
0:00
Komisja Europejska chce, by państwa członkowskie przeznaczały na transformację energetyczną połowę pieniędzy z systemu ETS. Konflikt z ministrami finansów jest nieunikniony. Teoretycznie nie powinien uczestniczyć w nim rząd Polski, który obiecywał znacznie więcej. W praktyce...
Szymon Bujalski
Jako społeczeństwo uznaliśmy, że palenie papierosów w miejscu publicznym szkodzi osobom postronnym, dlatego powinno być nielegalne.
Podobna logika w przypadku emisji gazów cieplarnianych do dziś budzi jednak duże kontrowersje. A tym, co wywołuje je w największym stopniu, są opłaty.
Wiele wskazuje na to, że w najbliższych miesiącach spory na tej linii pogłębią się jeszcze bardziej.
KE chce zmian w ETS
Unia Europejska jako pierwsza na świecie wprowadziła mechanizm opłat za emisje CO2 (ale nie jest dziś jedynym miejscem, gdzie taki system obowiązuje; do pewnego stopnia analogiczny mechanizm działa m.in. w Chinach – przyp red.). Systemem EU ETS objęte są przedsiębiorstwa z najbardziej zanieczyszczających gałęzi gospodarki. To m.in. energetyka, hutnictwo i lotnictwo, które odpowiadają łącznie za 40 proc. unijnych emisji. Obciążanie ich opłatami za emisje, które z założenia mają rosnąć, to jasny sposób na powiedzenie, że długotrwałe poleganie na paliwach kopalnych to zły biznes.
Jedne kraje i przedsiębiorstwa przestawiły wajchę na niskoemisyjność, ale inne mocno się z tym ociągają, a wręcz czasami próbują ograniczać tempo transformacji. Jak ostatnio pisaliśmy, Komisja Europejska wsłuchała się w głos tych drugich i w ostatnich dniach zaproponowała reformę ETS. Jej najważniejsze założenie? Zapewnienie „maruderom” więcej czasu na zmianę sposobu działania ze względu na coraz trudniejsze okoliczności (wojny, rywalizacja z Chinami i USA). Pisząc inaczej: emitenci znacznych ilości CO2 będą mogli zanieczyszczać atmosferę dłużej i taniej.