
Na rynkach finansowych nie istnieją żelazne wzorce, ani stałe reguły gry. Są jednak pewne podobieństwa, obok których trudno jest przejść obojętnie. Jedną z nich jest „reguła Trumpa”, w ramach której zachowanie dolara do złudzenia przypomina to, co widzieliśmy podczas pierwszej kadencji Republikanina.
Podobno na rynku nic dwa razy się nie zdarza. Ale w czasach Donalda Trumpa pewne prawidłowości zdają się być przewidywalne aż do bólu. W roku 2025 indeks S&P 500 wyznaczył szczyt hossy 19 lutego, po czym zaliczył ostrą korektę sprowokowaną wybuchem „wojen celnych” prezydenta Stanów Zjednoczonych. Celna wolta (czyli pierwsze duże TACO) miała miejsce 9 kwietnia, po czym do końca października S&P500 urósł o imponujące 43%.
Tegoroczna ścieżka S&P500 do złudzenia przypomina tą z roku ubiegłego. Co prawda w tym roku szczyt hossy wypadł pod koniec stycznia, ale później na Wall Street znów zawitała korektą. Jej „sprawcą” ponownie był Donald Trump, który do spółki z Benjaminem Nateniahu postanowił zaatakować Iran. Ta spadkowa korekta na nowojorskich giełdach zakończyła się 30 marca – czyli raptem 10 dni wcześniej niż zeszłoroczna. I podobnie jak rok temu, S&P500 wystrzelił w górę, od tego czasu zyskując już blisko 19% i od połowy kwietnia śrubując historyczne rekordy.
Tak samo jak zeszłoroczne cła importowe wciąż odbijają się czkawką na podwyższonych wskaźnikach inflacji CPI w USA i słabszym wzroście PKB, tak samo działał wiosenny kryzys paliwowy. Podobieństwa są tak ewidentne, lecz nikt nie da gwarancji, że przez kolejne trzy miesiące S&P500 zyska kolejny tysiąc punktów. Bo tyle musiałby zyskać, aby powtórzyć 43-procentową stopę zwrotu z okresu kwiecień-październik 2025.
Dolar gra, jak prezydent pozwala
O ile obecny gospodarz Białego Domu lubi giełdową hossę (oraz lubi przypisywać sobie jej sprawstwo), to już ma bardziej ambiwalentny stosunek do dolara. Donald Trump lubi mówić o sile amerykańskiej waluty, ale tak naprawdę to jego agendzie ekonomicznej znacznie bardziej sprzyjałby dolar słaby, aniżeli mocny. W tym przypadku w oczy rzuca się analogia do pierwszej kadencji Republikanina.
Dekadę temu początkowa reakcja rynku walutowego na wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych była bardzo pozytywna dla dolara. Kurs EUR/USD spadł z przeszło 1,12 USD w dniu wyborów do blisko 1,04 USD pod koniec 2016 roku. Ale już pierwszy rok pierwszej kadencji Trumpa przyniósł znaczące osłabienie amerykańskiej waluty. Para euro-dolar kończyła rok 2017 na poziomie 1,20 USD, co oznaczało wzrost o 14%. W przypadku głównej pary walutowej świata to bardzo dużo. Był to także najgorszy wynik dolara (tj. na parze z euro) od 2003 roku.
Jak do tego doszło? Otóż rynek szybko doszedł do wniosku, że polityce America First bardziej przysłuży się dolar słaby aniżeli mocny. W końcu im słabsza krajowa waluta, tym bardziej konkurencyjny cenowo jest eksport. A o to przecież chodzi w gospodarczej agendzie Trumpa: odbudować przemysł, zwiększyć eksport i ograniczyć import - i przez to doprowadzić do redukcji deficytu handlowego, zwiększenia liczby dobrze płatnych miejsc pracy w przemyśle i wzrostu nominalnych dochodów Amerykanów. A to, że dochody te będę realnie niższe, to już przecież nikt nie zauważy – zdawali się myśleć w Białym Domu.
Osiem lat później zobaczyliśmy niemal identyczny schemat. Od jesieni ’24 do końca roku kurs EUR/USD niemal idealnie podążał ścieżką z roku 2017, zwyżkując w całym ubiegłym roku o 13,5%. Na rynku walutowym mieliśmy zatem wierny remake pierwszego roku kadencji Donalda Trumpa. Jeszcze w styczniu – gdy „eurodolar” wspiął się na wysokość blisko 1,21 USD – wszystko zdawało się potwierdzać aktualność „wzorca pierwszej kadencji”. Ta polityczna analogia nieco się nam rozjechała w lutym i marcu. Przytłoczona kryzysem paliwowym Europa wręcz zapraszała do shortowania euro, w efekcie czego kurs EUR/USD spadł w pobliże 1,14 USD. Jeśliby jednak popularny „Edek” miał wrócić do wzorca z lat 2016-18, to do końca tego roku powinniśmy obserwować względną stabilizację notowań najważniejszej pary walutowej świata z lekką tylko tendencją do aprecjacji dolara względem euro. Tym bardziej, że w czerwcu kurs EUR/USD ponownie skierował się w dół wykresu, w zasadzie wyczerpując potencjał do dalszej aprecjacji względem euro.
Polskie zwierciadło Trumpowej analogii
Lustrzanym odbiciem pary euro-dolar jest kurs USD/PLN – czyli cena dolara amerykańskiego wyrażona w polskiej walucie. Przez poprzednie kilkanaście miesięcy kurs dolara na polskim rynku wiernie podążał ścieżką przetartą w czasie początkowego okresu pierwszej kadencji prezydenckiej Donalda Trumpa.
Później jednak na parze dolar-złoty wszystko „wysypało się” już na początku stycznia. Kurs USD/PLN nie chciał spaść do „wzorcowych” 3,32 zł i w ten sposób wyrównać wieloletniego minimum sprzed 8 lat. Izraelsko-amerykański atak na Iran sprawił, że notowania dolara w marcu podskoczyły do 3,75 zł, zamiast grzecznie ubijać wieloletni dołek w okolicach 3,35 zł. Lecz na początku maja bieżąca i historyczna ścieżka kursu dolara znów się zbiegły i od dwóch miesięcy zgodnie podążają w tym samym kierunku.
Gdybyśmy mieli wnioskować z owej „Trumpowej analogii”, to w najbliższych dniach i tygodniach dolar może się trochę osłabić, aby potem znów podrożeć wczesną jesienią. Pozytywnym dla nas wnioskiem jest też to, że na bazie tego wzorca do końca 2026 roku „zielony” nie powinien być już znacząco droższy niż obecnie. To o tyle istotne, że z punktu widzenia większości Polaków i polskiej gospodarki im słabszy jest dolar, tym lepiej. To w USD płacimy za sporą część naszego importu, podczas gdy w walutowej strukturze eksportu dominuje euro. Im droższy jest dolar, tym więcej musimy płacić m.in. za paliwa, energię czy elektronikę.
Warto też wiedzieć, że na dłuższą metę rynkiem walutowym nie kierują żadne mniej lub bardziej wątpliwe analogie, historyczne wzorce czy też różnorakie koniunkcje planet. Tu liczy się przede wszystkim przyszły parytet realnych stóp procentowych między Polską a strefą euro i Stanami Zjednoczonymi. W tym kontekście brak zmian stóp w NBP przy spodziewanych podwyżkach w Fezie i EBC działa na niekorzyść złotego w średnim i dłuższym terminie.