RAK
    Pollyannaizm finansowy, czyli faktyczny stan polskiej humanistyki

    Pollyannaizm finansowy, czyli faktyczny stan polskiej humanistyki

    1114 odsłon
    Pollyannaizm finansowy, czyli faktyczny stan polskiej humanistyki

    Szczypta nadziei na większą skuteczność w pozyskiwaniu projektów grantowych przez pracowników jednostki naukowej, skromny ekwiwalent w postaci subwencji oraz plany, ile to pokoi gościnnych wynajmiemy czy też ile to książek sprzeda wydawnictwo. Tak wygląda przepis na pollyannaizm finansowy, czyli stworzenie planu finansowego instytutu naukowego. Taki dokument musi uchwalić każda Rada Naukowa. Trzeba jedynie pamiętać, że jest to jedynie myślenie życzeniowe, wiara, że bilans zysków będzie wyższy od strat. Mamy zatem do czynienia z typowym efektem Pollyanny, czyli błędem poznawczym polegającym na nieświadomym lub świadomym koncentrowaniu się wyłącznie na pozytywach i odnajdywaniu dobrych stron w każdej sytuacji, przy jednoczesnym wypieraniu negatywnych faktów. Bez takiego pozytywnego myślenia, chyba żadna Rada Naukowa instytutu humanistycznego w Polsce nie uchwaliłaby planu finansowego. Na czerwcowej radzie naukowej Instytutu Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk nie zabrakło optymizmu. Najpierw informacja zła, czyli zakończyliśmy rok 2025 z dziurą budżetową na poziomie 1 114 tys. zł. Potem teoretycznie dobra wiadomość, że subwencja w roku 2026 wyniesie 18 363 tys. zł (w 2025 r. było to 19 158 tys. zł), po której następuje stwierdzenie, że wydatki na wynagrodzenia osobowe, bezosobowe i honoraria wyniosą 28 090 tys. zł. Od tego momentu następuje projektowanie optymistyczne budżetu oparte na nadziei, że pozostałe przychody operacyjne (odsetki bankowe, wynajem pomieszczeń, sprzedaż wydawnictw itp.), dotacje oraz projekty badawcze NCN, NAWA, DARIAH, SALT, DWSP, NPRH i inne będą na tyle duże, że nie zakończymy roku 2026 z debetem na koncie. Co prawda rok temu również mieliśmy takie nadzieje, ale cóż – wtedy nie wyszło. Prawda jest jednak taka, że subwencja ministerialna nie pokrywa pensji pracowników, a zwracam uwagę, że do tej rubryki nie doliczyłem kwestii ZUS i świadczeń na rzecz pracowników, które wynoszą prawie 5 807 tys. zł, materiałów i energii (ok. 1 250 tys. zł), usług obcych, np. wydawnicze, czynsze (ok. 4 655 tys. zł), stypendiów, delegacji, kosztów operacyjnych, podatku CIT (ok. 3 500 tys. zł). Gdy zsumujemy wszystkie koszty, nagle okazuje się, że otrzymamy kwotę ok. 43 mln zł (Instytut Historii PAN zatrudnia ok. 200 osób) przy subwencji ministerialnej na poziomie 18,5 mln zł. Reszta kosztów pokrywana jest, w ogromnej większości, przez zdobywane przez pracowników różne formy finansowania. Innymi słowy, granty nie tylko finansują badania, ale i umożliwiają funkcjonowanie instytutu na plusie budżetowym, co nie powinno być ich zadaniem. Warto również podkreślić, że instytuty PAN mają osobowość prawną i nie mogą liczyć, tak jak wydziały uczelni, na rektora, który w razie czego dosypie im pieniędzy, bo nad nimi nie ma żadnego rektora. Nad nimi znajduje się korporacja uczonych (PAN), która ma własny budżet i składa się w większości z badaczy zatrudnionych na uczelniach. Na jej czele stoi prezes PAN, który robi co może, aby wspierać instytuty w ich dążeniach do uzyskania większych środków z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Z tego też powodu często dyrektorzy instytutów PAN udają się na osobiste „żebry” do ministra. Jakby nie patrzeć, jest to absurdalny sposób finansowania nauki, kiedy minister bezpośrednio rozmawia z dyrektorem instytutu zatrudniającego blisko 200 osób. Co ciekawe, za czasów ministra Przemysława Czarnka doskonale zdawano sobie sprawę z ciosu, jaki zadano nauce polskiej w czasach Jarosława Gowina (wskutek zmiany kosztochłonności jednostki humanistyczne straciły ok. 40% swoich subwencji), dlatego też pod koniec każdego roku resort zasypywał dziurę budżetową wynikłą z powodu niewystarczającej wysokości subwencji. Po raz pierwszy nie zasypano jej w 2023 roku, a następnie w 2025 roku. Taka niepewność – dyrektor wie dopiero pod koniec grudnia, czy jego roczny budżet się zamknie – uniemożliwia jakiekolwiek sensowne planowanie. Ponieważ subwencja jest za mała, dyrektor musi gospodarować z nadzieją na grudniową dorzutkę, której brak stanowi poważny problem. Istnieje również poważny problem związany z wynagrodzeniem osób zatrudnionych w jednostkach naukowych. Poniżej zestawiłem pracę minimalną z pensją asystenta i profesora. Warto zwrócić uwagę, że jeszcze w 2018 r. pensja asystenta była o prawie 50% wyższa niż minimalna krajowa. Gdyby tę różnicę utrzymano, wówczas w 2026 r. pensja asystenta powinna wynosić 7209 zł. Tymczasem, jak wynika z tabeli, skok wynagrodzeń następuje w 2023 r. Powodem tego był fakt, że pensja asystenta z 2022 r. była o 285 zł niższa od minimalnej krajowej z 2023 r. Ponieważ zgodnie z regulacjami minimalna pensja asystenta to 50% pensji profesora, podwyższono pensję profesora w 2023 r. do poziomu 7210 zł., czyli o około 12%. Rok później pojawił się ten sam problem, pensja minimalna była wyższa od pensji asystenta i zwiększono pensję profesora o 30% – do 9370 zł. Ten sam problem pojawił się w 2026 r., wobec czego podwyższono pensję o 3%. Ministerstwo pochwaliło się, że w 2025 r. dało 5% podwyżki dla uczelni. Niestety, instytuty Polskiej Akademii Nauk (a przynajmniej ten w którym pracuję, Instytut Historii PAN) takiej podwyżki nie dostały. Nawiasem mówiąc, instytuty PAN-owskie w przeciwieństwie do uniwersytetów nie mają również tzw. 13 pensji. Drogi czytelniku, warto abyś sobie uświadomił, że w instytutach PAN to nie do końca wygląda tak, że profesor (tzw. belwederski) dostaje pensję w wysokości 9370 zł brutto (po zmianie rozporządzenia 9650), profesor uczelni 8009,50 zł brutto, adiunkt 7044,50 zł brutto, zaś asystent 4825 zł brutto. Badacze nie mają żadnych premii oraz tzw. trzynastej pensji. Jedyne co jest doliczane do podstawy, to dodatek za wysługę lat oraz dodatek dla kierowników działów za kierowanie zakładem lub pracownią. Z otrzymywanego wynagrodzenia naukowcy muszą zaplanować zakup komputera, oprogramowania i innego sprzętu niezbędnego do wykonywania swoich obowiązków, ponieważ dotacja bazowa nie wystarcza na wyposażenie pracowników naukowych w niezbędny sprzęt (dostają go tylko pracownicy administracyjni). Niska subwencja powoduje, że złotówka jest oglądana z każdej strony, dlatego też pracownik nie dostaje delegacji, gdyż ta obliguje pracodawcę do wypłaty pełnych diet. Naukowiec składa wniosek o urlop naukowy. Następnie prosi o pokrycie kosztów przejazdu i noclegu i 50% diet dziennych (tutaj należy podkreślić, że się poprawiło, bo było gorzej). Szczęściarze, którym udało się uzyskać granty i mają środki na sprzęt oraz delegację, nie muszą się takimi drobiazgami przejmować, reszta zaś, która korzysta z subwencji ministerialnej, poza rachunkami domowymi musi przewidzieć wydatki wynikające z wykonywanej pracy, jak np. zakup sprzętu, oprogramowania (np. pakiet office) oraz delegacje. Należy przy tym wszystkim pamiętać, że badacze pro bono są recenzentami artykułów, redaktorami w czasopismach, organizują konferencje i podejmują inne inicjatywy. Bardzo często nie mają nawet biurka w miejscu pracy i przestrzeń roboczą muszą zorganizować sobie w domu. Około 2020 roku mój dobry znajomy z niemieckiej uczelni opowiedział anegdotę, która powtórzyła się niemal słowo w słowo w Lipsku, gdy pracowałem w Leibniz-Institut für Geschichte und Kultur des östlichen Europa (GWZO) jako profesor wizytujący. Wieczorem w miejscowej restauracji rozmawiałem z niemieckim doktorem i zeszło na zarobki badaczy niemieckich i polskich. Gdy powiedziałem, ile zarabia samodzielny pracownik naukowy w Polsce, dostałem pytanie: „Ale to wam pod koniec roku jakoś wyrównują?”. Od jakiegoś czasu przestałem liczyć na zrozumienie i podjęcie działań zmierzających do poprawy jakości życia naukowców i tym samym zachęcania młodych ludzi do tego pełnego wyrzeczeń „hobby”, jakim jest kariera naukowa. Namawiam jednak ciebie, drogi czytelniku, abyś prześledził w dostępnych mediach, ile razy z ust polityków padało podobne lub wręcz identyczne stwierdzenie: „Należy zaznaczyć, że w obszarze szkolnictwa wyższego przepisy regulują jedynie minimalną wysokość wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli akademickich w uczelniach publicznych, natomiast faktyczną wysokość wynagrodzeń w uczelniach kształtują samodzielnie władze uczelni, indywidualnie w odniesieniu do każdego pracownika i z uwzględnieniem posiadanych zasobów finansowych”. Jest to oczywista medialna manipulacja, ale poprawiająca samopoczucie tym, którzy się nią posługują. Jak widać, efekt Pollyanny dotyka nie tylko członków rad naukowych, ale także polityków. Na koniec warto zaznaczyć, że do ok. 2016 roku nauka polska radziła sobie całkiem dobrze. Pytanie, czy obecne kierownictwo resortu swoimi działaniami wzmocni pozycję polskich naukowców? Czy zauważy, że bez silnych budżetów jednostki nie będą w stanie zatrudniać w administracji wyspecjalizowanej kadry, która swoimi kwalifikacjami wesprze naukowców w zdobywaniu grantów europejskich? Aktualnie naukowiec, który ma fanaberię aplikowania o granty europejskie, zdany jest na siebie. Czy resort zrozumie, że subwencja dla jednostek naukowych, które w ewaluacji osiągnęły pozytywne wyniki, powinna pokrywać w 100% koszty funkcjonowania (pensje, prowadzenie badań, infrastrukturę, sprzęt komputerowy itp.)? Koszty uzyskane z innych źródeł powinny być motywacją do dalszej pracy jednostki, a nie wymogiem jej egzystencji. prof. Adrian Jusupović Instytut Historii im. T. Manteuffla PAN

    Czytaj cały artykuł u źródła — Forum Akademickie

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era