
Przez ostatnie dwie dekady podczas oficjalnych wizyt polskich polityków w Chinach - od sekretarzy stanu po prezydentów - padało jedno zdanie: "Polska chce być bramą Chin do Unii Europejskiej ". Nie staliśmy się tą bramą, bo większego zainteresowania Polską nie wykazywał chiński biznes, a i polscy biznesmeni nie potrafili utrzymywać relacji z Chińczykami, nie rozumieli tamtego rynku.
Teraz podobne deklaracje w imieniu polskiego rządu składa wiceminister rozwoju i technologii Michał Jaros . Bramą do Europy będziemy jednak nie dla Chin, a Tajwanu. Tajwańczycy sygnalizują, że chcą z tych deklaracji skorzystać. Pod Wrocławiem z udziałem tajwańskiego giganta na rynku elektroniki, koncernu Foxconn powstać ma tajwański park technologiczny.
Michał Jaros nie wyklucza, że tajwańskie drony mogłyby trafić do polskiej armii (Tajwan staje się światowym centrum ich produkcji). To poważne deklaracje. Nie tylko ważne z punktu widzenia gospodarki, ale także i polityki. Bo w każdej chwili Chińczycy mogą wystawić za nie własny rachunek.
Balansowanie między Pekinem a Tajpej
Do tej pory polskie władze sprawnie balansowały między oficjalnymi relacjami z Pekinem a tymi mniej oficjalnymi z Tajpej. W stolicy Chin mamy ambasadę. W Tajpej - jak większość państw świata - biuro przedstawicielskie pod nazwą Biuro Polskie w Tajpej .
Jeszcze do niedawna tak otwarte deklaracje dotyczące współpracy - nie tylko gospodarczej - Polski z Tajwanem nie mogłyby mieć miejsca. Chińska Republika Ludowa w ostatnich latach daje jednak coraz więcej argumentów do tego, żeby Zachód uznawał jej "pokojowy wzrost" za coraz większe zagrożenie.