Podobne kłopoty mają i Polacy, i Ukraińcy, gdy idealizują własną przeszłość. Po prostu mylą nostrum (samych siebie) z monstrum (potworem), którego na żadnej wojnie nie brakuje. Bo nie ma wojny, w czasie której nie zdarzałyby się zbrodnie - mówi WP prof. Joanna Tokarska-Bakir, antropolożka kultury i religioznawczyni, prof. zwyczajny w Instytucie Slawistyki PAN.
Tetiana Kolesnychenko, Wirtualna Polska: Kiedy półtora miesiąca temu między Ukrainą a Polską wybuchł spór o gloryfikację UPA, Łukasz Adamski, dyrektor Centrum Mieroszewskiego uznał, że sprawa wywołuje tak duże emocje, że "być może większą rolę niż historycy powinni tu odegrać psychologowie społeczni". Chodzi bowiem nie tylko o przeszłość, ale także o zderzenie "emocji, pamięci zbiorowej i wzajemnych stereotypowych wyobrażeń o sobie". Wydaje się, że jeszcze więcej na ten temat mogą powiedzieć antropologowie. Jak pani odbiera tę dyskusję?
Prof. Joanna Tokarska-Bakir: Zgadzam się całkowicie, że w tej dyskusji pojawia się niezrozumiały emocjonalny nadmiar. Ja mogę wypowiadać się jako antropolożka i religioznawczyni, która od 30 lat bada zachowania Polaków w relacjach polsko-żydowskich. To doświadczenie, które - jeśli nawet nie wszystko wyjaśnia - pozwala wiele zrozumieć także w relacjach polsko-ukraińskich. Włącznie z zajadłością uruchomionej debaty.
Polacy o pomocy Ukrainie
Chce pani rozmawiać o symetryzmie?
Nie. Zbrodnię trzeba nazywać zbrodnią i w tej kwestii nie ma dyskusji. UPA popełniła ludobójstwo na Wołyniu, skądinąd zresztą podwójne, bo zarówno skierowane przeciwko Polakom, jak i przeciwko Żydom. Ale to, w jaki sposób rozwija się publiczna dyskusja wokół tego tematu, dyskusja, która wybucha w chwili, gdy Ukraina wykrwawia się na wojnie poniekąd w naszej obronie, jest związane z konstrukcją polskiej tożsamości. I z polityką historyczną, prowadzoną przez polskie rządy w ostatnich dekadach, a nawet sięgającą PRL-u.
Zaraz do tego wrócimy. Najpierw jednak chciałabym porozmawiać o mechanizmach samej zbrodni. Pani bada pogromy, przemoc zbiorową. Rzecz, która kompletnie wymyka się rozumieniu, to sadystyczny sposób, w jaki była zabijana ludność cywilna na Wołyniu. Skąd ta zwierzęca przemoc?
Jak mówił dr Marek Edelman, człowiek to nie jest piękne zwierzę. Przemoc - gdy już się na nią zdecydujemy - zwalnia cywilizacyjne rygle i umożliwia regres do zwierzęcości. Strach, gniew i żądza zemsty uruchamiają najstarszą ewolucyjnie część układu nerwowego, czyli stary mózg, zwany też mózgiem gadzim lub ssaczym. W jednej chwili zdobywa on przewagę nad mózgiem nowym, odpowiadającym za kontrolę instynktów, myślenie i planowanie.
Trudno w to uwierzyć, ale ponad 98 proc. naszego DNA dzielimy z szympansami zwyczajnymi (Pan troglodytes). Struktura, konstrukcja i czynniki powodujące agresję u tych zwierząt wynikają z zachowań terytorialnych, walki o dominację i tzw. ograniczone zasoby. Dość podobnie wygląda to u ludzi.
W lipcu właśnie minęła 80. rocznica pogromu kieleckiego, w którym Kielczanie zabili 42 Żydów ocalałych z Zagłady. Podczas rocznicowych wykładów o tym pogromie stosuję ostatnio parabolę, zapożyczoną z serialu dokumentalnego Netflixa zatytułowanego Chimp Empire ("Imperium szympansów").
Ryzykowne porównanie.
Nie chodzi o dehumanizowanie, tylko o uruchomienie wyobraźni i zrozumienie źródeł przemocy oraz trudności z jej hamowaniem.
Akcja filmu toczy się w rezerwacie Ngogo w Ugandzie, w którym naukowcy od 1995 r. prowadzą badania nad największą na świecie populacją szympansów. Zwierzęta są ze sobą spokrewnione, ale w pewnym momencie zupełnie o tym zapominają. Matka nienawidzi córki, brat zwraca się przeciwko bratu. Dzielą się na dwie wrogie grupy, bo zaczynają rywalizować o dostęp do drzew owocowych chryzofilum, które rosną na granicy ich terytorium. Słodkie, żółte owoce. O nie toczy się wojna.
Co słodkie, żółte owoce mają wspólnego z pogromem?
W antropologii przemocy zbiorowej też posługujemy się pojęciem walki o dostęp do ograniczonych zasobów. W pogromie kieleckim rolę owoców odegrały żydowskie kamienice. W latach 40., gdy Niemcy wysiedlili Żydów, przeszły one w polskie ręce. Ale po wojnie ocalali z Zagłady wracali i usiłowali odzyskać własność. I właśnie kamienice stały się w Kielcach tym słodkim, żółtym owocem. Napędem pogromu. Wystarczyła absurdalna plotka, że Żydzi piją krew polskich dzieci, by sfrustrowani, szukający pretekstu ludzie zaczęli atakować i zabijać sąsiadów. Potem tak bardzo wstydzili się agresji, że przez dekady przypisywali pogrom "komunistycznej prowokacji".
Dziś trudno to zrozumieć, ale ten powojenny wzór agresji wobec niedobitków Holokaustu nie dotyczył tylko Polski. Takie pogromy miały wcześniej miejsce nawet w Kirgistanie i Rubcowsku (Kraj Ałtajski), gdzie wojna nigdy nie dotarła. Jak grzyby po deszczu pogromy pojawiały w miejscach, które opuszczała maszerująca na Berlin Armia Czerwona: w ukraińskim Dnipropetrowsku, Kijowie i Lwowie, w słowackich Košicach, Vel'kich Topoľčanach i Prešovie, w węgierskim Kunmadaras czy Miskolcu. Zaś na ziemiach polskich w Rzeszowie, Krakowie i Kielcach.
Dwa ostatnie opisałam w "Kociej muzyce" (2023) i "Pod klątwą" (2018). Wszędzie tło było podobne. I żaden z nich nie funkcjonuje w lokalnej pamięci historycznej.
Rozumiem porównanie, ale nie w kontekście Rzezi Wołyńskiej. Tu nie możemy mówić o "plotce" czy impulsie. Napady na polskie wioski, zabijanie ludności i zacieranie po nich wszelkich śladów - palenie domów i kościołów, to były zaplanowane i systematycznie realizowane przez UPA działania. Są dokumenty.
Zgadza się, ale przykład z szympansami nie dotyczy tego, czy waśń była uzasadniona, tylko tego, jak łatwo wpaść w kainową spiralę zbrodni i odwetu. Wszystkie religie świata przed nią ostrzegają.
Czym się zakończyła historia z szympansami?
Pod wpływem rywalizacji o ograniczone zasoby dwie spokrewnione grupy małp zaczęły polować na siebie. Początkowo walczyły ze sobą jedynie samce. Potem zaczęto zabijać też szympansie niemowlęta. I choć niektórzy zgłaszają zastrzeżenia do tego języka, "Science" nazywa opisaną sytuację "wojną domową". Uważam, że w odniesieniu do pogromów ta zwierzęca parabola jest przydatna, bo ukazuje spiralę agresji w rywalizacji o terytorium i jego zasoby.
Przechodząc do rzeczy: jeśli wczytamy się w program nacjonalistycznych organizacji ukraińskich (np. dokument z maja 1941 r. pt. "Walka i działalność OUN w czasie wojny", opracowany przez Stepana Banderę , Stepana Łenkawśkiego, Romana Szuchewycza i Jarosława Stećkę), zobaczymy, że sprawa oczyszczenia terytorium z mniejszości etnicznych była dla nich kluczowa. W imię obrony "ukraińskiej rewolucji narodowej" decydowano się popełniać zbrodnie przeciw ludzkości.
Terytorium stało się "ograniczonym zasobem"?
Tak. O nie walczono. O wyśnione terytorium, zamieszkałe przez ludność jednolitą etnicznie.
Gdy taki pogromowy program zostaje sformułowany, reszta to już tylko fizjologia. Następuje rozładowanie układu limbicznego, wcześniej hamowanego przez kontrolującą impulsy emocjonalne korę przedczołową. W stanach nasilonej agresji dochodzi do uwstecznienia uczuć wyższych.
Po prostu cofamy się do wcześniejszych faz rozwoju?
Tak. Człowiek wtedy staje się zdolny do gwałtów, brutalnych okaleczeń, mordowania dzieci oraz innych szokujących zachowań. Od średniowiecza obserwowano to podczas pogromów antyżydowskich w Europie. I prawie natychmiast wypierano z pamięci. A dla niepoznaki szukano antysemickich uzasadnień.
Moment, w którym grupa uzyskuje przyzwolenie, by zaatakować mniejszość, w języku polskich pogromów antyżydowskich nosi nazwę "wolnicy". Jej analogią, tyle że sponsorowaną przez Niemców, były tzw. trzy dni wolnej ręki w pogromie lwowskim w 1941 r. Był to jeden z najbardziej brutalnych pogromów w historii II wojny światowej, przeprowadzony przez nazistów i ukraińskich nacjonalistów.
Uściśliłabym tylko, że ukraińscy nacjonaliści walczyli nie o terytorium jako takie, tylko o stworzenie własnego państwa, bo pod polskimi rządami byli traktowani jak obywatele drugiej kategorii.
Człowiek wierzący w to, że walczy w słusznej sprawie, potrafi być zdolny do niewyobrażalnych zbrodni. Niemieccy wykonawcy Holokaustu też byli przekonani, że popełniając zbrodnie, pozostaną ludźmi moralnymi. Heinrich Himmler nawiązywał do tego w słynnej mowie poznańskiej, wygłoszonej w październiku 1943 r. do zaangażowanych w Holokaust wyższych oficerów SS. Mówiąc o zagładzie (określał ją eufemistycznie jako Judenevakuierung , czyli ewakuacja Żydów) podkreślał bezinteresowność i szlachetność żołnierzy niemieckich dokonujących eksterminacji ("nie wzięliśmy ani jednego futra, zegarka, ani jednej marki, papierosa..."). Wychwalał esesmanów jako rycerzy-ofiarników, poświęcających się dla ojczyzny, którą chcieli uczynić nareszcie wolną od Żydów ( judenrein ). Program ukraińskich nacjonalistów do tej czystki dopisał jeszcze Polaków.
Ale zanim przypiszemy go ze szczętem "wrodzonemu ukraińskiemu okrucieństwu" przyjrzyjmy się przykładom z własnego podwórka. W 2011 r. Jerzy Mazurek i Alina Skibińska opisali przypadek oddziału Armii Krajowej pod nazwą Barwy Białe. Zmierzał na pomoc walczącej w powstaniu Warszawie, kiedy napotkał grupę żydowskich uciekinierów. Dowódca Kazimierz Olchowik ps. "Zawisza" wydał rozkaz ich rozstrzelania. Zabito od 30 do 58 Żydów w tym kobiety i dzieci.
Akurat za tę zbrodnię "Zawisza" został pozbawiony funkcji przez władze Armii Krajowej. Ale znowu wchodzimy w symetryzm.
Nie chodzi o relatywizowanie czy pomniejszanie zbrodni wołyńskiej, tylko o przyjrzenie się mechanizmom wypierania niewygodnej pamięci.
Na przykład niedawno kancelaria prezydenta Nawrockiego protestowała przeciwko pokazanemu przez TVP filmowi Yoava Potasha "Among Neighbors" (2026). Przypomina on o mordzie Żydów ocalałych z Holokaustu, którego we wrześniu 1945 r. w lubelskim Gniewoszowie koło Kozienic dokonali żołnierze polskiego podziemia. Najpierw zażądali od Żydów okupu za prawo powrotu do rodzinnej wioski, a gdy nie byli w stanie tego okupu zebrać, z zimną krwią ich zabili.
Kancelaria Prezydenta nazwała film "antypolską manipulacją". Ale paradoks polega na tym, że kilka lat wcześniej właśnie w archiwach IPN, kiedy na jego czele jeszcze stał Karol Nawrocki, znalazłam szczegółowe meldunki milicyjne o tej zbrodni.
Chcę tylko pokazać, że podobne kłopoty mają i Polacy, i Ukraińcy, gdy idealizują własną przeszłość. Po prostu mylą nostrum (samych siebie) z monstrum (potworem), którego na żadnej wojnie nie brakuje. Bo nie ma wojny, w czasie której nie zdarzałyby się zbrodnie. Moralne ocalenie polega na ich wskazaniu, na oddzieleniu - mówiąc językiem ewangelicznym - kozłów od owiec. Niestety, z reguły brakuje na to czasu i ochoty. Łatwiej nam wszystkim uważać się za niewinne owieczki.
Polacy wyobrażają sobie siebie wyłącznie jako ofiarę, nigdy sprawcę. Prof. Maria Janion zapewne powiązałaby to z "trującymi wyziewami romantyzmu", który w okresie walki o niepodległość pomagał przetrwać najgorsze, ale stanowi już tylko przekleństwo w chwili, gdy miecze trzeba zmienić na lemiesze. "Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać" - ostrzegała Janion.
Nie mogę się z panią zgodzić. Jedno to wypieranie i negowanie ciemnych stron własnej historii, ale czym innym jest bezrefleksyjne wynoszenie zbrodniarzy na sztandary.
Nie dostrzegamy, jak bardzo podobni są do siebie Polacy i Ukraińcy. Akurat szczególnie widać to w wyborze bohaterów narodowych - w Polsce "żołnierzy wyklętych", w Ukrainie - bohaterów UPA, od których wszystko się zaczęło. Decyzje, które podjął ostatnio Kijów, są czasem tłumaczone okolicznościami wojennymi, koniecznością budowania narracji spajającej naród. Kompletnie się z tym nie zgadzam.
Czy właśnie wojna, konfrontacja z powszechnym złem i brutalną siłą, nie byłaby najlepszą okazją do zweryfikowania sztandarowych wartości? Czy bohaterskiemu pułkowi Azow przystoi identyfikacja z nazistowskim wilczym hakiem ( Wolfnagel ), symbolem jednostek SS?
Francuska filozofka i mistyczka Simone Weil wymyśliła określenie "upadanie w górę". Chodziło jej o sytuację straty oznaczającej awans w wymiarze moralnym. Jesteśmy stratni, ale przeciwstawiamy się "sile ciążenia". Przyznajemy się do błędu i wycofujemy, bo działamy na rzecz własnej duszy. I wtedy paradoksalnie doznajemy wzmocnienia.
Dwadzieścia lat temu, gdy profesor Jan Tomasz Gross opublikował "Sąsiadów", polskiemu społeczeństwu, które skonfrontowało się z moralną winą za Jedwabne, zdarzyło się "upadać w górę". To samo przytrafiło się wcześniej społeczeństwu niemieckiemu, które zrozumiało swoją odpowiedzialność za Holokaust i II wojnę światową. Analogiczne zwycięstwo nad sobą byłoby także ogromnym zyskiem Ukrainy. W katalogu zachowań Europejczyków upadanie w górę to wprawdzie coraz rzadszy, ale niezawodny sposób awansowania.
Jak według pani powinniśmy rozmawiać o Wołyniu? Polaków irytuje symetryzm, bo zrównuje winy i odpowiedzialność. Ukraińców - asymetryzm, bo pomija kontekst, przyczyny, odwet. Kończy się tym, że licytujemy się na to, kto kogo więcej zabił.
Moim zdaniem problemem nie są tu argumenty, tylko struktura dyskursu, który o tym rozstrzyga. Dziś debatą nie sterują historycy, tylko trolle na portalach społecznościowych. Dokonujemy samobójczego podporządkowania fali, która może zmieść całą demokrację.
Według mnie bycie człowiekiem zawsze obejmuje możliwość występowania zarówno w roli sprawcy i ofiary. Wierzę, że kiedyś historia polsko-ukraińska zostanie przebadana przez naukowców niepodlegających naciskom politycznym. Potrzebujemy tego nie tylko, by uszanować ofiary, ale także by zachować własne człowieczeństwo.
Newsy, wywiady, śledztwa i reportaże w Twojej skrzynce co tydzień - zawsze za darmo.
Dziennikarka Magazynu Wirtualnej Polski, specjalizująca się w tematyce Europy Wschodniej. Od 2022 roku relacjonuje wojnę w Ukrainie. Dwukrotna laureatka Nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (2024 i 2025), laureatka Grand Press oraz Festiwalu Wrażliwego. Nominowana do Nagrody im. Teresy Torańskiej oraz Melchiorów Polskiego Radia.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości