Polska płaci zagranicznym gigantom za własne uzależnienie
Polska wydaje co roku dziesiątki miliardów złotych na import technologii cyfrowych – systemów IT, licencji, chmury i platform – zasilając w ten sposób budżety zagranicznych gigantów technologicznych i utrwalając swoje technologiczne uzależnienie.[1][2][5][11]
Państwo oraz polskie firmy kupują technologie „jak spinacze” – głównie według ceny i funkcjonalności – zamiast budować własne rozwiązania i kompetencje, przez co publiczne pieniądze nie tworzą krajowych aktywów, lecz zasilają zagraniczne korporacje.[1][2][5][6][11]
Według raportów o cyfrowej racji stanu i cyfrowym bilansie Polski:
Kluczowym mechanizmem jest tzw. vendor lock‑in – uzależnienie od jednego dostawcy technologii.[1][6][8][11] Administracja publiczna i wiele firm, raz wchodząc w ekosystem konkretnego globalnego dostawcy, stają się od niego zależne: zmiana systemu byłaby kosztowna i ryzykowna, więc zamiast szukać alternatyw, akceptują coraz wyższe ceny licencji i usług.[6][8][11]
Globalne korporacje regularnie podnoszą ceny licencji, często o kilkanaście procent rocznie (12–17%), co w skali państwa przekłada się na wielomiliardowy wzrost rachunków – bez równoległego wzrostu krajowych kompetencji czy własności intelektualnej.[1][6][11]
Autorzy raportów podkreślają, że:
W konsekwencji:
Raporty wskazują, że „Polska sama finansuje cyfrowe uzależnienie”: zasila zagraniczne budżety zamiast inwestować we własne rozwiązania, przez co płaci za własną zależność – i to na skalę porównywaną z importem surowców energetycznych.[2][5][11]