Wtorkowa sesja była pierwszą od incydentu z 16 czerwca, kiedy anarchiści wtargnęli na salę i jeden z nich rzucił tortem w prezydenta Poznania . - Pycha kroczy przed upadkiem - krzyczał, gdy wyprowadzała go policja. Działo się to krótko przed tym, jak Jacek Jaśkowiak miał otrzymać wotum zaufania i absolutorium.
Prezydent Poznania - jeszcze z bitą śmietaną na twarzy - krzyczał, że należy coś zrobić, by "taką hołotę wyprowadzić z urzędów i nie pozwolić im na taką agresję".
Atak tortem na prezydenta Poznania
Po przerwie po której Jaskowiak wrócił na salę przebrany w inny garnitur, przewodniczący rady miasta Grzegorz Ganowicz podkreślał, że to wydarzenie zmusza do zastanowienia się, w jaki sposób zorganizować pracę rady, żeby wszyscy czuli się bezpiecznie. - Dzisiaj został zaatakowany pan prezydent, ale przecież w tej sytuacji agresja wobec konkretnych osób również z danego miasta może przybrać podobny kształt i każdy może się czuć zagrożony w sali sesyjnej - mówił.
Gdy emocje ostygły, wypracowano nowe rozwiązania.
Wejście na salęŹródło zdjęcia: Filip Czekała/tvn24.pl Co się zmieniło?
Wejścia do budynku po stronie sali sesyjnej pilnują teraz strażnicy miejscy. W sumie na sali i przy wejściach jest ich pięcioro, wcześniej było dwóch.
Przy każdym wejściu na salę stoi strażnik miejskiŹródło zdjęcia: Filip Czekała/tvn24.pl Każda osoba, która chce wejść do budynku musi podać imię i nazwisko oraz okazać dowód tożsamości. Po potwierdzeniu danych, strażnicy wydają jednorazowy identyfikator, który umożliwia wejście do środka.
Przy wejściu trzeba się wylegitymowaćŹródło zdjęcia: Filip Czekała/tvn24.pl Zanim jednak wpuszczą do budynku, sprawdzają co dana osoba chce wnieść na salę. Nie ma wstępu z większą torbą czy bagażami - te można pozostawić w sali przy wejściu. Rzeczy, których wniesienie na salę zostało zakwestionowane, trafiają do niebieskich siatek. Strażnicy nie chcieli ujawnić, czy jakiś z przedmiotów, który trafił do depozytu został uznany za potencjalnie niebezpieczny.
Zakwestionowane przedmioty trafiają do depozytuŹródło zdjęcia: Filip Czekała/tvn24.pl "Prowizoryczny system na trytytkę i siatkę z IKEI"
Jedną z osób, które dzisiaj musiały przejsć przez kontrolę był Kacper Nowicki. Młody działacz Lewicy przedstawiał swój projekt uchwały w sprawie przywrócenia Poznańskiego Roweru Miejskiego.
O zakazie wnoszenia napojów na salę informuje kartka na stole na korytarzuŹródło zdjęcia: Filip Czekała/tvn24.pl I dodaje, że przy wejściu do urzędu nie jest dotrzymane RODO. - Na wierzchu są dane osobowe osób, które wchodzą do Urzędu Miasta, więc Urząd Miasta Poznania łamie ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Ale wszyscy byli bardzo mili i ewidentnie chcieli pomagać. Pokazałem, że nie mam w torbie tortu i mnie puścili - mówi.
To nie jedyne zmiany. Mieszkańcy nie mają też wstępu do sali sesyjnej przez główne wejście - to którym zwykle dostają się radni, prezydent miasta i jego zastępcy. Pilnujący ich strażnik miejski odsyła wszystkich do kolejnych drzwi. Teraz publiczność na salę może się dostać wyłącznie przez boczną salę, w której zwykle zasiadają osoby, które chcą śledzić obrady, ale bez zabierania głosu.
Publiczność od radnych, prezydenta i jego zastępców odgrodzono czerwonymi taśmami.
Taśmy odgradzajace prasę i publiczność od radnych Przy chęci zabrania głosu w dyskusji także wprowadzono zmiany - chęć trzeba zgłosić pracownikowi biura rady miasta w bocznej sali. Osoby zabierające głos nie mogą podchodzić do mównicy - pytania mają przedstawiać przez mikrofon przy miejscach dla publiczności. Na mówicę mogą natomiast wejść osoby przedstawiające projekty uchwał, jak Kacper Nowicki. Jak przyznał tuż prezentacją, nie wiedział skąd będzie mógł ją referować.
