RAK
    Opłata dla turystów podreperuje budżet Krakowa? Kampanijne pomysły kandydatki

    Opłata dla turystów podreperuje budżet Krakowa? Kampanijne pomysły kandydatki

    3668 odsłon
    Opłata dla turystów podreperuje budżet Krakowa? Kampanijne pomysły kandydatki
    • Trzeba porzucić model sięgania do kieszeni mieszkańców jako najprostszego sposobu na łatanie dziury. To jest najgorsze wyjście - mówi Monika Piątkowska, kandydatka KO i PSL na prezydenta Krakowa. W tym celu m.in. zamierza wprowadzić w mieście opłatę turystyczną wynoszącą co najmniej 10 zł od osoby za dobę. Odpowiada też na pytanie, czy poparcie Tuska i Kosiniaka-Kamysza to atut czy obciążenie.

    Monika Piątkowska chce odejść od "łatania dziury" w budżecie Krakowa kosztem mieszkańców. Jej zdaniem miasto powinno szukać pieniędzy m.in. u turystów i we współpracy z rządem.

    W sprawie zadłużenia miasta Piątkowska zapowiada audyt i ostrożność. Nie chce składać szczegółowych obietnic bez sprawdzenia finansów Krakowa.

    Piątkowska uważa poparcie Donalda Tuska i Władysława Kosiniaka-Kamysza za atut. Jak mówi, dobre relacje z premierem i wicepremierem chce wykorzystać "wymiernie i realnie" na rzecz miasta. Odrzuca zarzut, że jest osobą "zrzuconą z Warszawy". Przypomina, że mieszkała w Krakowie i pracowała w magistracie jako dyrektorka strategii i rozwoju.

    Kandydatka uważa, że referendum w Krakowie nie było wymierzone w konkretną partię, lecz w model zarządzania miastem. Zapowiada przebudowę strefy czystego transportu w dialogu z mieszkańcami. Jej zdaniem referendum pokazało, że część krakowian ma z obecnym kształtem strefy problem.

    Grzegorz Osiecki, Tomasz Zółciak, Wirtualna Polska: Dlaczego Kraków miałby postawić na kandydatkę KO i PSL, skoro chwilę temu dał czerwoną kartkę prezydentowi z KO?

    "Skazują się na samoizolację". Surowa ocena ruchów Ukrainy

    Kraków powinien postawić na konkretnego człowieka. Znam Kraków jako mieszkanka i jako ktoś, kto kilkanaście lat spędził w krakowskim magistracie na stanowisku dyrektora strategii i rozwoju. Przez lata łączyłam to z funkcją pełnomocnika do spraw marki Kraków. Kraków był pierwszym miastem w Polsce, które podjęło temat brandingu terytorialnego i budowy wizerunku. To była moja inicjatywa — sprowadziłam ekspertów z zagranicy, współpracowałam m.in. z Simonem Anholtem.

    Czy z punktu widzenia tych, którzy zarządzili referendum, nie będzie pani kandydatką "układu" — politycznego, krakowskiego, związanego z prezydentem Majchrowskim, a teraz z Koalicją Obywatelską?

    Trzeba się zdecydować, czy nic mnie z Krakowem nie łączy — bo takie zarzuty słyszałam — czy wręcz odwrotnie, bo obie tezy nie są spójne.

    Ale postawiła pani tezę, że ludzie zagłosują za osobą, a nie politykiem. Jednocześnie startuje pani z poparciem nie jednej, a dwóch partii. Politycy chcący pokazać, że chodzi o nich — o osobę, nie o politykę — czasami rzucają legitymacją partyjną.

    Decydować będą mieszkanki i mieszkańcy Krakowa — na podstawie swoich przekonań, programu i pomysłów na miasto. To, że popierają mnie premier i wicepremier, uważam za olbrzymi atut, biorąc pod uwagę sytuację Krakowa — miasta dziś bardzo mocno zadłużonego i wstrząśniętego referendum.

    To referendum odbywało się w bardzo nerwowej, hejterskiej atmosferze. Zmanipulowane filmiki na TikToku, prześmiewcze komentarze, wykorzystywanie AI do ośmieszania radnych i kobiet. Jestem głęboko zbulwersowana takim prowadzeniem kampanii. Jeżeli w ten sposób chce się prowadzić debatę publiczną w najważniejszym mieście w Polsce — mieście kultury, historii i tradycji — to coś jest głęboko nie tak. Dlatego od początku powiedziałam, że to nie mój sposób prowadzenia kampanii.

    Czy to nie jest wyrzekanie się skutecznych narzędzi? W dzisiejszej polityce TikTok to abecadło kampanii.

    Nie wyrzekam się żadnych narzędzi. Jak panowie mają nóż, mogą nim ukroić chleb albo zabić człowieka — to nie znaczy, że nóż jest zły. Chcę używać dostępnych narzędzi, ale w sposób etyczny i na poziomie.

    Czy pani kampania nie zaczęła się od błędu w postaci przedstawienia pani kandydatury przez dwóch partyjnych liderów w ogrodach Kancelarii Premiera? Czy nie stworzyło to wrażenia, że oto centrala w Warszawie wybrała kandydatkę i teraz zostanie ona zrzucona na Kraków ze spadochronem?

    A jak był przedstawiony kandydat PiS-u? Przez rzecznika, na parkingu, na tle jakiegoś metalowego ogrodzenia. Dlaczego w tym przypadku nikt o to nie pytał, a w moim — gdy przedstawiają mnie premier i wicepremier w ogrodach KPRM-u, kiedy jako senator przebywam w Warszawie w czasie trzydniowych posiedzeń — to jest problem? Zaraz po powrocie do Krakowa zrobiłam konferencję prasową i rozmawiałam z krakowskimi dziennikarzami.

    Jak spojrzymy na sondaże — w jednym jest pani na drugim miejscu, w innym na czwartym.

    Ani z tego powodu nie płaczę, ani się nie chwalę. Mam w sobie dużo pokory — wiem, że moją wartością jest to, co zaproponuję mieszkańcom. To oni będą wybierali, nie firmy sondażowe. Poza tym jeszcze nie wiemy, kiedy odbędą się wybory. Jesteśmy już na wysokim C, a kampania nawet się nie zaczęła.

    Sprawa krakowska stała się sprawą ogólnopolską — stąd te emocje.

    To prawda. I właśnie dlatego staram się tonować, bo napięcie będzie tylko rosło, a mnie chodzi o Kraków, a nie o rozbiegówkę partyjną przed wyborami parlamentarnymi.

    Startowała pani z list kilku ugrupowań — SLD, PSL, miała pani związki z Polską 2050. Droga ekumeniczna czy skoczka?

    Przez lata pracy w krakowskim magistracie współpracowałam ze wszystkimi środowiskami — byłam skuteczna i ugrupowania polityczne zabiegały o moje nazwisko na listach. Nigdy nie byłam członkiem PSL, choć od lat dobrze współpracujemy. Z lewicą również. To jest stara szkoła prof. Jacka Majchrowskiego, który — jak wiecie — współpracował ze wszystkimi, nawet z PiS-em, dla dobra Krakowa.

    Co znamienne: prof. Majchrowski, zapytany o najlepszego kandydata na prezydenta, wymienił dwie kobiety — mnie i Małgorzatę Wassermann. Po pierwsze, to symptomatyczne, że w mieście uznawanym za tradycyjne wskazał dwie kobiety. A po drugie, wskazał osoby z obu stron sceny politycznej.

    Moje serce zawsze było i będzie po stronie demokratycznej. Ale jeśli chce się zarządzać miastem, trzeba umieć rozmawiać z każdym.

    A współpraca z PiS-em albo z radnymi Łukasza Gibały?

    W sprawach ogólnokrajowych wypowiadam się jednoznacznie prodemokratycznie. Wiele rzeczy, które działy się za rządów PiS-u, mi się nie podobało — chodziłam na Czarne Marsze, artykułowałam sprzeciw wobec tego, co działo się z prawami kobiet, z prawnikami, z lekarzami. Zarządzano przez konflikt i napuszczanie środowisk na siebie — tego nie popieram.

    Natomiast jeśli mieszkańcy powierzą mi urząd prezydenta, moim obowiązkiem jest rozmawiać z każdym — z każdą partią i każdym jej przedstawicielem — jeśli przyniesie to korzyść Krakowowi. Mieszkańcy będą mnie rozliczali z efektów, nie z tego, czy kogoś popieram. Każde moje słowo i każde zachowanie — czy w godzinach pracy, czy poza nimi — będzie odbierane w kontekście prezydenta miasta, które niegdyś było stolicą Polski. Tego trzeba mieć świadomość przez całą dobę.

    Brzmi to trochę jak nawiązanie do ostatnich nagrań z udziałem byłego już prezydenta Miszalskiego, którego nocą zauważono na starówce, w okolicy klubowej i siedzącego na krawężniku. Nie wyglądało, by był "w formie". Potem stwierdził, że był to jego prywatny czas.

    Nie powiedziałam tego w odniesieniu do Aleksandra Miszalskiego. Mówiłam o tym, że trzeba rozmawiać z każdym i mieć świadomość, że reprezentuje się miasto — także wobec tych mieszkańców, którzy mają inne poglądy. Ale skoro panowie pytają: uważam, że Aleksander Miszalski jest dobrym człowiekiem, jednak nie wszystkie jego zachowania były godne urzędu. Mieszkańcy zdecydowali — gruba kreska. Nie ma sensu wracać do tamtej historii. Dodam tylko, że w moim przekonaniu również były prezydent musi pamiętać do końca życia, że pełnił tę funkcję. Dla jednych to brzemię, dla innych powód do dumy — trzeba to udźwignąć.

    Czy afera wokół Szpitala Południowego w Warszawie nie rzuci się cieniem na pani krakowską kampanię?

    Kocham jeździć na rowerze. Jakiś czas temu miałam wypadek i złamałam bark w dwóch miejscach. Spędziłam prawie cały dzień w poczekalni z innymi pacjentami, czekając cierpliwie na moją kolej na SOR-ze. I nikt o tym nie wiedział, poza moim mężem i synem. Nie zadzwoniłam do nikogo w tej sprawie.

    Chce pani pokazać, że w ochronie zdrowia wszędzie jest marnie?

    Mówię o tym, bo nie zgadzam się z twierdzeniem, że kłopoty Szpitala Południowego to kłopot Koalicji Obywatelskiej. Trzeba zbadać, na ile jest to kłopot jakiejś konkretnej grupy politycznej lub innej. Odpowiednie organy powinny tę sprawę wyjaśnić — to nie moje kompetencje.

    Ale w polityce trzeba się tłumaczyć czasem za nie swoje winy.

    Ale to jest też moja decyzja — czy wchodzę w tę spiralę. Mój pogląd jest taki, że w żaden sposób nie czuję się z tym związana, bo całym swoim życiem pokazuję coś zupełnie innego.

    Czy będzie pani zapraszała premiera Tuska i wicepremiera Kosiniaka-Kamysza do udziału w kampanii?

    To kwestia kampanii — o strategii nie powinno się mówić, tylko ją realizować. Mogę natomiast powiedzieć, że wicepremiera Kosiniaka-Kamysza znam prawie 30 lat, pamiętam go jeszcze jako radnego w Krakowie, startującego z listy prof. Majchrowskiego. Dobre relacje z premierem i wicepremierem chcę zdyskontować na rzecz miasta — wymiernie i realnie.

    A konkretnie — załatwi pani metro dla Krakowa?

    Nie wyciągniecie dziś ze mnie żadnego konkretnego elementu programu, bo kampania nie została ogłoszona. Ale odpowiem tyle: Kraków na metro zasługuje i metro jest mu potrzebne. O tym, jak i właściwym harmonogramie realizacji inwestycji, powinien zadecydować prezydent wybrany w demokratycznych wyborach. Być może harmonogram ten powinien ulec modyfikacji, ale na pewno nie powinien o tym decydować obecny komisarz, który nie dysponuje mandatem społecznym.

    W którą stronę powinien pójść Kraków gospodarczo? Część firm centrów usług wspólnych już wychodzi — koszty pracy są za wysokie.

    Kraków zawsze miał i ma olbrzymi kapitał ludzki — i on musi być wykorzystywany. Wtedy, gdy stawiano na centra usług, powinno to iść w kierunku usług bardzo wyspecjalizowanych, z jednoczesnym balansowaniem w stronę czystej gospodarki, innowacji, nowych technologii.

    W kwestii branży turystycznej musimy wsłuchać się w głos mieszkańców i przywrócić im miasto. Mówiąc wprost: wolę turystów, którzy przyjeżdżają dla walorów Krakowa, niż tych, którzy przyjeżdżają po tanie piwo.

    Chce pani wprowadzić opłatę turystyczną?

    Tak i chcę to zrobić jak najszybciej. Tylko żeby wprowadzić opłatę w Krakowie, najpierw musimy wprowadzić taką możliwość dla całego kraju w drodze ustawy. Prace nad projektem trwają. Ustawa powinna zawierać widełki, bo opłata nie powinna być jednolita. Na pewno miasto takie jak Kraków, z największą ofertą turystyczną w Polsce, powinno mieć możliwość ustalenia jej na poziomie maksymalnym. Ostatecznie decydować o tym powinna Rady Gminy. A przy obecnej większości demokratycznej w Radzie Miasta jestem przekonana, że uchwała przejdzie.

    Ile konkretnie taka opłata powinna wynosić dla Krakowa?

    Myślę, że co najmniej 10 zł od osoby za dobę.

    Nie będzie zarzutów, że odcina pani turystów z Polski?

    Kraków trzeba w znacznej mierze przywrócić mieszkańcom, ruch turystyczny nie może zaburzać życia w mieście. Wszystkich turystów zapraszamy serdecznie, ale tym procesem trzeba zarządzać. Zresztą — jest dzielnica, w której w ciągu ostatnich 20 lat ubyło około 50% mieszkańców. Opłata może stanowić pewną barierę, ale Kraków i tak będzie atrakcyjny dla świadomych turystów.

    Co ze strefą czystego transportu?

    Mówiłam o tym już w kampanii senackiej: trzeba ją głęboko przebudować. Referendum pokazało, że znaczna część krakowian ma z nią problem. Po drugie — reforma musi odbyć się w dialogu z mieszkańcami, bo nie do końca była trafnie wytłumaczona mieszkańcom.

    Są dzielnice, których radni wnioskowali o objęcie strefą — jak Swoszowice. Trzeba z mieszkańcami tych rejonów rozmawiać osobno.

    Przy okazji: na pewno trzeba zrewidować kształt biletów komunikacji miejskiej i ceny opłat parkingowych. Ale to musi iść w parze ze wskazaniem alternatywnego źródła finansowania — budżet Krakowa jest trudny i nie będę populistycznie ciąć bez pokazania, skąd wziąć pieniądze. Chcę zmienić model: zamiast sięgać do kieszeni mieszkańców — sięgać do kieszeni turystów i korzystać ze ściślejszej współpracy z rządem.

    Czy wytyczy pani wiarygodną ścieżkę schodzenia z poziomu zadłużenia? Miszalski zaczął z 6 miliardami, kończy z prawie 8.

    Pewne kierunki — tak. Szczegóły wymagają audytu, który zresztą już trwa, bo nie możemy po ewentualnym objęciu urzędu tracić roku na sprawdzanie. Kierunek jest jasny: budżet trzeba przejrzeć całościowo. Wszędzie, gdzie schodzimy z wydatków, musimy pokazać, dlaczego i skąd bierzemy finansowanie. I absolutnie trzeba porzucić model sięgania do kieszeni mieszkańców jako najprostszego sposobu na łatanie dziury. To jest najgorsze wyjście.

    Czy referendum w Krakowie to początek fali referendów odwoławczych w dużych miastach?

    Odwołam się do tego, co powiedzieli sami organizatorzy referendum — kilkakrotnie to usłyszałam i przeczytałam. Powiedzieli wyraźnie, że referendum nie było skierowane przeciwko Koalicji Obywatelskiej ani żadnej konkretnej partii, lecz przeciwko konkretnemu modelowi zarządzania miastem. I tak to traktuję.

    Dziennikarz Wirtualnej Polski specjalizujący się w tematyce ekonomicznej, w tym finansów publicznych, ubezpieczeń społecznych i polityki społecznej oraz w tematach politycznych.

    Dziennikarz Wirtualnej Polski i Money.pl, zajmujący się tematami politycznymi i gospodarczymi. Prowadzący poranny program "Tłit”.

    Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era