Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia trwa ostatni etap procesu Łukasza Żaka, oskarżonego o spowodowanie tragicznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej. Na poniedziałek zaplanowano mowy końcowe. Zanim strony podsumują wielomiesięczny proces, sąd wysłuchał jeszcze relacji kolegów oskarżonego. Opowiadali o tym, co zobaczyli chwilę po zderzeniu i jak zachowywali się na miejscu tragedii, w której zginął 37-letni mąż i ojciec dwójki dzieci.
Proces Łukasza Żaka zbliża się do końca. W poniedziałek strony wygłoszą mowy końcowe.
Damian J. opisywał przed sądem chaos po wypadku i twierdził, że nie widział, kto prowadził volkswagena.
Adam K. utrzymywał, że nie chciał pomagać sprawcy w ucieczce i działał pod wpływem ogromnego stresu.
Polecany artykuł:
Wypadek na Trasie Łazienkowskiej. Arteon pędził ponad 220 km/h
Proces trwa od czerwca 2025 roku. Na ławie oskarżonych, oprócz Łukasza Żaka, zasiadło jeszcze sześciu jego znajomych. Prokuratura zarzuca im m.in. pomoc w ucieczce sprawcy i zacieraniu śladów po tragedii. Według opinii biegłych volkswagen prowadzony przez Łukasza Żaka poruszał się z prędkością około 226 km/h, mimo że na tym odcinku obowiązywało ograniczenie do 80 km/h. Śledczy ustalili również, że kierowca miał być pod wpływem alkoholu i nagrywał swoją jazdę telefonem.
W wyniku zderzenia z fordem zginął 37-letni pasażer rodzinnego auta. Jego żona oraz dwoje małych dzieci odnieśli ciężkie obrażenia.
Nie wiedział, kto prowadził? "K...a, to nasi"
W poniedziałek przed sądem głos zabrał Damian J., który jechał drugim samochodem razem ze znajomymi oskarżonego. Przekonywał, że przed wyjazdem z klubu nie zwracał uwagi, kto usiadł za kierownicą volkswagena.
Nie wiedziałem, kto jest kierowcą. Byliśmy rozłożeni na dwa samochody. Nasz samochód znajdował się z tyłu. Nie mam pojęcia, kto wsiadał do tamtego auta i kto był za kierownicą - z eznał. Jak tłumaczył, z samochodu, którym podróżował, nie widział samego momentu zderzenia.
Dopiero kiedy dojechaliśmy na miejsce, zorientowaliśmy się, że to samochód, który znamy. Krzyknąłem: "K...a, to nasi". Dlatego się zatrzymaliśmy - powiedział na sali.
"Panował straszny chaos"
Damian J. opisywał, że na miejscu błyskawicznie zaczęli zatrzymywać się inni kierowcy.
Jego telefon miał być rozładowany, dlatego sam nie mógł z adzwonić pod numer alarmowy, tłumaczył. Po dobiegnięciu do rozbitych samochodów szukał przede wszystkim swoich znajomych, a później interesował się losem rodziny jadącej fordem: - Ludzie mówili, że w środku są dzieci. Może zadziałał instynkt rodzicielski. Kilkukrotnie pytałem tylko o dzieci - powiedział. - Zdjąłem z siebie kamizelkę i przykryłem ją. Powiedziałem też, żeby jej nie przenosić, bo bałem się urazu kręgosłupa. Uważałem, że tyle mogłem zrobić. Zaprzeczył również, aby widział Łukasza Żaka wysiadającego z miejsca kierowcy.
Tak tłumaczy się Adam K.
Przed sądem głos zabrał także Adam K. Odniósł się do zeznań jednej ze świadków.
Polecany artykuł: