Zamach w Dallas 22 listopada 1963 r. na Johna Fitzgeralda Kennedy’ego zainspirował dziesiątki teorii spiskowych i do dziś budzi ogromne emocje. Tylko 19 proc. Amerykanów zaakceptowało ustalenia komisji Warrena, powołanej do zbadania zabójstwa 46-letniego prezydenta, że winę ponosi jeden człowiek — Lee Harvey Oswald, działający bez niczyjej pomocy.
Prawie dwie trzecie mieszkańców USA jest przekonanych, że w zbrodni maczali palce ludzie z najwyższych kręgów władzy, mafia spiskująca z FBI, kubańscy imigranci zatrudnieni przez CIA, kryptokomuniści pracujący na zlecenie KGB, kryminaliści wynajęci przez producentów broni. Setki książek, dziesiątki tysięcy artykułów i kilometry taśmy filmowej nie uspokoiły wyrzutów narodowego sumienia. Zbiorowa psychoanaliza trwa i co roku w połowie listopada ożywa dyskusja: kto, dlaczego i po co.
Dallas, w samo południe
John F. Kennedy pojechał do Teksasu, by godzić zwaśnionych liderów Partii Demokratycznej. Prezydent myślał już o następnych wyborach, a konflikt w lokalnej organizacji partyjnej wzmacniał republikanów i groził mu utratą 25 głosów elektorskich. Pierwszy raz od miesięcy JFK zabrał w służbową podróż żonę, która dochodziła do siebie po cesarskim cięciu i śmierci synka Patricka. Chłopczyk przyszedł na świat 7 sierpnia, zmarł dwa dni później wskutek niedorozwoju płuc.
Sam Kennedy kilkakrotnie ocierał się o śmierć. Został ciężko ranny, gdy latem 1943 r. dowodził kutrem torpedowym na południowym Pacyfiku. Udało mu się ocalić niemal całą załogę, dostał medal za męstwo i mimo nawracających problemów z kręgosłupem, które nękały go, od kiedy był nastolatkiem, ponownie zgłosił się do służby. Chroniczne bóle pleców oraz ukrywana przed opinią publiczną choroba Addisona były przyczyną uzależnienia JFK od amfetaminy, uważanej wówczas za nieszkodliwy środek znieczulający i pobudzający. Podobnie jak każdy prezydent USA dostawał listy z pogróżkami. W pierwszym roku urzędowania przyszło ich do Białego Domu 870.
Wizyta w Dallas zapowiadała się jednak na spektakularny triumf polityczny. Air Force One wylądował o 11.40. Niebo było bezchmurne, temperatura sięgała 25 st. C. Już na lotnisku prezydenta witały tłumy. JFK i pierwsza dama z bukietem czerwonych róż podeszli do barierki i, ku niezadowoleniu ochroniarzy, ściskali dłonie sympatyków, by nie rzec fanów. Byli pierwszą prezydencką parą w historii USA, która miała status gwiazd, jak idole filmu czy estrady. Dopiero po kilkunastu minutach dotarli do szarogranatowej limuzyny, gdzie czekali na nich gubernator John Connally w białym teksańskim stetsonie oraz pani gubernatorowa. Pierwsza para usiadła na tylnych fotelach, prezydent po prawej, jego żona po lewej stronie. W środkowym rzędzie siedzieli gospodarze, a obok kierowcy szef agentów Secret Service.
Kolumnę otwierali i zamykali policjanci na motorach, za prezydenckim kabrioletem jechał kuloodporny samochód zwany Queen Mary, z pięcioma ochroniarzami w środku i czterema stojącymi na bocznych progach, gotowymi do natychmiastowej interwencji w razie zagrożenia. Funkcjonariusz Secret Service, gdy wymaga tego sytuacja, ma obowiązek zasłonić prezydenta USA własnym ciałem. JFK towarzyszyło w sumie 36 takich ludzi. Drugą limuzyną jechali: wiceprezydent Lyndon B. Johnson, jego żona i senator Ralph W. Yarborough.
Dallas było bastionem skrajnej prawicy. Miesiąc wcześniej, podczas przemówienia ambasadora USA przy ONZ Adlaia Stevensona, jeden z radykalnych republikanów zdzielił go w głowę tablicą na kiju. Prezydent miał przemawiać w gigantycznym centrum handlowym Dallas Trade Mart (DTM) o powierzchni 0,5 mln mkw. i szykował się na konfrontację z politycznymi przeciwnikami. Tymczasem trasę przejazdu flankowały zbite szeregi jego zwolenników, w wielu miejscach zajmujących całą szerokość chodnika. Kennedy wpadł w znakomity humor. Wstał z fotela i roześmiany, opierając się o siedzenie gubernatora, machał do wyborców.
Według planu w DTM miał być o 12.15, ale ze względu na wiwatujące tłumy kazał kierowcy jechać wolniej i dwa razy zatrzymywać samochód. O 12.29 kolumna wjechała na Dealey Plaza, JFK w końcu usiadł, a pierwsza dama Teksasu odwróciła się do niego i zagadnęła: "Panie prezydencie, nie powie pan chyba, że Dallas pana nie kocha?". Kennedy skinął głową i w tym momencie rozległ się wystrzał. Kula kalibru 6,5 mm z ołowianym rdzeniem i miedzianym płaszczem przeszyła bark prezydenta, uszkodziła wierzchołek płuca i kręgi szyjne, wyleciała pod krtanią, ugodziła gubernatora Connally’ego w plecy tuż pod prawą łopatką, zdruzgotała mu piąte żebro, a następnie prawy nadgarstek i utkwiła w lewym udzie.
Kennedy złapał się oburącz za gardło i pochylił w stronę żony, gubernator krzyknął: "O nie, nie, nie. Mój Boże. Zabiją nas wszystkich". Wówczas kolejna kula przebiła prezydentowi podstawę czaszki i odłupała prawą skroń. Mózg, krew i fragmenty kości opryskały przednią szybę, maskę i bagażnik limuzyny, samochód ochroniarzy, a także policjantów jadących na motorach po obu stronach prezydenckiego auta. Zszokowana pierwsza dama wspięła się na bagażnik, powtarzając: "Zabili mojego męża, zabili mojego męża, trzymam w rękach jego mózg". W czasie śledztwa nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego zerwała się z siedzenia, po czym na nie wróciła, bo w ogóle tego nie pamiętała. Niemal równocześnie na tylny zderzak przeskoczył agent Secret Service Clint Hill, stojący dotychczas na lewym progu Queen Mary. Jego zdaniem Jackie nie uciekała (jak można by wnioskować z archiwalnych zdjęć), tylko czegoś szukała, prawdopodobnie fragmentów czaszki męża.
Agent rzucił się na prezydencką parę, by osłaniać ją przed kolejnymi strzałami. Jego kolega z karabinem maszynowym gotowym do strzału ruszył w stronę chodnika, wypatrując sprawcy. Ludzie wpadli w panikę, zaczęli uciekać, przewracać się, tratować. Jakiś czarnoskóry mężczyzna chwycił w objęcia białe dziecko i ruszył biegiem w kierunku pobliskiego wiaduktu. Policjant należący do konwoju zeskoczył z motocykla, wyciągnął rewolwer i machając bronią, pędził za nim z krzykiem: "Stój, bo strzelam!". Szef ochroniarzy, który siedział koło kierowcy limuzyny, zakomenderował przez krótkofalówkę: "Natychmiast do najbliższego szpitala".
Kierowca wcisnął gaz do oporu i kolumna pomknęła z zawrotną prędkością w stronę szpitala Parkland Memorial. "Spokojnie — mitygował dowódca. — Jeśli jeszcze żyje, nie chcemy go zabić, prawda?". Samochody zwolniły do 100 km na godz., lecz mimo to prezydencki kierowca brał ostatni zakręt na dwóch kołach. Przez całą drogę trwającą 9 minut agent, który wskoczył do limuzyny, z wściekłości walił pięścią w bagażnik. Jackie trzymała głowę męża na kolanach, a na podłodze w kałuży krwi leżały trzy połamane róże i bukiet astrów.
Zadziwiające jest to, że Kennedy nie zginął na miejscu. Akcja serca ustała dopiero pół godziny po strzałach. Lekarze wiedzieli, że nie mają szans, ale zastosowali wszystkie możliwe techniki reanimacyjne. Doktor James Carrico wsunął prezydentowi do gardła dren pompy tlenowej, jednak gaz uciekał przez ranę w krtani. Z kafeterii przybiegł dr Malcolm Perry. "Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, była taka, że Kennedy jest o wiele większy, niż sądziłem. I natychmiast uświadomiłem sobie, że przecież jest wielki nie tylko fizycznie. Potem nie miałem już czasu myśleć, byłem zbyt zajęty" — opowiadał reporterom "Newsweeka". Perry błyskawicznie włożył sterylne rękawiczki, wykonał głębokie cięcie tchawicy i umieścił tubę poniżej rany. Carrico przetaczał pacjentowi krew. Jackie, która przez chwilę stała oszołomiona pod drzwiami, wyrwała się wiceprezydentowi i szwagrowi Robertowi Kennedy’emu trzymającym ją za ręce, wpadła do sali operacyjnej. Mimo szorstkich upomnień lekarzy nie chciała wyjść. Została z mężem do końca.
Tymczasem tlen i krew zaczęły się zbierać w jamie płucnej. Perry dokonał kolejnego cięcia i umieścił między żebrami dren odprowadzający płyny. Nie pomogło, pacjent przestał oddychać. Nic nie dał również masaż serca. Gdy do sali dotarł główny neurochirurg szpitala, elektrokardiograf pokazywał linię prostą. Lekarze uznali prezydenta za zmarłego o godz. 13. Jackie pocałowała męża w usta, zdjęła swoją obrączkę i wsunęła mu na palec. Trzydzieści trzy minuty później Malcolm Kilduff, zastępca rzecznika prasowego Białego Domu, z niezapalonym papierosem w trzęsącej się dłoni odczytał oficjalny komunikat o śmierci szefa w świetlicy dla pielęgniarek, gdzie zebrali się reporterzy. Ktoś westchnął "O Boże!", po czym wszyscy rzucili się do telefonów.
Ciało umieszczono w trumnie i przewieziono na lotnisko. Pierwsza dama nie chciała usiąść koło kierowcy. W poplamionej krwią garsonce, bez kapelusza, ze zmierzwionymi włosami przycupnęła z tyłu, obok zwłok. O 14.18 agenci Secret Service wnieśli trumnę do kabiny pasażerskiej Air Force One, z której usunięta została część foteli. Odbywało się to wszystko wbrew prawu. Zabójstwo prezydenta USA nie było wówczas przestępstwem federalnym i podlegało jurysdykcji miejscowych organów ścigania. Ciało ofiary powinien był zbadać koroner powiatu Dallas. Jednak Lyndon B. Johnson, rodowity Teksańczyk, który na mocy konstytucji z chwilą śmierci JFK został prezydentem, odmówił powrotu do stolicy bez zwłok swojego politycznego mentora. Tuż przed odlotem, o godz. 14.38, złożył na pokładzie Air Force One przysięgę prezydencką. Przysięgał na podręczną Biblię JFK, którą doradcy znaleźli w sypialni zmarłego.
Pościg
Do dziś nie wiadomo, ile strzałów oddał zamachowiec. Według komisji Warrena czaszkę prezydenta mogła rozłupać druga lub trzecia kula. Działająca dekadę później Komisja Izby Reprezentantów ds. Zabójstw postawiła tezę, że była to kula numer cztery, a zamachowiec miał wspólnika, który też strzelał, ale chybił. Ta sama kula drasnęła w policzek Jamesa Tague’a, stojącego na chodniku w odległości 82 m od limuzyny. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że nie mógł jej wystrzelić Oswald, znajdujący się na piątym piętrze Teksańskiej Składnicy Podręczników (Texas School Book Depository, TSBD), 80 m od samochodu, bo tor lotu byłby sprzeczny z zasadami fizyki. Zapominają tylko dodać, że ze względu na ukształtowanie terenu Tague stał 6 m poniżej poziomu jezdni.
Na murze vis-à-vis TSBD siedział hydraulik Howard Brennan. Gdy usłyszał pierwszy strzał, podniósł wzrok i w ostatnim oknie piątego piętra (licząc od lewej strony) zobaczył człowieka z karabinem. Podbiegł do policjanta stojącego przed gmachem i szczegółowo zreferował mu swoje spostrzeżenia. Chwilę później z czwartego piętra zbiegli urzędnicy Harold Norman i James Jarman, którzy potwierdzili relację Brennana. Słyszeli nie tylko strzały (trzy), ale również stukot łusek spadających na podłogę piętro wyżej. Już o 12.45 wszyscy policjanci w Dallas dysponowali dokładnym rysopisem domniemanego mordercy.
Po oddaniu strzałów Oswald wyszedł jak gdyby nigdy nic z pustego pomieszczenia służącego dawniej za magazyn i dołączył do ludzi, którzy biegli na dół. W drzwiach budynku zatrzymał go policjant Marion Baker. "Pracuję tutaj — wyjaśnił z zimną krwią zamachowiec. — Chciałem zobaczyć, co się dzieje". Potwierdził to stojący obok kierownik TSBD Roy Truly. Policjant puścił Oswalda, a ten rozpłynął się w tłumie. Kilkudziesięciu funkcjonariuszy zaczęło przeszukiwać gmach. W pokoju wskazanym przez Brennana znaleźli karabin Carcano M91/38 z celownikiem teleskopowym, łuski i resztki smażonego kurczaka, którego zabójca spokojnie zjadł, czekając na ofiarę. Śledztwo wykazało, że Oswald kupił broń za zaliczeniem pocztowym jako A. Hidell i kazał przysłać na poste restante. Zapłacił 12 dolarów 78 centów. Na lufie i łożu zachowały się odciski palców, a w szczelinie zamka włókna z koszuli zamachowca. Eksperci od balistyki ustalili, że kula, która utkwiła gubernatorowi Connally’emu w udzie, została wystrzelona z tego właśnie karabinu.
Około 13.15 policjant J.D. Tippit zauważył na osiedlu mieszkaniowym, niecałe 4 km od Dealey Plaza, mężczyznę, którego wygląd zgadzał się z rysopisem podawanym przez radio. Tippit zatrzymał radiowóz przy krawężniku, wysiadł i w tym momencie dostał cztery kule z rewolweru. Oswald przebiegł kilka przecznic, wpadł do kina Texas Theatre i nie płacąc za bilet, usiadł w trzecim rzędzie od końca. O 13.40 kasjer Johnny Brewer zadzwonił na policję, a chwilę później przed kino zajechał wóz patrolowy. Brewer zapalił światło, a Oswald, widząc czterech policjantów, wstał z fotela. Gdy podszedł do niego szeregowy Nick McDonald, morderca powiedział: "No to koniec".
Po czym — jak pisze McDonald we wspomnieniowej książce "Ujęcie i aresztowanie Harveya Lee Oswalda": "Bam! Uderzył mnie pięścią między oczy, aż spadła czapka. Oddałem, on się zatoczył, odpiąłem kajdanki i wówczas wyciągnął z kieszeni rewolwer. Kiedy naciskał na cyngiel, złapałem za broń i kurek zatrzymał się we wgłębieniu między moim kciukiem a palcem wskazującym, iglica nie sięgnęła spłonki". Policjant wyrwał Oswaldowi rewolwer, z pomocą kolegów przewrócił go na ziemię, obezwładnił chwytem za szyję i założył kajdanki.
O godz. 14 Oswald był już w komendzie głównej policji, na trzecim piętrze, gdzie detektyw Jim Leavelle zaczął go przesłuchiwać w związku z zabójstwem Tippita. Kapitan J.W. Fritz, słysząc nazwisko aresztowanego, skojarzył go z pracownikiem TSBD, którego nie mogli znaleźć przełożeni, i zgłosili ten fakt policji. O godz. 19.10 oficerowie śledczy postawili Oswaldowi formalny zarzut zamordowania policjanta. O godz. 23 oskarżyli go o zabójstwo prezydenta. Kiedy policjanci prowadzili zamachowca korytarzem, na widok reporterów krzyknął: "Nikogo nie zabiłem. Zatrzymali mnie, bo mieszkałem w Związku Sowieckim. Chcą ze mnie zrobić kozła ofiarnego". Wskutek szarpaniny w kinie miał podbite oko i rozcięte usta.
Niepokoje wychowanka Oswalda
W pierwszych relacjach o zamachu pojawiły się spekulacje, że odpowiedzialna jest skrajna prawica, najprawdopodobniej segregacjoniści przeciwni równouprawnieniu Murzynów. Oswald tymczasem był lewakiem, a przynajmniej na takiego pozował.
Urodził się 18 października 1939 r. w Nowym Orleanie, wychowywała go matka, ojciec zmarł na atak serca dwa miesiące przed przyjściem syna na świat. Chłopak 22 razy zmieniał miejsce zamieszkania i 12 razy szkołę. Szybko czytał, ale był najgorszy w klasie z ortografii. Przez jakiś czas mieszkał z matką u swojego przyrodniego brata Johna w Nowym Jorku. Musieli się wyprowadzić, kiedy 12-letni Lee podczas kłótni uderzył matkę w twarz, a żonę Johna usiłował pchnąć nożem.
Chodził wówczas do siódmej klasy podstawówki w Bronksie, tyle że rzadko. Z powodu wagarowania został skierowany na badania psychologiczne. Lekarz stwierdził, że nastolatek "żyje w świecie fantazji, często snuje marzenia o posiadaniu władzy nad innymi, kompensując sobie w ten sposób niepowodzenia i frustracje". Diagnoza brzmiała: "Zaburzenia osobowości typu schizoidalnego z tendencjami do agresji. Zalecana psychoterapia".
Kiedy nowojorski sędzia rozpatrywał, czy matce należy odebrać prawa rodzicielskie i skierować krnąbrnego nastolatka do szkoły specjalnej, oboje byli już w Nowym Orleanie.
Tam chłopak dobrnął do dziesiątej klasy i w roku 1955 na zawsze zakończył przygodę z amerykańskim systemem edukacji. Pracował jako goniec i posługacz w biurze. Rok później matka przeprowadziła się do Fort Worth w Teksasie i tam właśnie 17-letni Lee Harvey wstąpił na ochotnika do marines. Uważał się wówczas za marksistę.
W wojsku przeszedł szkolenie radarowe, co wymagało przyznania mu dostępu do danych objętych tajemnicą wojskową drugiego stopnia (poufne). Armia nie doszukała się w życiorysie Oswalda żadnych przeciwwskazań. Kurs zaliczył z niezłym wynikiem. Awansował na starszego szeregowca, a we wrześniu 1957 r. został skierowany do bazy sił powietrznych amerykańskiej marynarki Atsugi w Japonii. Świetnie strzelał. Podczas obowiązkowych testów uzyskał 212 pkt, czyli więcej, niż potrzeba do zdobycia odznaki snajpera, jakkolwiek pod koniec służby osiągał wyniki na poziomie strzelca wyborowego (około 190 pkt).
Dwukrotnie stawał przed sądem wojskowym. Najpierw postrzelił się przypadkowo z pistoletu posiadanego bez zezwolenia. Gdy wyszedł z aresztu, wdał się w bójkę z sierżantem, który złożył na niego raport. Został zdegradowany do stopnia szeregowca. Trzeci raz trafił za kraty po przeniesieniu na Filipiny — ni stąd, ni zowąd zaczął strzelać z karabinu w dżunglę. Koledzy nazywali go Oswaldskowicz, ponieważ nie krył zachwytu nad ZSRR. Zaczął nawet uczyć się rosyjskiego i w lutym 1959 r. przystąpił do wojskowego egzaminu językowego. Dostał dwóję.
Osiem miesięcy później wyemigrował do ojczyzny rewolucji. We wrześniu 1959 r. poprosił przełożonych o urlop rodzinny, uzasadniając to chorobą matki, wyrobił paszport i rozesłał do kilku zachodnioeuropejskich uniwersytetów podania o przyjęcie na studia. Wyjazd traktował jak tajną operację wymierzoną w Stany Zjednoczone i wiza studencka wydawała mu się lepszą przykrywką. Statkiem pasażerskim popłynął z Nowego Orleanu do Hawru, a następnie promem do Southampton. Brytyjskie służby graniczne poinformował, że jedzie na studia do Szwajcarii, lecz tego samego dnia wsiadł w samolot do Helsinek, gdzie 14 października dostał sowiecką wizę turystyczną ważną tydzień.
Natychmiast po przyjeździe do Moskwy (16 października) oświadczył przewodniczce Interturistu, że chce zostać obywatelem ZSRR. W trakcie przesłuchań prowadzonych przez służby specjalne nie potrafił sensownie uzasadnić swoich pragnień. Rosjanie uznali, że na nic się Związkowi Sowieckiemu nie przyda. Nim do hotelu dotarła przewodniczka, która miała go odwieźć na lotnisko, wszedł do wanny i przeciął sobie nadgarstek, nie naruszając jednak żył. Trafił do szpitala psychiatrycznego, ale KGB mimo wszystko zdecydowało się go przygarnąć, gdy pokazał dokumenty świadczące, że służył w marines jako specjalista od kontroli radarowej. Uszczęśliwiony pobiegł do ambasady USA i powiedział urzędnikowi konsularnemu: "Zdecydowałem się. Koniec tego. Zostaję". Dał też do zrozumienia, że zna tajemnice wojskowe, które bardzo zainteresowały jego wysoko postawionych sowieckich przyjaciół. Został karnie zwolniony z armii USA. O jego ucieczce pisały na pierwszych stronach amerykańskie gazety. Czuł się ważny.
Chciał studiować komunizm na Uniwersytecie Moskiewskim, ale opiekunowie mieli inne plany. Oswald został skierowany do Mińska i pracował jako tokarz w Zakładach Radiowych im. Lenina. Świeżo upieczony Rosjanin dostał mieszkanie w rządowym budynku, meble, pralkę i specjalny dodatek do pensji. Biorąc pod uwagę realia socjalizmu, powodziło mu się znakomicie. Tyle że Oswald był przyzwyczajony do realiów kapitalizmu.
W styczniu 1961 r. pisał: "Dłużej nie wytrzymam. Praca jest nudna, dostaję pieniądze, ale nie mogę nic za nie kupić. Nie ma nocnych klubów, kręgielni, lokali rozrywkowych, tylko potańcówki organizowane przez związki zawodowe". Miesiąc później poinformował amerykańską ambasadę, że gotów jest wracać, jeśli w kraju nie stanie przed sądem. W marcu poznał 19-letnią studentkę farmacji Marinę Prusakową i po sześciu tygodniach wziął z nią ślub. Pod koniec maja 1962 r. oficjalnie poprosił konsula USA o zwrot paszportu i wydanie żonie dokumentów imigracyjnych. Dostał pożyczkę dla repatriantów w wysokości 435 dol. i na początku czerwca wrócił do Stanów. Był bardzo zawiedziony, że na lotnisku nie witają go reporterzy.
Znów zaczęły się przeprowadzki z miasta do miasta. Oswald tracił kolejne posady. W Leslie Welding Company pracował trzy miesiące. Z firmy designerskiej Jaggars-Chiles-Stovall wyleciał po pięciu miesiącach, bo ubliżał kolegom i groził im pobiciem. Reily Coffee Company wytrzymała z Oswaldem miesiąc. Jak zeznał właściciel zakładu, "godzinami przesiadywał w pobliskim warsztacie samochodowym i czytał magazyny poświęcone myślistwu oraz broni palnej".
W marcu 1963 r. zamówił pocztą karabin Carcano. Jak wykazało późniejsze śledztwo, usiłował zabić emerytowanego generała Edwina Walkera — zajadłego antykomunistę, zwolennika segregacji rasowej. Nie trafił, kula utkwiła we framudze okna, generała lekko poraniły od