Prezydent Argentyny Javier Milei zapowiedział w czwartek, że nie poleci do USA na finał piłkarskich mistrzostw świata, w którym reprezentacja jego kraju zmierzy się z Hiszpanią. Oświadczył też, że w czasie meczu zamierza mieć na sobie kurtkę, w której oglądał poprzednie spotkania.
Javier Milei stwierdził, że "w żadnym razie" nie poleci na finałowy mecz, który rozegrany zostanie w niedzielę pod Nowym Jorkiem. Dodał, że - podobnie jak wcześniejsze mecze - obejrzy go w rezydencji prezydenckiej w Olivos pod Buenos Aires. Określił to jako element kabały, mającej pomóc w zwycięstwie.
Finał MŚ. Prezydent Argentyny nie poleci do USA
"Proszę opuścić mównicę". Macierewicz pokazał wtedy zdjęcie
Milei ponownie zaproponował udostępnienie Różowego Domu, czyli pałacu prezydenckiego w Buenos Aires, by drużyna narodowa mogła w nim świętować po powrocie do kraju po mistrzostwach. Piłkarze mogliby wyjść na balkon pałacu, by spotkać się z fanami - dodał.
Zadeklarował, że w takim przypadku w Różowym Domu nie pozostałaby żadna osoba związana z polityką, by nie było podejrzeń o próbę wykorzystania sukcesów "tej nadzwyczajnej grupy zawodników" do celów politycznych.
Argentyński przywódca jest uważany za jednego z najbliższych sojuszników ideologicznych prezydenta USA Donalda Trumpa, który - jak potwierdziła w czwartek rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt - weźmie udział w meczu finałowym. Leavitt nie ujawniła, komu Trump będzie kibicował.
Zdaniem ekspertów piłkarska reprezentacja Argentyny jest jednym z nielicznych symboli, których nie udało się przejąć żadnej ze stron głębokiego podziału politycznego w społeczeństwie. Gdy w 2022 r. Argentyna zdobyła mistrzostwo globu, na ulicach Buenos Aires zgromadziło się, według niektórych szacunków, blisko pięć milionów ludzi.
Dziennikarską przygodę zaczynała w studenckim radiu UJOT FM, później związana z Interią. Lubi patrzeć na świat przez obiektyw aparatu.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości