Nakłuwał igłami macice kobiet walczących z bezpłodnością. Raka "diagnozował" biorezonansem i "leczył" tamponami. Na jego trop trafiliśmy dzięki Ani, która przed śmiercią opowiedziała nam, przez co przeszła. W gabinecie naturopaty z Bielska-Białej znaleźliśmy fotel ginekologiczny. Prokuratura w trakcie przeszukania odkryła dane blisko 900 osób, które mogły korzystać z jego usług.
Ania umarła w wieku 40 lat. Kilka lat wcześniej zdiagnozowano u niej raka jajnika. Po diagnozie zamiast na stół operacyjny trafiła w sidła szarlatanów.
Przed śmiercią opowiedziała nam swoją historię, przekazała dokumenty, ale postawiła też warunek: publikować możemy dopiero po jej śmierci.
W spadku, poza swoją opowieścią, zostawiła szereg dowodów na krzywdzenie ciężko chorych osób przez różne osoby w kraju i poza nim.
Dzięki opowieści Ani trafiliśmy do Janusza N., inżyniera, który jej nowotwór "leczył" tamponami z chińskimi ziołami.
W trakcie dziennikarskiej prowokacji odkryliśmy jego kolejne tajemnice: wykonywanie "badań" ginekologicznych oraz nakłuwanie narządów rodnych kobiet igłami do akupunktury.
W trakcie prac nad audioserialem "Testament" szereg spraw zgłosiliśmy prokuraturze. Trwają przeszukania, niektórzy już usłyszeli zarzuty. Premiera pierwszego odcinka pt. "Perły księżniczki" dziś w Wirtualnej Polsce.
POSŁUCHAJ opowieści Ani. Audioserial "Testament", odc. 1 "Perły księżniczki"
"Dzień dobry nazywam się Anna, mam 39 lat i może zacznę już opowiadać swoją historię..."
Wypowiada te słowa dziewczęcym, ale mocnym głosem. Zaraz potem z tym samym opanowaniem zdradza, że jest w czwartym stadium raka jajnika. Nie chce się spotkać, nie chce, by ktoś ją widział w tym stanie. Ma dwa cewniki, leży. Bardzo cierpi. Medycyna nie ma jej już nic do zaoferowania. Anna chce wszystko opowiedzieć, by przestrzec innych i podzielić się tym, co sama odkryła.
Był listopad 2024 r.
Przez kilka następnych miesięcy rozmawialiśmy regularnie. Z detalami opowiadała o diagnozie, o lekarzach i o tym, jak trafiła w sidła szarlatanów . Przesyłała dokumenty, materiały, zdjęcia, zapis rozmów z tymi, którzy latami ją krzywdzili i zarabiali jej kosztem, patrząc jak nieleczony rak rozwija się, a szanse na skuteczną terapię maleją.
Ania umarła w sierpniu 2025 r.
Wtedy w WP zaczęliśmy analizować wszystko, co nam przekazała.
Diagnoza
2020 rok. Nadchodziła właśnie druga fala pandemii koronawirusa. SOR-y przepełnione, cały kraj liczył zachorowania i zgony. Polska była podzielona na żółte i czerwone strefy. Lekarz w trakcie rutynowego USG wykrył u Anny nieprawidłowości w obrębie dróg rodnych. Zalecił szpital i operację.
Miała 35 lat, czuła się świetnie, właśnie weszła w nowy związek. Marzyła o dziecku. Nie panikowała, regularnie chodziła na kontrole. Nie przeczuwała najgorszego nawet, gdy trafiła do szpitala z bólem brzucha, gdy długo gorączkowała, miała krwawienia. Kiedy ponownie zrobiono jej USG lekarz stwierdził 12-centymetrową cystę na jajniku, której do tej pory nikt nie dostrzegł.
Anna natychmiast zgłosiła się do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie na badania. Jedno z nich zapamięta do końca życia.
Po badaniu leżała w sali; czekała, by ktoś coś wyjaśnił. Przez kilka dni nie działo się jednak nic. Wreszcie któregoś wieczoru poszła do pokoju lekarzy, tam zastała rezydentkę. Usłyszała: "Wyszedł rak jajnika".
Wypis dał kolejny rezydent, bez wyjaśnień: przekazał dokumentację i poinformował, kiedy kobieta ma się zgłosić na operację. Tak w każdym razie wspominała to Anna. Chcieliśmy zweryfikować tę wersję w rozmowie z dyrekcją Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, ale bez sukcesu.
Sidła
Ten konkretny typ raka jajnika może się rozwijać latami. Potwierdza to profesor Dagmara Klasa-Mazurkiewicz. To doświadczona specjalistka ginekologii oraz ginekologii onkologicznej z Centrum Klinicznego w Gdańsku. Widziała część dokumentacji medycznej Anny, poznała też jej relację. Profesor przyznaje: czasem w natłoku spraw, obowiązków, wobec setek czekających pacjentów może zabraknąć odrobiny empatii w przekazywaniu dramatycznych wiadomości.
Reakcji chorego po takim komunikacie nie da się przewidzieć. - Mamy do czynienia z sytuacją zagrożenia życia - tłumaczy w serialu "Testament" Marta Boczkowska, psycholog kliniczny, która wiele lat pracowała na oddziałach onkologicznych w Łodzi.
Boczkowska dodaje, że w takich sytuacjach zdolność logicznego myślenia może być ograniczona. Wykorzystują to szarlatani, kreując się na tych, którzy mogą w cudowny sposób pomóc nawet w beznadziejnej sytuacji.
Ania sama po latach przyznała: to, co ją spotkało w szpitalu, było tylko jednym z czynników, który wypchnął ją poza medycynę akademicką. Wtedy, w 2022 r. w jej życiu pojawili się "podpowiadacze": doradzali głodówki, krople świętego Jonasza, usługi naturopaty z biorezonansem. Wśród nich znalazła się też dyplomowana lekarka (jej rolę opiszemy w kolejnych odcinkach serialu "Testament").
"Czarny łabędź"
Kończyło się lato 2022 r. Ania zdecydowała: operacji nie będzie. Chemioterapii, hormonoterapii też. Kobieta najpierw trafiła do znachorki. Kiedy zalecane krople nie pomogły, znajomy podzielił się adresem kolejnego znachora. Tym razem Ania trafia do Gabinetu Odnowy Zdrowia Black Swan w Bielsku-Białej. Black swan to po angielsku czarny łabędź. Na stronie gabinetu czytamy:
"Czarne łabędzie wiedzą, jak o siebie zadbać. Każdego, kto przychodzi do mojego gabinetu, zachęcam do tego samego."
Tak reklamuje swoje usługi Janusz N. Dziś nie możemy podawać jego nazwiska. O tym, co odkryliśmy w jego gabinecie, musieliśmy powiadomić prokuraturę. Ta niemal natychmiast postawiła mu zarzuty – do tego wątku jeszcze wrócimy.
Gdy Ania jeździła do Janusza N., ten przyjmował w samym centrum Bielska-Białej. Twierdził, że jest naturopatą, który diagnozuje biorezonansem NLS. Ten wątek też jeszcze pojawi się w serialu "Testament": opiszemy, jak metoda wymyślona w ZSRR stała się żyłą złota dla współczesnych szarlatanów. Ale już teraz zaznaczmy: z punktu widzenia medycyny biorezonans to ordynarne oszustwo.
Trzymałam elektrodę w ręce i miałam słuchawki na uszach - opisywała "badanie" Anna.
Pan tam sobie coś sprawdzał. Oczywiście wykazywało jakieś pierdoły i zupełnie inne rzeczy, niż mi się działy. Według tego badania byłam zdrowa, miałam problemy z pasożytami, z płucami, a te problemy onkologiczne to był jakiś taki dodatek - relacjonowała w rozmowie z WP. Cel był jeden: po diagnozie przepisać klientowi suplementy wyprodukowane przez firmę, z którą Janusz N. współpracował. Jednym z produktów, które polecał, były "perły księżniczki" - tampony nasączone chińskimi ziołami. Janusz N. - do czego sam się przyznał w trakcie prowokacji WP - zalecał ich stosowanie pacjentce chorej na raka. Twierdził, że to oczyści jej organizm z mięśniaków i doprowadzi do uzdrowienia.
Zapytaliśmy specjalistów ginekologii, onkologii i innych dziedzin medycyny, czy znają taki produkt. "Straszne gó..o" - odpowiada nam jedna z lekarek. Inna odpisuje, że "nie chce już nawet o tym słuchać". O realnych właściwościach leczniczych nikt nie słyszał.
Każda wizyta u Janusza N. kosztowała Anię od 1000 do 1500 złotych. Jej stan zamiast się poprawiać był coraz poważniejszy. Krwawiła, pojawiły się skrzepy. Janusz N. przekonywał, że to dobrze: organizm się "oczyszczał".
"Biopsja to zło"
Po śmierci Ani postanowiliśmy sprawdzić, czy Janusz N. nadal przyjmuje pacjentki z nowotworami i jak wyglądają jego "terapie". W naszej prowokacji zgodził się wziąć udział Stanisław Iwańczak, specjalista w zakresie bezpieczeństwa pacjenta. Od wielu lat społecznie tropi pseudomedyczne praktyki szarlatanów. Na naszą prośbę udawał, że poszukuje pomocy dla chorej onkologicznie siostry.
W gabinecie "Black Swan" telefon odebrał Janusz N.
O właściwościach radzieckiej maszynki mówił: "Potrafi rozpoznać nie tylko nowotwór, koronawirusy i wszystkie inne rzeczy. (...) Przyrząd skanuje do 10 lat do przodu, jest w stanie przewidzieć co się będzie w organizmie działo."
Ze Stanisławem Iwańczakiem zdecydowaliśmy się na wizytę w gabinecie Janusza N. W międzyczasie z Bielska-Białej przeniósł się do Kóz. Na miejscu chcemy sprawdzić, czy znachor wykryje swoim biorezonansem nieistniejące u Stanisława choroby - i tak się właśnie dzieje.
Naturopata wykrywa m.in. problemy z prostatą, zarobaczenie, a także przebyty zawał serca, choć Stanisław nigdy go nie miał. Gdy "pacjent" tłumaczy, że lekarz zasugerował mu wykonanie biopsji prostaty, Janusz N. kategorycznie odradza. Straszy, że procedura stosowana przez onkologów na całym świecie jest niezwykle groźna, podobnie jak mammografia i badania obrazowe, takie jak USG.
Stanisław Iwańczak dostaje listę zalecanych suplementów i wyrobów, którymi handluje szarlatan. Koszt: 820 złotych. Chory ma wrócić za kilka tygodni.
Biorezonans i igły
Autor tekstu na poddasze w Kozach wchodzi jako znajomy Stanisława, który przywiózł go na wizytę. Za biurkiem starszy mężczyzna w okularach. Na biurku leciwy laptop, do niego podłączona puszeczka, od puszeczki odchodzą słuchawki. To właśnie biorezonans NLS, którym uzdrowiciel diagnozował przed chwilą kłopoty z prostatą, zawał serca i problemy z robakami.
Janusz N. nie wie, kim jestem. Bez zawahania zaczyna opowiadać o "leczeniu" Ani: nie tylko potwierdza, że kobietę przyjmował, ale wręcz zdradza, co konkretnie i w jakich dniach jej robił.
Perły księżniczki dostała w charakterze tego, żeby się wyzbyć mięśniaków. Miała ich takie ilości, że lekarze powiedzieli, że jest wszystko do wycięcia - opowiada. Twierdzi, że perły księżniczki są remedium na nowotwory. Potwierdza, że ma inne klientki onkologiczne, takie jak Ania.
Mam w tej chwili cztery pacjentki z wyciętymi narządami i wszystko wróciło do normy. Z chemii zrezygnowały i funkcjonują normalnie – zapewnia.
Janusz N. potwierdził nam, że namawiał chore na raka kobiety do odstawienia chemioterapii. Sprzedawał im perły księżniczki i suplementy z Black Swan. Jego zdaniem to nie operacja je uzdrowiła, lecz jego sposoby terapii. Gdy dopytujemy, kto dał mu prawo diagnozowania raka i podejmowania terapii, milczy. Na pytanie, czy wie, że ten cały biorezonans to ściema, twierdząco kiwa głową, choć przed chwilą wziął od Stanisława Iwańczaka 350 złotych za "badanie". Do końca nie wystawił zresztą paragonu.
Obszerne fragmenty tej rozmowy usłyszysz w pierwszym odcinku serialu "Testament".
Ale najgorsze wciąż przed nami.
Nie wiedząc, przed kim się otwiera, Janusz N. w trakcie wizyty zaczął opowiadać o innych metodach, jakie stosuje.
Oto nagrania z ukrytej kamery. Byliśmy u ginekologa-szarlatana:
Dopytywany potwierdził, że wykonuje akupunkturę macicy. Ma nawet fotel ginekologiczny. Pokazał nam go. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, na jakiej uczelni uczył się wykonywania USG.
Profesor Dagmara Klasa-Mazurkiewicz zapewnia, że nie ma takiej metody leczenia bezpłodności, a nakłuwanie macicy jest skrajnie niebezpieczne.
Sprawa dla prokuratora
Jak więc traktować działania Janusza N., który pod pozorem walki z bezpłodnością sadzał młode kobiety na fotelu ginekologicznym, wykonywał im USG i nakłuwał narządy rodne?
Skontaktowaliśmy się z doktor Aleksandrą Krasowską. To specjalistka psychiatrii i seksuologii, biegła, która na co dzień opiniuje w sprawach przestępstw na tle seksualnym. Nasza rozmówczyni nie zna i nie badała Janusza N. Może więc skomentować sytuację tylko abstrakcyjnie.
O szczegółach usłyszysz w pierwszym odcinku audioserialu "Testament" pt. "Perły księżniczki" na WP.pl i audioteka.pl.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości