RAK
    Le Pen nie zamierza zrobić z siebie ofiary [OPINIA]

    Le Pen nie zamierza zrobić z siebie ofiary [OPINIA]

    323 odsłon
    Le Pen nie zamierza zrobić z siebie ofiary [OPINIA]

    Przyszłość Marine Le Pen - a tym samym Francji - najpewniej rozstrzygnie się nie na sali sądowej, ale przy urnach wyborczych. Po wtorkowym wyroku pozostaje jednak wiele wątpliwości i pułapek, tak prawnych, jak i politycznych - pisze publicysta Marcin Giełzak.

    Wszystkie rodziny polityczne są nieszczęśliwe, ale niektóre są bardziej nieszczęśliwe od innych. Kennedy, amerykańscy arystokraci i wybrańcy bogów, umierali młodo. Papandreu trzy razy sięgali po władzę w przededniu potężnych kryzysów w ich greckiej ojczyźnie. Familia Le Penów jest na tym tle o tyle wyjątkowa, że na niej zdają się ciążyć aż dwa przekleństwa, które... sami na siebie sprowadzili.

    Dwie klątwy

    Pierwszym są bezustanne wojny domowe, kiedy ród rozdziera się po szwach generacyjnych: młodzi chcą odsunąć starych od władzy nad rodziną i partią. Ojcobójstwo to u nich rytuał przejścia. Marine skutecznie wojowała z założycielem Frontu Narodowego Jeanem-Marie. Młoda Marion bez powodzenia próbowała zrobić to samo ze swoją ciotką, decydując się na budowę ruchu politycznego z jej konkurentem, prawicowym publicystą Erikiem Zemmourem.

    Zaatakowano hotel Macrona. Usłyszeli eksplozje. Jest 18 rannych

    Drugim są zaś ciągłe problemy z prawem. Nestor rodu, Jean-Marie, stanął przed sądem m.in. za pobicie, mowę nienawiści, negowanie Holocaustu. Zmagał się też z oskarżeniami o defraudację środków publicznych, oszustwa podatkowe, nielegalne finansowanie partii. Córce Marine zawieszono immunitet europosłanki po tym, jak w 2017 r. opublikowała zdjęcie ofiary ISIS w mediach społecznościowych, co odebrano jako zamach na godność osoby ludzkiej.

    Wnuczka Marion została skazana za zniesławienie. Istną operą mydlaną były spory na sali sądowej z rodziną ekscentrycznego milionera, który przepisał liderowi francuskich nacjonalistów swój majątek.

    W 2015 roku Jean-Marie pozwał swoją następczynię Marine po tym, jak ta wykluczyła go z założonej przez niego formacji politycznej, jak się później okazało, z naruszeniem statutu. Na tym tle sprawą drobną wydaje się skandalizujący proces rozwodowy Le Pena z pierwszą żoną, której odmówił alimentów, na co ta odpowiedziała trwającą trzy lata kampanią medialną przeciw mężowi.

    Defraudacja

    Najbardziej brzemienna w skutki była jednak afera związana z defraudacją środków Parlamentu Europejskiego przez polityków partii Le Penów, Zjednoczenia Narodowego (RN). Według prokuratury osoby opłacane z budżetu unijnej instytucji wykonywały w rzeczywistości pracę na rzecz partii we Francji. Sąd przychylił się do tego zdania, uznając, że lepeniści stworzyli "system" wyprowadzania pieniędzy z PE.

    Liderka francuskich nacjonalistów broniła się, twierdząc, że nie sposób wprowadzić tu jasny podział, bo jeśli np. towarzyszy jej ochroniarz, to czy korzystanie z jego usług jest legalne w Brukseli, a nielegalne, gdy prosto stamtąd pojadą na spotkanie z wyborcami w Calais?

    Podnosiła też, że przez lata rozliczano się w ten sposób i nigdy unijna biurokracja nie miała zastrzeżeń. Niemniej sąd w marcu 2025 r. uznał ją winną zarzucanych czynów i skazał na 4 lata pozbawienia wolności (w tym dwa zawieszeniu), 100 tys. euro grzywny oraz orzekł zakaz pełnienia funkcji publicznych pochodzących z wyborów przez 5 lat. Oznaczało to, że liderka wszystkich sondaży nie mogłaby kandydować na prezydenta w 2027 roku.

    Dediabolizacja

    Jean-Marie Le Pen lubił wizerunek wyjętego spod prawa. Chciał być chuliganem pod krawatem. Marine ponad wszystko chciała być szacowna, poważna, przewidywalna, wybieralna. Prasa drwiła, że Le Pen zrobiła wszystko w imię normalizacji - czy, jak mówią nad Sekwaną, "dediabolizacji" - swojej partii (oprócz zmiany nazwiska). Ta afera spychała ją i jej ruch na pozycje antysystemowe. Polityk musi jednak grać kartami, które ma, a nie tymi, które chciałby mieć. Niedawny sondaż wykazał, że mniej niż połowa Francuzów ufa wymiarowi sprawiedliwości. Lepeniści postanowili to wykorzystać.

    Prawda jest taka, że nie był to proces polityczny, jak twierdzili przedstawiciele dalekiej prawicy, ale był to proces, który miał polityczne konsekwencje. "Zostałam wyeliminowana!" - grzmiała Le Pen. "To jest zamach stanu!" - mówili jej zwolennicy. Niewielu było takich, którzy wprost podważaliby, że nacjonalistyczni politycy byli winni, ale sporo komentatorów twierdziło, że kara jest niewspółmierna do wagi przewinień.

    Jeszcze więcej obserwatorów sceny politycznej uważało, że wyrok jest zbyt daleko idącą ingerencją w proces wyborczy.

    Nawet rywale i wrogowie Le Pen: skrajnie lewicowy Jean-Luc Mélenchon, przedstawiciel prezydenckiego "bloku centralnego" Gerard Darmanin czy prawicowy post-gaullista Laurent Wauquiez mówili, że woleliby pokonać przywódczynię RN przy urnach niż na sali sądowej. Odwołanie

    Nikt nie był zdziwiony faktem, że Le Pen postanowiła odwołać się od wyroku, licząc na złagodzenie kary. Wymiar sprawiedliwości został postawiony w sytuacji niemożliwej. Gdyby sędziowie podtrzymali wyrok niższej instancji zarzucano by im wykoślawienie procesu demokratycznego. Gdyby jednak uwolnili ją od zarzutów, powiedziano by, że ugięli się pod presją polityczną.

    Szukając punktu równowagi 7 lipca sędziowie orzekli zatem, że skrócą zakaz sprawowania funkcji publicznych przez Le Pen do 45 miesięcy , w tym aż 30 miesięcy kary ulegnie zawieszeniu. Jako że 15 miesięcy już minęło od wyroku sądu karnego w Paryżu, nic nie stoi na przeszkodzie, aby Le Pen wystartowała w wiosennych wyborach 2027 r. Czynne i bierne prawo wyborcze, a także nadrzędna zasada pochodzenia wszelkiej władzy z woli ludu , zostały więc obronione.

    Aby jednak zadośćuczynić innej republikańskiej świętości, jaką jest równość wobec prawa, a także przekonaniu, że wybrańców narodu musi cechować "przykładność", podtrzymano karę ograniczenia wolności poprzez stosowanie dozoru elektronicznego oraz grzywnę. Triumfująca Le Pen tego samego dnia ogłosiła, że będzie kandydować do Pałacu Elizejskiego.

    Czy możemy zatem uznać sprawę za zamkniętą? Niezupełnie. Przywódczyni Zjednoczenia Narodowego zapowiadała publicznie, że nie zdecyduje się na kandydowanie, jeśli sąd zmusi ją do noszenia monitorującej bransoletki elektronicznej. "Nie mogę być zależna od decyzji sędziego, ilekroć będę miała się udać na spotkanie wyborcze w Romorantin lub na targ w Hénin-Beaumont" - mówiła.

    Konkurenci uważali, że kandydatka prowadząca kampanię pod nadzorem sądowym stałaby się symbolem tego, jak nisko upadła klasa polityczna w ich kraju. "Wyobraźcie sobie generała de Gaulle’a z bransoletką monitorującą!".

    Le Pen ma jednak żyłkę hazardzistki, obmyśliła więc ryzykowny plan. Zapowiedziała, że złoży skargę kasacyjną. Takie posunięcie "zamraża" wykonanie wyroku. Posłanka z Pas-de-Calais nie musi zakładać bransoletki, może za to spokojnie ruszyć w trasę z kampanią wyborczą. W momencie, w którym Sąd Kasacyjny uznałby jednak, że wcześniej zastosowano właściwą wykładnię prawa, wyrok z miejsca nabiera mocy obowiązującej.

    Oznaczałoby to wizerunkowy i logistyczny koszmar dla polityka rywalizującego o najwyższy urząd: sąd określałby, czy i na jak długo może opuścić miejsce zamieszkania, podróże za miasto musiałyby być uzgadniane, a nocne wiece i spotkania w ogóle nie wchodziłyby w grę.

    Wtedy kandydatka stanie przed trudnym wyborem: albo w najgorętszym etapie wyścigu prezydenckiego będzie prowadzić kampanię z aresztu domowego, albo w ostatniej chwili ustąpi miejsce innemu politykowi. W najgorszym, choć mało prawdopodobnym scenariuszu, Le Pen może nawet nie mieć wyboru. Sąd Kasacyjny może teoretycznie uznać, że bezpodstawnie złagodzono wyrok pierwszej instancji, a wtedy groziłby jej powrót do punktu wyjścia: zakaz startu, tym razem tuż przed samą metą! W każdym razie podmiana kandydata byłaby możliwa nie później niż z początkiem 2027 roku. Gdyby miało do niej dojść, tylko jeden człowiek mógłby dalej ponieść sztandar: 30-letni protegowany, wierny porucznik i póki co domyślny premier Le Pen, Jordan Bardella.

    Sukcesja

    Podczas przemówienia w prowincjonalnym Liévin liderka RN zacytowała "Pieśń Partyzantów", nieoficjalny hymn Ruchu Oporu i gaullistowskiej Wolnej Francji z okresu II wojny światowej: "Przyjacielu, jeśli padniesz / Inny wyjdzie z cienia, by zająć Twoje miejsce".

    Można powiedzieć: diabeł w ornat się ubrał i ogonem na mszę dzwoni, skoro mówi to szefowa partii, która miała wśród swoich założycieli oficerów Waffen-SS. "Dediabolizacja" wymaga jednak przebieranek i rytuałów. Co ważniejsze jednak, liderka nie zostawiała ani przez chwilę wątpliwości, że nie ma innego kandydata na jej "delfina", a zatem też na prezydenta, niż Bardella.

    Sam zainteresowany na każdym kroku podkreślał, że weźmie na siebie to zadanie tylko, jeśli nie będzie innego wyjścia. Młody polityk wolałby terminować u boku szefowej w Pałacu Matignon (czyli siedzibie premiera), a o urząd najwyższy ubiegać się po tym, jak to ona odbędzie dwie pełne kadencje.

    Kiedy Marine Le Pen pierwszy raz poddała się weryfikacji wyborczej, kandydując do parlamentu w 1993 roku, Jordana Bardelli nie było jeszcze na świecie. Ma on jeszcze czas, aby ubiegać się o godność szefa państwa.

    Rozważano też jednak scenariusz, w którym to Bardella byłby prezydentem, a Le Pen - premierem. Wyrok pozbawiał ją przecież możliwości pełnienia funkcji pochodzących z wyboru, nie zaś objętych mocą nominacji. Jakkolwiek nie było tu jednomyślności wśród znawców prawa, wydaje się, że na koniec dnia wszyscy uszanowaliby "republikański obyczaj", zgodnie z którym wskazanie premiera jest wyłączną i absolutną kompetencją głowy państwa.

    Le Pen i Bardella na targach rolnych w Paryżu, luty 2026 r. © getty images | Telmo Pinto Byłaby to, oczywiście, sytuacja odległa od ideału. Prezydent Francji to nie jest prezydent Polski. Najlepiej tę różnicę obrazuje lapsus sprzed kilku lat jednej z francuskich gazet podczas spotkania dwóch najważniejszych polityków w naszym kraju z amerykańskim przywódcą: "prezydent Andrzej Duda i jego premier (dosłownie: pierwszy minister ) Donald Tusk spotkali się z Joe Bidenem".

    Dla Francuzów jest jasne, że prezydent to kapitan, a premier - pierwszy oficer, albo jak kto woli: to odpowiednio prezes zarządu i dyrektor wykonawczy. To szef państwa wybiera premiera, przewodniczy posiedzeniom rządu, pełni funkcję naczelnego wodza, trzyma palec na przycisku atomowym, podpisuje dekrety z mocą ustawy, posiada istotny wpływ na nominacje kluczowych urzędników oraz, jeśli chce i potrafi, odgrywa kluczową rolę w zakresie kształtowania polityki zagranicznej i obronnej. Za czasów niełatwej współpracy Giscard-Chirac, ten ostatni otrzymał z Pałacu Elizejskiego protokół zawierający np. wskazanie, aby podczas uroczystości państwowych szedł trzy kroki za prezydentem.

    A w duecie Bardella - prezydent, Le Pen - premier, kto podczas posiedzeń gabinetu byłby punktem ciężkości? Niektórzy przeciwnicy drwili, że z uwagi na "małoletniość" i brak doświadczenia "delfina", to przywódczyni RN musiałaby wziąć na siebie rolę "regentki". Inni sugerowali zaś, że ogromne kompetencje "republikańskiego monarchy" mogłyby uderzyć do głowy młodemu politykowi i sprawić, że szukałby każdej możliwości, aby jego kadencja jednak nie była regencją Marine.

    Teraz wszystko wróciło na swoje miejsce: na czele "partii dziedzicznej" stoi liderka nosząca nazwisko założyciela. Bardella wraca do roli kandydata na premiera, prawej ręki i domyślnego następcy. Skoro jednak sprawa kasacji pozostaje zagrożeniem, Bardella pozostaje "planem B" obozu nacjonalistycznego.

    Odrodzenie

    Kandydatką pozostaje Le Pen. Uruchomiła już nawet stronę internetową swojej kampanii i ujawniła hasło wyborcze: "Pour la France, la Renaissance!". Dla Francji, odrodzenie! W oryginale się rymuje. O odrodzeniu może też mówić sama liderka obozu nacjonalistycznego, a slogan rymuje się z jej sytuacją osobistą. Mylili się ci, którzy przedwcześnie składali ją do politycznego grobu. Zysk na czasie też jest zyskiem.

    Le Pen ujawniła już hasło swojej prezydenckiej kampanii © materiały prasowe | marinelepen.com Póki co, może ona spotykać się z wyborcami bez żadnych przeszkód. Będzie to służyć umacnianiu jej przewagi sondażowej. A jeśli sąd mimo wszystko nakaże jej nosić bransoletkę?

    Le Pen wiele razy mówiła, że nie da z siebie zrobić ofiary, ale może być w jej interesie zrobić z siebie męczennicę. Skoro udało się to mającemu dużo gorsze rzeczy na sumieniu Trumpowi, czemu miałoby się nie udać kobiecie, która w oczach wielu rodaków nie tyle zdefraudowała 2,8 mln euro, ile błędnie wypełniła kilka druczków? A może też cała sprawa przewlecze się do momentu, kiedy Marine Le Pen będzie już w Pałacu Elizejskim, gdzie ręka sprawiedliwości już jej nie dosięgnie? Sąd kasacyjny standardowo rozpatruje skargi w czasie od 8 do 12 miesięcy. Plan jest ryzykowny, ale realistyczny. Na tym etapie lepeniści przezornie zaniechali ataków na wymiar sprawiedliwości. Wraca logika "dediabolizacji".

    W każdym razie prasowe spekulacje na temat konfliktu "bardellistów" z "marynistami" też okazały się co najmniej przedwczesne. Dawniej skora do buntów siostrzenica Marion Maréchal-Le Pen, choć dysponuje własnym zapleczem partyjnym i osobistą popularnością, tym razem pozostała wierna. Wygrał polityczny rozsądek: atakowanie osłabionej liderki mogłoby być odebrane jako zdrada, której prawicowy elektorat by nie wybaczył po raz kolejny.

    Przede wszystkim jednak władza nigdy nie była tak blisko. Stara gwardia i młode wilki, odwieczni lojaliści i skruszeni buntownicy, wszyscy wiedzą, że teraz wystarczy wytrwać, aby wygrać. Wiele wskazuje bowiem na to, że rodzinne klątwy, o których pisałem na wstępie, straciły swoją moc.

    Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.

    Marcin Giełzak - pisarz, publicysta, społecznik, przedsiębiorca, prowadzący podkast "Dwie Lewe Ręce", redaktor naczelny "Rocznika Idei", autor programu "Dzieje" na kanale Żeby Wiedzieć WP, prezes Fundacji Centrum Demokracji Społecznej, autor książek m.in. "Crowdfunding", "Antykomuniści lewicy", "Wieczna lewica".

    Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era