
„Półtora ciełowieka”
Taki przydomek nadali mu rosyjscy himalaiści, biorąc pod uwagę nie tylko jego wzrost i siłę, ale też serce, odwagę i poświęcenie w trakcie górskich wypraw. Żona Danuta wspomina, że Tadeusz marzył o tym, żeby być „obywatelem świata”. Chciał być marynarzem, żeby zwiedzać świat i podróżować. W latach 60. wyjechać z Polski nie było łatwo. Tadeusz stwierdził, że jedyną możliwą drogą będzie wypłynięcie w świat na jakimś ze statków żeglugi morskiej. I w tym celu przyjechał do Szczecina. Zdawał egzaminy do Wyższej Szkoły Morskiej.
Niestety nie udało mu się tych egzaminów zaliczyć wówczas stwierdził, że jeżeli nie może pływać jako marynarz, no to będzie pływał pod pokładem jako mechanik i w tym celu zdał egzaminy na wydział mechaniczny Politechniki Szczecińskiej. To wtedy poznał również ludzi, którzy jeździli w Tatry razem ze Szczecińskim Klubem Wysokogórskim. Spodobało mu się to. Poznał swojego przyszłego partnera górskiego, Zdzisława Prusisza. Okazało się, że te studia na wydziale mechanicznym przeszkadzają mu w wyjazdach w Tatry. Obaj przenieśli się na … Wydział Ekonomiczny. Swobodne wyjazdy górskie stanęły otworem. Tadeusz zdobywał wiedzę i doświadczenie, już wkrótce został zauważony. Na przełomie lat 60. i 70. zyskał opinię wybitnego wspinacza o niezwykłych możliwościach i legendarnej odporności, z czasem specjalizującego się we wspinaczce zimowej i wspinaczce w górach najwyższych. Należał do ścisłej polskiej czołówki alpinistycznej, a kilka z jego osiągnięć zapisało się na trwałe w historii alpinizmu światowego.
Danuta
Swoją późniejszą żonę Danutę poznał w trakcie studiów. On już słynny wspinacz, ona młoda studentka zainteresowana podróżami i poznawaniem świata, kochająca góry nie mniej niż Tadeusz. „Wiedziałam, co mnie czeka, i nie miałam zamiaru być konkurentką dla gór. W tej jego pasji było tyle romantyzmu, że i ja to pochłonęłam. Mnie się też to podobało”- mówi w rozmowie z RMF FM. Podróż poślubna była, a jakże, ale osobno. On pojechał na kolejną wyprawę, a ona na wycieczkę do Algierii. Wkrótce urodziła się córka Patrycja. Dopiero kilka lat później udało się odbyć „zaległą” podróż poślubną. Chcieli się dostać do Nuristanu, niedostępnej części Afganistanu. Nie udało się. Pojechali w drugą stronę do Bamianu, tam, gdzie były słynne posągi Buddy zniszczone później przez talibów.
O Tadeuszu mówi z rozrzewnieniem. „Był bardzo troskliwy. Z córką miał świetne kontakty. Potrafił nam ciekawie układać życie w rodzinie. Miał fajnych przyjaciół. Mieliśmy wspólne pasje, zainteresowania. Razem zajmowaliśmy się fotografią, razem wyjeżdżaliśmy, czy na narty, czy w góry, na jakieś letnie wycieczki. No po prostu życie z nim było ciekawe. Miał takie ciepłe oczy, miły uśmiech. No i to, co najważniejsze - miał wielkie „łapy”. Także jak mnie objął, to ja czułam, że mnie obejmuje prawdziwy mężczyzna” – dodaje z uśmiechem.
O tragicznym dniu śmierci Tadeusza na K2 mówi otwarcie. „Byłam pewna, że wróci. Byłam w ciąży z drugim dzieckiem i Niebiosa czuwały nad Nim. Miał wrócić, nie wrócił. Zostałam sama z dwójką dzieci i musiałam myśleć o nich. I najważniejszym dla mnie stało się wówczas to, żeby móc je nakarmić, żeby zachować mieszkanie. Tym bardziej, że niedługo potem zostałam zwolniona z pracy jako „najsłabsze ogniwo” i byłam samotną matką z dwójką dzieci bez zasiłku. A już jak mi się udało w miarę opanować te najgorsze sprawy, czyli brak zatrudnienia, to celem najistotniejszym dla mnie była edukacja dzieci, tak żeby w przyszłości one nie musiały myśleć o tym, że ojciec im nic nie zostawił, że mama nie jest w stanie im zostawić majątku jakiegoś na przetrwanie tylko, że one były, żeby one były tak wyedukowane, żeby były samowystarczalne i potrafiły sobie życie ułożyć według własnych pragnień, potrzeb, możliwości i tak, żeby były szczęśliwe” Udało się, córki wykształciły się, pracują zagranicą, zaś pani Danuta poświęca każdą wolną chwilę na pielęgnowaniu pamięci męża. Prowadzi na Facebooku blog In Memoriam Tadeusz Piotrowski, pisze książki o górskich dokonaniach męża, opracowuje niezmierzone zasoby zdjęć, na licznych prelekcjach opowiada historię Tadeusza i polskiego himalaizmu. Jak obchodzi 40.rocznicę? Oczywiście na spotkaniu i prelekcji.
Lothse – tragiczny wypadek
Jesienią 1974 Piotrowski uczestniczył w narodowej wyprawie na Lothse (8511 m n.p.m.), ważnej ze względu na osiągniętą wtedy rekordową wysokość zimową ok. 8250 m (Andrzej Zawada i Andrzej Heinrich, 25 grudnia 1974). 17 grudnia w trakcie jednego z odwrotów w trzyosobowym zespole, w którym najsilniejszym alpinistą był Piotrowski, na wysokości ok. 7000 m, najprawdopodobniej z powodu niedostatecznej opieki przy manipulacji sprzętem alpinistycznym lub z wyczerpania, zmarł filmowiec Stanisław Latałło. Sprawa ta na kilka lat odsunęła Piotrowskiego od głównego środowiska wspinaczkowego i wypraw narodowych.
„Było to bardzo trudne i bardzo ciężkie dla niego, dlatego że on czuł się absolutnie niewinny tego. Nie było jego zasługą to, że nikt za Staszkiem nie szedł w tym momencie” – wyjaśnia Danuta. Po czym dodaje z żalem: „To były takie czasy, że musiał się znaleźć winny. No, nie mógł to być kierownik. Tadeusz się nadawał idealnie, ponieważ nie był w żadnej z wierchuszek. Poza tym Tadeusz nie był taki bardzo elokwentny, żeby potrafił się bronić, był głęboko przekonany o swojej niewinności, uważał, że to jest oczywiste. Taka była potrzeba tamtych czasów. Na trzy lata został zawieszony w wyjazdach i dopiero w 1978 roku pojechał na polsko-jugosłowiańską wyprawę na Tiricz Mir Wschodni. Wtedy był zresztą z Jurkiem Kukuczką po raz pierwszy. Jeszcze Kukuczka nie był tym Kukuczką, prawda, ale to był ich pierwszy wspólny wyjazd”.
Polish Line na K2
W 1986 roku Jerzy Kukuczka i Tadeusz Piotrowski dokonali jednego z najbardziej spektakularnych osiągnięć w historii himalaizmu, wytyczając nową drogę na K2 – tzw. Polish Line. Była to niezwykle trudna i niebezpieczna trasa poprowadzona południową ścianą drugiego co do wysokości szczytu świata. Wspinaczka odbywała się w stylu alpejskim, bez użycia dodatkowego tlenu i bez zakładania stałych obozów. Polish Line szybko zyskała opinię jednej z najtrudniejszych dróg na K2, a jej przejście do dziś pozostaje niepowtórzone. Niestety, wyprawa zakończyła się tragicznie – podczas zejścia Tadeusz Piotrowski zginął, spadając w przepaść. Kukuczka, mimo ogromnego wyczerpania, zdołał wrócić do bazy. Wyprawa ta na zawsze zapisała się w historii światowego himalaizmu jako symbol odwagi, determinacji i najwyższych sportowych ambicji.
„To Tadeusz załatwił Jurkowi udział w tej wyprawie” – wspomina Danuta Piotrowska. „Jurek już był w tym medialnie rozkręconym sporze z Messnerem i nie miał jeszcze K2 na swojej liście ośmiotysięczników. I wtedy Tadeusz, żeby pomóc Jurkowi, zaproponował mu, żeby wziął udział w tej wyprawie. Oczywiście Jurek się zgodził. Pojechali razem”. Po wyprawie Kukuczka proponował, żeby wytyczona droga nosiła nazwę „Droga Piotrowskiego”, ale nie było takiego zwyczaju, żeby drogi nazywać nazwiskami tych, co zginęli.
Symboliczny grób
Symboliczny grób Tadeusza Piotrowskiego znajduje się na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie. Powstał po tragicznej śmierci wybitnego himalaisty. Ciała Piotrowskiego nigdy nie odnaleziono, dlatego rodzina i przyjaciele postanowili upamiętnić go w rodzinnym mieście.
„Od wejścia głównego za dziesięć dwunasta” – w taki żeglarski sposób pani Danuta objaśnia, jak trafić do wielkiego głazu, który od 2011 roku jest symbolicznym miejscem pamięci wybitnego himalaisty. Pomysł zrodził się wśród członków Klubu Tatrzańskiego PTTK w Szczecinie. Tadeusz Piotrowski był jednym z jego założycieli. Postanowiono, że taki kamień zostanie zainstalowany jako kamień pamiątkowy, na którym zostanie umieszczona tablica pamiątkowa, i będzie to miejsce spotkań. I faktycznie, co roku w Dzień Zaduszny przyjaciele i znajomi oraz nieznajomi spotykają się pod tym kamieniem, zapalają znicze, składają kwiaty. Wielki głaz polodowcowy, granitowy, znaleziono na jednym z pól pod Szczecinem. Okazało się, że spełnia wszystkie wymogi. Był piękny. Z właścicielką pola szybko dobito targu. Albo się zgodzi i kamień zniknie z pola za darmo, albo kiedyś będzie musiała za to zapłacić. Kamień najpierw wylądował w Stoczni, gdzie został wyposażony w wielką betonową stopę, a potem trafił do pracowni konserwacji zabytków w Muzeum Narodowym w Szczecinie. Tam młody fiński praktykant dostał zadanie zaprojektowania miejsca, na którym ten kamień zostanie umocowany.
Miejsce to stało się ważnym punktem dla środowiska wspinaczkowego oraz mieszkańców Szczecina, którzy chcą oddać hołd jednemu z najwybitniejszych polskich alpinistów. Na nagrobku widnieje inskrypcja przypominająca o jego osiągnięciach i pasji do gór. Symboliczny grób jest miejscem zadumy i pamięci o człowieku, który poświęcił życie, realizując swoje marzenia.
Na koniec zadaję pani Danucie pytanie: Po co on chodził w te góry? „ A po co Aleksander Doba przepłynął Atlantyk kajakiem? A po co ludzie pchają się na Księżyc? Po co marzą o zdobyciu Marsa? – Odpowiada przewrotnie. Na pytanie, czy ma żal do gór, filozoficznie stwierdza: „Góry nie są temu winne, że ktoś w nie jeździ i ginie”.