"Bardzo niebezpieczny człowiek". Prezydent Poznania o napastniku
Przewodniczący: zmiany to pilotaż
Jak podkreśla, zmiany wprowadzone przez straż i urząd, mają na celu jedynie uniemożliwienie wniesienia rzeczy niebezpiecznych i przedstawienie się, żeby móc uzyskać identyfikator z napisem "gość". - To nie imienny identyfikator - mówi Ganowicz.
Radna PiS: mądry Polak po szkodzie
Większość radnych chwali wprowadzone rozwiązania. - Mądry Polak po szkodzie. Dostęp do pana prezydenta i do wiceprezydentów na pewno powinien być ograniczony. Szkoda, że dzieje się to dopiero teraz. Przecież w innych urzędach, w Sejmie są o wiele większe obostrzenia. Były takie sesje, w których uczestniczyło bardzo dużo mieszkańców. Ja niestety z natury boję się tłumu, tłum jest często nieprzewidywalny, a tym bardziej jak grają emocje. Przy dużym napełnieniu sali czułam się niekomfortowo - mówi Sara Szynkowska vel Sęk, radna Prawa i Sprawiedliwości.
Jak dodaje, brak obostrzeń to była bardzo nierozsądna decyzja prezydenta. - Nawet nie wiem, jak to nazwać. Sam prezydent podkreśla, że od wielu miesięcy dostaje pogróżki, grożą mu śmiercią. Na jego miejscu poprosiłabym o większe pilnowanie. Sesja absolutoryjna wiąże się z większymi emocjami, z wotum zaufania - podkreśla.
Radny KO: takie rozwiązania to standard
Bartłomiej Ignaszewski z Koalicji Obywatelskiej uważa, że kwestii bezpieczeństwa nie można bagatelizować. Zmiany ocenia pozytywnie. - W wielu miastach w Polsce i za granicą podobne rozwiązania funkcjonują od dawna, więc traktuję je jako standard, który sprawdził się w praktyce. Mam nadzieję, że pilotażowe wdrożenie w Poznaniu również będzie działało sprawnie i nie wpłynie negatywnie na komfort uczestnictwa mieszkańców w sesjach rady. Będę uważnie przyglądać się temu, jak te zmiany funkcjonują w praktyce - mówi.
Radny KO: to dużo ograniczeń naraz
Jego klubowy kolega Łukasz Mikuła zaskoczony jest tym, że tak zdecydowano się wprowadzić tyle zmian naraz. - Zakładałem, że proponowane zmiany to są alternatywy, a nie wszystkie będą kumulatywnie zrobione. Mamy zarówno oddzielenie części sali dla radnych i prezydentów od pozostałej i legitymowanie wszystkich przy wejściu. Dużo tych ograniczeń nagle zrobiło. Nie wiem czy nie za dużo - mówi.
Radny Lewicy Centrum: wyjdzie w praniu
Przemysław Plewiński, radny Lewicy Centrum chciałby, żeby nie doszło do sytuacji, w której mieszkańcy poczują, że to nie jest miejsce dla nich przyjazne i nie będą chcieli wchodzić na salę sesyjną. - To jest podstawowa zasada i czy tak będzie, to wyjdzie w praniu. Jeżeli osoby na wejściu będą podchodzić do gości z uśmiechem: "Proszę tutaj podpisać, wejść, podać dane, tutaj do sali", to nie będzie problemu. Jeżeli zmieni się to na jakieś weryfikowanie, przetrząsanie plecaków, to tego bym nie chciał - mówi.
Radna Lewicy Centrum woli wcześniejsze zasady
Zmiany nie podobają się Dorocie Bonk-Hammermeister, radnej Lewicy Centrum. - Uważam, że zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej, wstęp na wszystkie komisje i sesje rady miasta powinien być totalnie wolny. Ja się mieszkańców nie boję i myślę, że ten wstęp nadal powinien być na starych zasadach, chociaż rzeczywiście tamta sytuacja z wtargnięciem osób z tortem była dosyć taka traumatyzująca, bo oni mieli tylko tort, ale mogli mieć coś innego - mówi.
Jej zdaniem bardzo istotne dla mieszkańca jest to, by mógl siedzieć w ławach z boku i patrzeć na radnych. - To też jest funkcja kontrolna. Można wyciągnąć wnioski czy radny uważa na tej sesji, czy nie uważa.
Razem przeciwne legitymowaniu
Wątpliwości ma też Amadeusz Smirnow z partii Razem, która często zabiera głos na sesjach rady, ale jako że nie ma swoich radnych, robi to jako mieszkańcy. - Zgodnie z polskim prawem każdy obywatel ma prawo do anonimowego uczestnictwa w sesjach. Nie można też uzależniać wstępu na salę obrad od podania swoich danych osobowych, czy okazania dowodu osobistego - mówi.