również trudności związane z rozpoznaniem, utrzymaniem łączności z bezzałogowcami oraz oceną skutków uderzenia. Część instalacji znajduje się także na terenach słabiej rozpoznanych przez ukraiński wywiad.
Rosyjskie problemy
Ochrona infrastruktury krytycznej na obszarze liczącym tysiące kilometrów jest zadaniem niezwykle kosztownym. Nie da się ustawić systemów obrony przeciwlotniczej przy każdej rafinerii, bazie paliw, terminalu i przepompowni. Rosja już dziś musi wybierać, które obiekty chronić w pierwszej kolejności. Każda dodatkowa bateria skierowana do osłony instalacji przemysłowych oznacza mniej środków dostępnych do osłony baz lotniczych, magazynów czy dużych miast.
Równocześnie Ukraina systematycznie rozwija własne zdolności do prowadzenia operacji dalekiego zasięgu. Jeszcze na początku wojny wykorzystywano głównie przerobione bezzałogowce. Dzisiaj ukraiński przemysł produkuje znacznie bardziej zaawansowane konstrukcje, zdolne do lotu przez wiele godzin, omijania rosyjskich systemów obrony i uderzania w cele oddalone o tysiące kilometrów.
Dlatego uderzenie w Omsk nie oznacza osiągnięcia granic ukraińskich możliwości. Jeszcze rok temu niewiele osób wierzyło, że ukraińskie drony będą w stanie dolecieć do Uralu. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wydaje się jednak, że na Kremlu nadal zaklinają rzeczywistość i twierdzą, że nic wielkiego się nie dzieje.
Dziennikarz, historyk i publicysta specjalizujący się w historii wojskowości XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem działań flotyll rzecznych. Publikuje na łamach takich serwisów jak Wirtualna Polska (WP Wiadomości) i Newsweek Polska. Autor i współautor książek historycznych, w tym „Białe kontra czerwone” oraz „Baśka Murmańska i Lwy Północy”.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości