Paradoks polega na tym, że zwycięstwo Karola Nawrockiego i prowadząca do niego droga uruchomiły procesy, które kilka miesięcy później stały się jednym z najpoważniejszych problemów Prawa i Sprawiedliwości. O trzech lękach Jarosława Kaczyńskiego - pisze dla Wirtualnej Polski Marcin Duma.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
1 czerwca 2025 r., kilka minut po godzinie 21.00.
Wszystkie największe telewizje opublikowały wyniki exit poll. Zarówno badanie Ipsos, jak i sondaż OGB dla TV Republika wskazują na minimalne zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Na sali wyborczej sztabu Karola Nawrockiego w warszawskim Teatrze Mała Warszawa dominuje napięcie. Działacze i sympatycy Prawa i Sprawiedliwości wciąż wierzą, że noc przyniesie odwrócenie wyniku. Nadzieję podtrzymują zarówno kandydat, jak i Jarosław Kaczyński.
– Tak, my zwyciężymy. Dzisiaj w nocy zwyciężymy.
Dzisiaj wiemy już, że miał rację, a radość w sztabie Rafała Trzaskowskiego potrwała zaledwie dwie godziny. Karol Nawrocki wygrał wybory. Paradoks polega jednak na tym, że właśnie to zwycięstwo i prowadząca do niego droga uruchomiły procesy, które kilka miesięcy później stały się jednym z najpoważniejszych problemów Prawa i Sprawiedliwości.
Czarnek broni swoich słów. Tłumaczy reakcję Kaczyńskiego
Obecny układ sił na prawicy nie jest przypadkiem ani wyłącznie efektem wydarzeń ostatnich tygodni. Jest konsekwencją strategicznych decyzji podjętych przez PiS jesienią 2024 r., kiedy zapadła decyzja o wyborze zarówno kandydata, jak i całej strategii kampanii prezydenckiej. Były to decyzje racjonalne, ale podejmowane pod presją trzech różnych lęków, które w różnym stopniu determinowały sposób myślenia kierownictwa PiS.
Trzy lęki Kaczyńskiego
Najważniejszy był lęk egzystencjalny. W otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego panowało przekonanie, że zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego doprowadzi do "domknięcia systemu", a w konsekwencji uruchomi proces politycznej eliminacji Prawa i Sprawiedliwości z życia publicznego. Niezależnie od tego, czy taka diagnoza była trafna, warto zauważyć, że to właśnie ona determinowała logikę wszystkich najważniejszych decyzji. Dla kierownictwa PiS nie były to zwykłe wybory prezydenckie, tylko walka o polityczne przetrwanie.
W takiej sytuacji naturalnym celem nie była maksymalizacja wyniku kandydata Prawa i Sprawiedliwości w pierwszej turze. Znacznie ważniejsze stało się zbudowanie możliwie szerokiej koalicji wyborców zdolnej dać zwycięstwo w drugiej turze. Temu podporządkowano wybór kandydata obywatelskiego, spoza pierwszego szeregu partyjnego, który miał być akceptowalny nie tylko dla elektoratu PiS, ale również dla wyborców Konfederacji, a także części rozczarowanych sympatyków Trzeciej Drogi.
Strategia okazała się skuteczna. Karol Nawrocki wygrał wybory. Ceną tego zwycięstwa było jednak świadome pozostawienie dużej przestrzeni dla ugrupowań po prawej stronie. Aby zbudować szeroką koalicję na drugą turę, Prawo i Sprawiedliwość musiało zaakceptować wzrost znaczenia Sławomira Mentzena, a jak się następnie okazało, pośrednio również Grzegorza Brauna. Zakładano jednak, że będzie to zjawisko przejściowe. Po wyborach zwycięski PiS miał odzyskać dominującą pozycję na prawicy, a wyborcy, którzy na chwilę odpłynęli do Konfederacji lub Brauna, mieli stopniowo wracać do największej partii opozycyjnej.
To założenie wydawało się racjonalne. Podobne procesy obserwowaliśmy już wcześniej. Poparcie dla kandydatów budujących swoją pozycję w wyborach prezydenckich (Paweł Kukiz, Szymon Hołownia) wygasało po zakończeniu kampanii. Wielu polityków PiS było przekonanych, że podobnie stanie się również tym razem. Jeszcze kilka tygodni po wyborach słyszałem od rozmówców z tego środowiska, że sześcioprocentowy wynik Grzegorza Brauna nie stanowi żadnego zagrożenia. "Nie ma struktur. To chwilowy efekt kampanii. Za kilka miesięcy wróci do politycznego marginesu" – przekonywali. Tak się jednak nie stało.
W sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski łączne notowania Konfederacji i ugrupowania Grzegorza Brauna są wyższe niż poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości. Potwierdza to wcześniejsze ustalenia CBOS czy Opinia24. Oznacza to także, że drugi z lęków Jarosława Kaczyńskiego – obawa przed trwałym pojawieniem się silnej konkurencji na prawicy – właśnie się zmaterializował.
Trzeci lęk pojawił się dopiero później. Nie dotyczył już bezpośrednio pozycji Prawa i Sprawiedliwości, lecz samego Jarosława Kaczyńskiego. Przez ponad dwie dekady jego pozycja opierała się na prostym mechanizmie. Polecenia prezesa były wykonywane, a on sam był zwornikiem wszystkich najważniejszych decyzji w partii. Nieliczni, którzy próbowali prowadzić własną politykę, szybko przekonywali się, że kwestionowanie woli prezesa PiS eliminuje ich z polityki.
Dlatego tak istotnym momentem okazał się spór z Mateuszem Morawieckim wokół założonego przez niego stowarzyszenia Rozwój Plus. Po raz pierwszy jeden z czołowych polityków partii otwarcie zignorował wolę prezesa. I po raz pierwszy nie spotkały go za to praktycznie żadne konsekwencje. Nie dlatego, że Jarosław Kaczyński zmienił zdanie. Dlatego, że nie miał politycznej siły wyegzekwować własnej decyzji. (W środę Jarosław Kaczyński postawił ultimatum, nakazał rozwiązać stowarzyszenia. Mateusz Morawiecki się nie podporządkuje. Co w takim razie? Ma dojść do rozłamu - red.)
W polityce takie momenty mają znaczenie symboliczne. Lider nie traci pozycji wtedy, gdy przestaje wydawać polecenia. Traci ją wtedy, gdy inni odkrywają, że poleceń nie trzeba już bezwzględnie wykonywać.
Wszystko to dodało odwagi środowiskom wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, które od dawna myślą już o sukcesji i o tym, jak będzie wyglądała prawica po odejściu Jarosława Kaczyńskiego z czynnej polityki. Przez lata takie rozważania pozostawały w sferze prywatnych rozmów. Dzisiaj coraz częściej zaczynają przekładać się na realne działania.
Można więc powiedzieć, że z trzech strategicznych lęków Jarosława Kaczyńskiego tylko jeden został skutecznie zaopiekowany. Udało się uniknąć scenariusza, który w PiS określano mianem "domknięcia systemu". Ceną tego sukcesu okazało się jednak uruchomienie dwóch procesów, których Jarosław Kaczyński zawsze chciał uniknąć. Po pierwsze, na prawicy utrwaliła się alternatywa wobec Prawa i Sprawiedliwości – i nic nie wskazuje na to, by miała podzielić los wcześniejszych efemerycznych projektów. Po drugie, rozpoczął się proces stopniowej erozji pozycji Jarosława Kaczyńskiego jako niekwestionowanego lidera całego obozu.
Czy oznacza to moment, który od 2013 r. wieszczył Mariusz Kamiński? Czy jesteśmy świadkami początku "końca PiS", a może szerzej – końca układu politycznego określanego mianem POPiS-u, w którym przez dwie dekady spór Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska wyznaczał główną oś polskiej polityki?
Społeczeństwo zmieniło reguły gry
W analizach politycznych często zakładamy, że to partie zmieniają społeczeństwo. Tymczasem znacznie częściej dzieje się odwrotnie. To społeczeństwo zmienia warunki gry, a partie – zwykle z opóźnieniem – próbują się do nich dostosować. Właśnie dlatego dzisiejszych problemów Prawa i Sprawiedliwości nie da się wyjaśnić wyłącznie konsekwencjami strategicznych wyborów Jarosława Kaczyńskiego. Są one również konsekwencją głębokiej zmiany społecznej, która dokonała się w Polsce w ostatniej dekadzie.
Najprościej można ją opisać jako zmianę wektora oczekiwań. Przez wiele lat polska polityka była napędzana aspiracjami. Byliśmy społeczeństwem, które chciało dogonić Zachód, szybciej się rozwijać, więcej zarabiać i odważniej ryzykować. Polityka była przede wszystkim obietnicą zmiany.
Dzisiaj coraz częściej staje się obietnicą ochrony tego, co już udało się osiągnąć.
To nie jest przypadek. W latach 2014–2020 Polska przeszła okres wyjątkowo szybkiego wzrostu gospodarczego i jednocześnie szerokiej dystrybucji wynikających z niego korzyści. Rosły wynagrodzenia, malało bezrobocie, poprawiał się poziom życia. Miliony gospodarstw domowych awansowały ekonomicznie, kupowały mieszkania, zaciągały kredyty, budowały oszczędności. Innymi słowy – zaczęliśmy mieć coraz więcej do stracenia.
A potem przyszła pandemia. Następnie wojna w Ukrainie. Kryzys energetyczny. Inflacja. Coraz bardziej nieprzewidywalna polityka światowych mocarstw. Wszystkie te wydarzenia nie odebrały Polakom dobrobytu, ale odebrały im coś innego – poczucie pewności i przewidywalności.
Badania jakościowe, które realizowaliśmy tuż przed obecnymi wakacjami, pokazują społeczeństwo pełne paradoksów. Większość respondentów dobrze ocenia własne życie. Mówią, że mają pracę, radzą sobie finansowo, nie narzekają na swoją codzienność. Jednocześnie z ogromnym niepokojem opisują przyszłość Polski, Europy i świata.
To klasyczny przykład zjawiska opisywanego w literaturze jako micro-macro gap. Ludzie ufają własnemu doświadczeniu, ale nie ufają światu znajdującemu się poza ich bezpośrednią kontrolą. W praktyce oznacza to współistnienie dwóch pozornie sprzecznych emocji: prywatnego spokoju i publicznego lęku.
Gdy ludzie są zadowoleni z własnego życia, ale jednocześnie coraz bardziej obawiają się przyszłości kraju i świata, zmienia się także ich sposób oceniania polityki. Przestają oczekiwać przede wszystkim dalszego wzrostu poziomu życia, bo ten – przynajmniej we własnym doświadczeniu – w dużej mierze już się dokonał. Znacznie ważniejsze staje się poczucie bezpieczeństwa i przekonanie, że państwo jest w stanie ochronić ich przed zagrożeniami, na które sami nie mają wpływu: wojną, niekontrolowaną migracją, kryzysami gospodarczymi czy niepewną przyszłością dzieci.
W takich warunkach polityka przestaje być przede wszystkim konkurencją o to, kto szybciej rozwinie państwo. Coraz częściej staje się konkurencją o to, kto skuteczniej ograniczy ryzyko. Osią sporu nie jest już tempo zmian, lecz ich kontrola. Zyskuje ten kto przekona wyborców, że potrafi uchronić ich przed utratą tego, co już posiadają.
To właśnie dlatego rośnie atrakcyjność ugrupowań, które odwołują się do języka bezpieczeństwa, ochrony wspólnoty i odzyskiwania kontroli nad procesami wymykającymi się – w odczuciu obywateli – spod wpływu państwa i zwykłych ludzi. Co istotne, nie musi to oznaczać poparcia dla radykalnych zmian ustrojowych. Paradoksalnie jest dokładnie odwrotnie. W społeczeństwie żyjącym w stanie podwyższonej niepewności największym politycznym kapitałem staje się wiarygodna obietnica zatrzymania niepożądanych zmian – migracji, zielonego ładu czy przemian kulturowych.
Jest jeszcze jeden element, który bardzo wyraźnie odróżnia dzisiejsze nastroje od tych sprzed dekady. Respondenci coraz częściej odrzucają obecnych od lat w życiu publicznym polityków. Nie jest to kwestia wyłącznie niskiego zaufania do polityków. To obserwujemy od dość dawna. Zmienia się coś głębszego – przekonanie, że między obywatelami a dotychczasowymi elitami politycznymi obowiązuje jeszcze jakikolwiek kontrakt.
W wypowiedziach badanych regularnie powraca poczucie, że politycy coraz częściej żyją we własnym świecie, zajmują się przede wszystkim sobą i własnymi sporami, a znacznie rzadziej problemami ludzi. Dlatego tak często pojawia się oczekiwanie wymiany pokoleniowej i zmiany modelu uprawiania polityki.
Nie jest przypadkiem, że właśnie w takim społeczeństwie coraz większą atrakcyjność zyskują politycy przedstawiający się jako ludzie spoza systemu, nawet jeśli od dawna funkcjonują już w życiu publicznym. W epoce niepewności wyborcy szukają nie tylko bezpieczeństwa. Szukają również poczucia, że ci, którzy podejmują decyzje, nadal należą do tego samego świata co oni.
Paradoksem polskiej polityki jest dokonujący się proces, w którym depozytariuszem emocji stabilizacji stają się obydwie konfederacje. Ten wektor wyznaczyła społeczna zmiana ostatniej dekady, a wzmocnił globalny uwiąd dotychczasowych elit, także politycznych. Katalizatorem całego procesu po prawej stronie stały się polityczne wybory PiS-u, których dokonywał w obawie przed unicestwieniem w razie wyborczego triumfu Rafała Trzaskowskiego.
Jeżeli cokolwiek w ostatnim czasie miało potencjał zmiany paradygmatu polskiej polityki na skalę afery Rywina, to nie była nią afera Szpitala Południowego, tylko noc z 1 na 2 czerwca 2025 r. Szpital Południowy to kolejny gwóźdź do trumny starego systemu.
Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.
Analityk procesów społeczno-politycznych oraz twórca i wieloletni prezes Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych (IBRiS), jednej z czołowych pracowni badawczych w Polsce.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości