
fot. YouTube
New Orleans Pelicans znaleźli się w ogniu krytyki po ogłoszeniu szczegółów nowego kontraktu dla weterana, DeAndre Jordana. Choć zatrzymanie doświadczonego środkowego w zespole wydawało się ruchem podyktowanym dbałością o atmosferę w szatni, struktura finansowa porozumienia została określona przez ekspertów mianem rażącego błędu zarządzających klubem. W świecie NBA, gdzie każdy cent w arkuszu płac ma znaczenie, w Luizjanie zdecydowali się na ruch, który wielu komentatorów nazywa „lekkomyślną pomyłką”.
– Porozumienie DeAndre Jordana dotyczące powrotu do Nowego Orleanu opiewa na dwa lata i 7,9 miliona dolarów, a oba sezony są w pełni gwarantowane – poinformował Jake Fischer i to właśnie ten szczegół wywołał największe kontrowersje.
Choć 37-letni DeAndre Jordan jest postacią powszechnie lubianą i w zeszłym sezonie zdobył nagrodę Teammate of the Year , jego wkład sportowy na boisku był marginalny – wystąpił zaledwie w 12 spotkaniach. Właśnie dlatego decyzja o przyznaniu mu dwuletniego, w pełni gwarantowanego kontraktu zaskoczyła wielu obserwatorów ligi. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej.
Główny zarzut pod adresem zarządu, na którego czele stoją Joe Dumars i Troy Weaver , dotyczy zignorowania mechanizmów finansowych ligi, które pozwalają na odciążenie budżetu klubu. NBA oferuje drużynom refundację części wynagrodzenia, gdy podpisują one umowę z weteranem posiadającym ponad 10-letnie doświadczenie, pod warunkiem, że jest to kontrakt jednoroczny. W takim przypadku liga pokrywa różnicę między pensją minimalną weterana a pensją minimalną młodszego zawodnika, co znacznie obniża obciążenie limitu płac (salary cap). Przez decyzję o zaoferowaniu dwuletniej umowy, New Orleans Pelicans dobrowolnie zrezygnowali z tej ulgi.
Można odnieść wrażenie, że wręcz sami podcięli sobie skrzydła. Zamiast obciążenia w wysokości 2,45 miliona dolarów , które wiązałoby się z rocznym kontraktem, Pels będą musieli wpisać w swoje księgi pełne 3,88 miliona za nadchodzący sezon. To oznacza, że klub de facto „odrzucił darmowe pieniądze” , które NBA była gotowa dopłacić, a które mogłyby zostać przeznaczone na inne wzmocnienia.
Problem nie kończy się jednak na wysokości wynagrodzenia Jordana. Pelicans są obecnie zaledwie 8,2 miliona dolarów poniżej progu podatku od luksusu i nadal mają do obsadzenia jedno miejsce w składzie. Dla klubu, który od lat unika przekraczania tego limitu, oznacza to wyraźnie mniejszą elastyczność podczas sezonu. Tym bardziej dziwi, że zarząd nie postawił na dwa kolejne jednoroczne kontrakty, dzięki którym organizacja mogłaby skorzystać z przysługujących jej ulg finansowych.
Krytyka pod adresem nowoorleańskiego front office przybiera na sile, gdyż nie jest to pierwsza decyzja budząca zdziwienie. Przypomina się wcześniejsze transfery i kontrakty, takie jak niesławna wymiana picków z Atlanta Hawks czy też umowa Kevona Looneya , które zdaniem obserwatorów świadczą o braku spójnej wizji budowania trwałej potęgi.
Rzecz jasna, nikt nie kwestionuje pozytywnego wpływu mistrza NBA z 2023 roku na rozwój młodych zawodników, takich jak Derik Queen czy Yves Missi . Doświadczony podkoszowy jest postrzegany jako kluczowy mentor, którego obecność na ławce rezerwowych ma być fundamentem pod budowę nowej kultury zwycięstwa. Niemniej jednak, w profesjonalnym sporcie liderowanie w szatni rzadko bywa wyceniane tak wysoko, zwłaszcza gdy odbywa się to kosztem finansowej płynności całego projektu.
W obliczu nadchodzącego sezonu Pelicans stają przed trudnym zadaniem udowodnienia, że spokój w szatni zapewniony przez Jordana jest wart każdego centa z niefortunnie skonstruowanego kontraktu. Jeśli zespół nie osiągnie zakładanych celów sportowych, dwuletnia gwarantowana umowa dla jednokrotnego uczestnika Meczu Gwiazd może stać się kolejnym symbolem organizacyjnej niekompetencji, o której coraz głośniej mówią fani i dziennikarze w Nowym Orleanie.
Wspieraj PROBASKET