
Czy rozpoczynający się we wtorek szczyt NATO w Ankarze okaże się przełomowy? Czy zostanie po nim jakiś konkret, dotyczący relacji euroatlantyckich i wydatków na obronność, czy jedynie deklaracje i puste słowa? I wreszcie: jak zachowa się Donald Trump oraz europejscy przywódcy? - Możemy oczekiwać trzech rzeczy, ale tylko jedna z nich będzie miała konkretny wymiar – przekonuje w rozmowie z RadioZET.pl politolog i ekspert ds. międzynarodowych Mateusz Mazzini.
Z tego artykułu dowiesz się:
Jakie mogą być konkluzje szczytu NATO, odbywającego się w Ankarze.
Dlaczego Mark Rutte stara się obłaskawiać Donalda Trumpa.
Co Amerykanie mogą zaoferować NATO.
Które ograniczenia militarne USA mogą wpłynąć na ich obecność w NATO.
We wtorek 7 lipca w Ankarze rusza dwudniowy szczyt NATO. Coroczne spotkanie przedstawicieli krajów członkowskich najważniejszego sojuszu militarno-politycznego na świecie może okazać się pod pewnymi względami przełomowe. Z jednej strony oczekuje się, że przywódcy przypieczętują jedność celów, jednomyślność oraz szeroką współpracę oraz zadeklarują po raz kolejny mocne poparcie dla walczącej z Rosją Ukrainy. Z drugiej zaś strony część komentatorów wskazuje, iż to właśnie w 2026 roku wkroczymy w nowy etap funkcjonowania Sojuszu , którego głównym wymiarem ma być przejście jeszcze większej finansowej odpowiedzialności za obronność na barki Europy. O tym, co nas może czekać po dwóch dniach rozmów najważniejszych liderów politycznych globu, mówi w rozmowie z RadioZET.pl politolog i ekspert ds. międzynarodowych Mateusz Mazzini.
Szczyt NATO. „Festiwal obłaskawiania Trumpa”
Oglądaj
Przypomina, że Stany Zjednoczone nadal dysponują różnymi, nieosiągalnymi dla innych państw, arsenałem czy zasobami technologiczno-militarnymi, jak np. systemy tankowania w powietrzu czy łodzie podwodne, zanurzające się na odpowiedniej głębokości, zdolne wystrzeliwać pocisku typu Tomahawk. - Nieudostępnianie tego przez Amerykanów np. do wspólnych ćwiczeń NATO spowoduje, że te kompetencje i zasoby będą de facto poza Sojuszem, bo inne państwa nie będą wiedziały, jak z nich skorzystać. Często w debacie publicznej mamy zakrzywioną optykę, wyobrażając sobie, że NATO jest ważne tylko wtedy, gdy dojdzie do ewentualnej inwazji. A NATO pracuje na okrągło i jest czymś więcej niż tylko matematyczną sumą potencjałów wszystkich członków. Jest katalizatorem przemian technologicznych, budowania kadr, szkolenia wojskowych. To nie jest suma, tylko mnożnik potencjału państw członkowskich – wylicza Mazzini.
Przełom w Ankarze czy tylko potwierdzenie jedności Sojuszu?
Czy w takim razie rzeczywiście szczyt w Ankarze może być przełomowy? Według nieoficjalnych informacji liderzy krajów NATO, w tym Trump, mają potwierdzić „niezłomne zobowiązanie” do zbiorowej obrony w ramach artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego. Przypomnijmy, że to najważniejszy zapis dokumentu założycielskiego Sojuszu, mówiący, że jeśli doszłoby do zbrojnego atak na jednego lub więcej członków organizacji, będzie on wówczas traktowany jak atak na wszystkich. Warto dodać, że podobne sformułowanie znalazło się już w deklaracja finalizujących zeszłoroczny szczyt w holenderskiej Hadze. To wszystko nabiera jednak innego znaczenia w kontekście ostatnich kilkunastu miesięcy prezydentury Trumpa, który w tym czasie niejednokrotnie krytykował NATO, zarzucając sojusznikom, że za mało wydają na obronność (wcześniej domagał się przede wszystkim osiągnięcia przez wszystkich pułapu wydatków na poziomie 5 proc. PKB), licząc na pieniądze i pomoc Waszyngtonu. Sugerował również, że USA byłyby gotowe ograniczyć swoją aktywność w ramach tej struktury, choć nie sformułował wprost postulatu „wyjścia z NATO”.
Według Mazziniego żadnego przełomu ani wielkich gestów podczas tegorocznego szczytu nie będzie. - Przypominam, że rok temu przed szczytem w Hadze wszyscy drżeli ze strachu, czy Trump nie ogłosi tryumfalnego wyjścia ze struktur militarnych, nie mówiąc już o politycznych. A on niczego konkretnego wtedy nie powiedział. Jedynie Rutte jak zwykle przed nim klękał, a Europejczycy wzięli na siebie zobowiązania w zakresie wydatków na obronność. Jego zdaniem zobowiązania te „są w dużej mierze wirtualne”, jako że z tych 5 proc. 3,5 idzie na zbrojenia, 1,5 proc. na infrastrukturę czy inne cele związane z obszarem obronnym. - Np. Grecy dużą część wydają na świadczenia dla swoich byłych wojskowych. Poza tym ten współczynnik to kwestia względna. Polskie 4 proc. waży inaczej niż np. estońskie. I tak samo inaczej niż np. niemieckie 2 proc. - zauważa.
Takie będą konkluzje szczytu NATO? Trzy rzeczy, w tym jeden konkret
Rozmówca RadioZET.pl stawia tezę, że w Ankarze wydarzą się trzy rzeczy. - Po pierwsze, Europa potwierdzi swoje zobowiązania, jednoznaczne wsparcie dla Ukrainy i wyrazi obawy odnośnie ewentualnej rosyjskiej prowokacji w krajach bałtyckich. Po drugie, Rutte cały czas będzie ugłaskiwał Trumpa, przyznając mu rację we wszystkim – twierdzi. Ale wymienia też trzecie zjawisko, związane z obecnością urzędników administracji Trumpa, „którzy są racjonalni i z którymi można dyskutować, nawet mimo ich niekorzystnych z naszego punktu widzenia poglądów na relacje transatlantyckie”. Główną rolę ma tu odegrać zwłaszcza wiceszef Pentagonu Elbridge Colby i to właśnie z nim, w ocenie Mazziniego, może się wiązać jedyny konkret, jaki zostanie nam po tym szczycie.
Colby może nam przywieźć realne plany dotyczące zaangażowania Stanów Zjednoczonych w NATO. Coś na zasadzie „to wam udostępnimy na wypadek inwazji, a tego nie”, „oddamy wam dowództwo tego obszaru, scedujemy te albo takie kompetencje, a tutaj nas nie będzie”. Colby to sprawny urzędnik, siedzi mocno w planach Pentagonu, robi symulacje, z których wychodzi mu, gdzie Amerykanie mogą się zaangażować, a czego nie mogą nam dać – tłumaczy. I nie chodzi tylko o trwający obecnie kilkumiesięczny przegląd obecności amerykańskich wojsk w Europie (i związane z tym plany redukcji ich obecności).
To powinno wybrzmieć: Amerykanie bardzo mocno zderzyli się z rzeczywistością, polegającą na ograniczeniach ich własnej potęgi militarnej. Są konkretne rzeczy, których nie są już w stanie zrobić. Np. w ciągu pierwszych pięciu dni wojny w Iranie wystrzelili 825 rakiet przechwytujących Patriot. A trzeba pamiętać, że z sześciorakietowych wyrzutni takie pociski wystrzeliwuje się zawsze parami, by zwiększyć pewność przechwyceniu celu. A Lockheed Martin [jeden z największych amerykańskich koncernów zbrojeniowych i głównych dostarczycieli sprzętu dla armii USA – red.] jest w stanie wypuścić 650 tego typu rakiet rocznie – przyznaje, dodając, że „będzie teraz próba przepchnięcia przez Kongres planu reindustralizacyjnego, co ma skutkować m.in. zwiększeniem możliwości produkcyjnych do 2000 pocisków rocznie”. - Ale sam fakt, że Amerykanie po tygodniu ofensywy przeciwko Iranowi musieli relokować systemy dalekiego zasięgu z basenu Azji i Pacyfiku na Bliski Wschód , by po tygodniu dalej móc prowadzić działania ofensywne przeciwko Iranowi, pokazuje, że oni rzeczywiście sami mogą mniej niż mogli kiedyś, a przede wszystkim znacznie mniej, niż im się do tej pory wydawało – podsumowuje ekspert.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET
Tu się dzieje