RAK
    Pudrowanie trupa. Ministra zdrowia i Tusk boją się powiedzieć: musimy zamknąć część szpitali

    Pudrowanie trupa. Ministra zdrowia i Tusk boją się powiedzieć: musimy zamknąć część szpitali

    2476 odsłon
    Pudrowanie trupa. Ministra zdrowia i Tusk boją się powiedzieć: musimy zamknąć część szpitali

    0:00

    Ustalanie maksymalnych stawek dla lekarzy to pudrowanie trupa. Żeby rozwiązać problem horrendalnych zarobków, część szpitali trzeba zlikwidować. Rząd boi się wziąć za to odpowiedzialność i woli, żeby szpitale likwidowały się same. W efekcie część ludzi może zostać bez opieki.

    Agata Kołodziej

    Media od tygodni wyciągają kolejne historie dotyczące szokujących zarobków lekarzy. Dotychczasowym rekordem jest 26 tys. zł na godzinę i ponad 300 tys. zł dniówki – takie faktury wystawiali szpitalom neurochirurdzy działający wspólnie na terenie kilku województw, co opisała Wirtualna Polska.

    „Czy leci z nami lekarz?” – takie pytanie padło na pokładzie samolotu PLL LOT ze Sztokholmu do Warszawy. Wśród pasażerów znalazł się kardiolog, który udzielił pomocy pacjentowi na pokładzie, a kilka dni później wystawił liniom lotniczym fakturę na 500 zł za wykonanie usługi, czym wprawił Polskę w osłupienie. Było to w… 2016 roku (sprawę opisała wówczas „Polityka”) , a Polska osłupiała dziś po raz kolejny, bo historia wróciła do debaty publicznej na fali ekscytacji zarobkami lekarzy.

    Internetowy komentariat żyje więc zarobkami lekarzy, co zmusza premiera i ministrę zdrowia do podjęcia działań, bo opinia publiczna oczekuje zmian. A skoro opinia publiczna wskazuje palcem na wysokie płace, to ministra zdrowia reaktywnie proponuje reformę zarobków lekarzy. Problem w tym, że wysokie płace to nie przyczyna problemów, tylko ich skutek.

    Ministra zamiast oferować rozwiązania likwidujące przyczyny, oferuje puder, który przykryje kolące Polaków w oczy lekarskie kominy płacowe. Tymczasem puder nie jest neutralny – jego gruba warstwa zaszkodzi, bo zatka pory. Chodzi o szpitale powiatowe, w których może zabraknąć lekarzy i w efekcie pozamykane zostaną ważne dla lokalnej społeczności oddziały.

    Ministra zdrowia być może doskonale o tym wie. Jednak jej zadaniem nie jest zreformowanie systemu ochrony zdrowia, a jedynie zażegnanie kryzysu wizerunkowego rządu. Reform nie chce premier Donald Tusk – mówili niedawno OKO.press politycy koalicji. Tusk woli przeczekać do kolejnych wyborów zgodnie z zasadą: nie myli się ten, kto nic nie robi.

    Tymczasem należałoby zrobić dwie rzeczy:

    skończyć z łamaniem prawa pracy przy zatrudnianiu lekarzy i zlikwidować część szpitali. I jedno, i drugie od lat żadnemu politykowi nie chce przejść przez gardło. Wyjęci spod prawa

    Pierwsze zadanie jest mniej ważne z punktu widzenia działania systemu, bo jest konsekwencją jego działania, a nie przyczyną patologii. Jest jednak ważne z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej.

    70 proc. lekarzy udaje firmy i rozlicza się ze szpitalami, wystawiając faktury za kontrakty. Kluczowe jest tu słowo „udaje”.

    8 lipca 2026 roku weszła w życie wielka reforma Państwowej Inspekcji Pracy, która daje inspektorom prawo do przekształcania pozornych umów cywilnoprawnych i kontraktów B2B w umowy o pracę. Przedsiębiorcom trudno to przełknąć.

    Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, na antenie TVP Info podkreślał kilka dni temu, że skoro podstawą przekształcenia umów cywilnoprawnych w etaty mają być trzy kryteria – wyznaczone miejsce pracy, czas pracy i nadzór pracodawcy – to czy PIP skorzysta ze swoich uprawnień i zgodnie z nowymi przepisami przekształci wszystkie kontrakty, na których pracują lekarze w publicznym systemie ochrony zdrowia?

    Lekarze wszystkie te kryteria wypełniają, więc państwo powinno zacząć wdrażanie nowych przepisów od siebie – uważa Sobolewski. I ma rację – niezależnie od tego, czy apelował o likwidację kontraktów lekarzy poważnie, czy ironicznie, by bronić pracodawców prywatnych.

    Problem w tym, że państwo tego nie zrobi, tym samym nie tylko łamiąc prawo, lecz także naruszając zasadę równości. Lekarze wydają się wyjęci spod prawa pracy, co daje im dodatkowe przywileje. W trwającej dyskusji na temat zarobków padają pomysły, by wprowadzić rozwiązania podatkowe zachęcające do zamiany umów B2B na umowy o pracę. Tymczasem dziś mamy rozwiązania odwrotne – system podatkowy lekarzy do etatów zniechęca.

    „Puls Biznesu” wyliczył niedawno, że lekarz na B2B, który rozlicza się ryczałtem, od pensji 133 tys. zł miesięcznie płaci jedynie 1 385 zł podatku i składek. Ta kwota odpowiada jedynie składce zdrowotnej, jaką płaci pracownik na etacie zarabiający 17,9 tys. zł brutto. Nie mówiąc już o podatku – etatowiec z taką pensją wpada w drugi próg podatkowy i płaci stawkę PIT 32 proc., podczas gdy lekarz na kontrakcie płaci 14 proc. niezależnie od zarobków.

    Ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda zmieniać tego nie planuje. Nie planuje też likwidacji kontraktów. Dlaczego? Przypuszczalny powód w debacie publicznej pada od lat: mamy za mało lekarzy, żeby każdy z nich pracował tylko na etacie; kontrakty pozwalają łatać braki kadrowe.

    Pytanie, które w tym momencie należy sobie zadać, brzmi:

    czy rzeczywiście mamy za mało lekarzy, czy może za dużo szpitali, które trzeba obsadzić personelem medycznym? Na oddziałach hula wiatr

    W Polsce na 1000 mieszkańców przypada 4,04 lekarza, mniej więcej tyle, ile wynosi średnia UE – 4–4,2. Jeszcze w 2022 roku wskaźnik ten wynosił tylko 3,5.

    Jesteśmy za to znacznie powyżej średniej, jeśli chodzi o liczbę łóżek szpitalnych. Według najświeższych danych Eurostatu sprzed zaledwie kilku dni, mamy w Polsce 620 łóżek szpitalnych na 100 tys. mieszkańców. Tymczasem średnia dla całej UE to 507 łóżek. Najwięcej jest w Bułgarii – 870 na 100 tys. mieszkańców. Najmniej w Szwecji – 187.

    W Polsce liczba łóżek jest względnie stała od lat, podczas gdy w innych krajach europejskich spada. W ciągu ostatnich 20 lat liczba łóżek szpitalnych w Polsce spadła z 650 do 620 na 100 tys. mieszkańców. Tymczasem we Francji w tym samym czasie spadła z 740 do 545, w Niemczech – z 826 do 759, a w Holandii z 470 do 221.

    Cięcia liczby łóżek szpitalnych nie są celem samym w sobie. Przykładowo, Holandia zreformowała swój system tak, by szpitale w miarę możliwości zastępować opieką ambulatoryjną, którą z kolei rozbudowała. Natomiast opieka nad przewlekle chorymi została przeniesiona z drogich w utrzymaniu szpitali do wyspecjalizowanych domów opieki. To po prostu zmiana modelu świadczeń zdrowotnych.

    Tymczasem w Polsce kolejne rządy boją się podjąć dyskusję o poważnej reformie systemu. Efekt? Sama wiceministra zdrowia Katarzyna Kęcka mówiła kilka dni temu na antenie radiowej Jedynki, że „w oddziałach powiatowych średnie obłożenie łóżek wynosi 30 proc”.

    A przecież żeby oddział mógł działać, musi mieć pełną obsadę personelu medycznego. Tak marnujemy zasoby kadry medycznej, by dyżurowała w niemal pustych szpitalach.

    Jednocześnie sama ministra zdrowia Sobierańska-Grenda powiedziała w październiku zeszłego roku w wywiadzie dla Medonet, że „30 proc. szpitali w naszym kraju to nadmiar”. Dziś, kiedy jej resort jest na celowniku opinii publicznej, o zamykaniu szpitali już nie mówi.

    Czytaj cały artykuł u źródła — OKO.press GNews

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era