
0:00
Historia amerykańskiej kary śmierci przypomina katalog kolejnych technologii, które miały uczynić zabijanie bardziej cywilizowanym. Jednocześnie jest opowieścią o kraju, który od dwóch stuleci nie potrafi zdecydować, komu naprawdę można powierzyć władzę nad życiem i śmiercią.
Radosław Korzycki
Kiedy Jeffery Lee trafił do celi śmierci, prezydentem Stanów Zjednoczonych był Bill Clinton. W domach królowały telewizory kineskopowe, do internetu wydzwaniało się przez modem, a Google istniał od kilku miesięcy.
Lee miał wtedy niespełna 23 lata. Jak do owej celi trafił?
W grudniu 1998 roku wszedł do lombardu Jimmy's Pawn Shop w niewielkiej miejscowości Selma w Alabamie (tej samej, gdzie w 1965 r. rasistowskie władze stanowe spacyfikowały uczestników jednej z najważniejszych demonstracji w epoce walki o prawa obywatelskie). Według ustaleń sądu był uzbrojony w obrzyn strzelby, czyli broń gładkolufową, której lufa oraz kolba zostały ręcznie skrócone.
W trakcie napadu Lee zastrzelił właściciela lombardu Jimmy'ego Ellisa oraz pracownicę Elaine Thompson. Oboje zginęli na miejscu. Lee uciekł z pieniędzmi i bronią skradzioną ze sklepu, ale dość szybko został zatrzymany, a dowody nie pozostawiały większych wątpliwości co do sprawstwa.
Na zdjęciu głównym: Aktywiści z Abolitionist Action Committee przed gmachem Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych 2 lipca 2024 roku w Waszyngtonie. Protestują przed siedzibą sądu przeciwko karze śmierci, upamiętniając rocznicę orzeczenia w sprawie Gregg przeciwko Georgii z 1976 roku, które umożliwiło wznowienie egzekucji w USA po czteroletniej przerwie. Fot. Anna Moneymaker / Getty Images / AFP
To właśnie podwójne zabójstwo popełnione podczas napadu rabunkowego sprawiło, że sprawa kwalifikowała się w Alabamie do orzeczenia najwyższego wymiaru kary. W prawie różnych stanów USA nie każde morderstwo zagrożone jest karą śmierci. Zwykle konieczne są dodatkowe okoliczności obciążające. W tym przypadku były nimi zarówno fakt, że ofiar było więcej niż jedna, jak i to, że zabójstwa popełniono w trakcie innego ciężkiego przestępstwa, czyli rabunku. Prokuratura zażądała więc kary śmierci i sąd miał do tego podstawy prawne.
Co ciekawe, sami przysięgli nie byli jednomyślni. Stosunkiem głosów 7 do 5 zarekomendowali dożywocie bez prawa do warunkowego zwolnienia.
Sędzia uznał jednak, że okoliczności zbrodni uzasadniają surowszy wyrok i skorzystał z przysługującego mu wówczas prawa do zastąpienia rekomendacji ławy przysięgłych karą śmierci. Alabama zniosła tę praktykę, uznając, że decyzja o życiu i śmierci powinna należeć do ławy przysięgłych. Wyroku Jeffery'ego Lee to już nie zmieniło.