
Kancelaria Premiera domaga się zwrotu 3,4 mln zł, przyznanych przez rząd Mateusza Morawieckiego, na projekt, którego ambasadorkami były posłanki PiS - Monika Pawłowska oraz Magdalena Filipek-Sobczak. Wielkie bilbordy z ich wizerunkami zalały Lubelszczyznę tuż przed kampanią wyborczą w 2023 roku. Na współpracy zarobił też obecny mąż Pawłowskiej. Spór przeniósł się do sądu. Jak te decyzje komenują polityczki PiS?
Z tego artykułu dowiesz się:
Jakie nieprawidłowości ujawniła kontrola projektu „Bezpieczna Kobieta”.
Dlaczego Kancelaria Premiera żąda zwrotu dotacji.
Co twierdzą ambasadorki projektu o zarzutach dotyczących projektu.
Sprawa ma swój początek 5 czerwca 2023 roku, trzy miesiące przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii przez wyborami parlamentarnymi. Kancelaria Premiera, którym jest wówczas Mateusz Morawiecki z PiS przyznaje Stowarzyszeniu Bezpieczna Lubelszczyzna blisko 3,4 mln zł na realizację projektu „ Bezpieczna Kobieta - program szkoleń dla kobiet z zakresu psychologii, zachowań w sytuacjach kryzysowych, samoobrony, pierwszej pomocy przedmedycznej oraz wyszkolenia strzeleckiego”. Cel szkolenia zawarty jest w jego tytule. W sumie skorzystać ma 1440 kobiet z województwa lubelskiego.
Kilka dni po rozpocz ęciu projektu na ulicach wielu miejscowości województwa lubelskiego pojawiają się bilbordy . Do wzięcia udziału w szkoleniach zachęcają a mbasadorki. Są nimi posłanka PiS Monika Pawłowska oraz radna sejmiku województwa Magdalena Filipek-Sobczak (także PiS) . Wielkie wizerunk i obu polityczek pojawią się kilka tygodni przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii. A w mediach formułowane są zarzuty o wykorzystywanie projektu do robienia sobie kampanii. O tym, że nie są bezpodstawne świadczą kolejne wydarzania.
Polityczki PiS na bilbordach. Promocja projektu czy darmowa kampania?
Po zmianie władzy Kanc elaria Premiera, którym jest już Donald Tusk z Koalicji Obywatelskiej zleca kontrolę projektu. Jej wyniki są druzgocące. W informacji pokontrolnej czytamy, że n ieprawidłowo rozliczono aż 98 proc. przyznanej dotacji. Chodzi o kwotę 3,297 mln zł z przyznanych 3,38 mln zł . Zastrzeżenia dotyczą m.in. wskazania polityczek PiS jako ambasadorek projektu. Dlaczego? Bo tuż po rozpoczęciu projektu obie zostały kandydatkami PiS do Sejmu. Filipek-Sobczak startowała z okręgu nr 6 (Lublin i zachodnia część woj. lubelskiego), a Pawłowsk a z okręgu nr 7 (wschodnia część woj. lubelskiego z Białą Podlaską, Chełmem i Zamościem). Pierwsza z nich została posłanką, druga do Sejmu nie weszła, ale w 2024 roku objęła mandat zwolniony przez Mariusza Kamińskiego.
Kontrolerzy uzna li akcję bilbordową za promocję polityczek. Jej koszt wycenili na 250 tys. zł. Zauważyli też, że lokalizacja plakatów z wizerunkiem konkretnej kandydatki pokrywała się z okręgiem wyborczym, w którym ta startowała. To nie koniec. Struktura banerów przypominała strukturę plakatu wyborczego. A Monika Pawłowska w swojej kampanii wykorzystała zdjęcie użyte w promocji projektu.
Zastrzeżenia kontrolerów dotyczyły też współpracy Stowarzyszenia z firmami powiązanymi z nim „personalnie lub lokalowo”. Dla przykładu firmie Zoe.Net.CO Jędrzeja Halerza zapłacono w sumie 448 tys. zł za wynajem sal, przygotowanie konferencji i pełnienie funkcji zastępcy koordynatora projektu. Wśród tych wydatków była konferencja dla 500 osób, która miała kosztować 180 tys. zł. Tymczasem wydarzenie zorganizowano w sali mogącej pomieścić maksymalnie 300 osób. „W przypadku transmisji online Stowarzyszanie nie przedstawiło dowodów, potwierdzających udział w niej uczestników, co było niezgodne z ofertą. Ponadto nie podano też na jakiej platformie transmitowano wydarzenie.” - czytamy w informacji pokontrolnej.
Dlaczego o tym wspominamy? Bo Halerz to były dyrektor biura poselskiego Moniki Pawłowskiej, a dziś jej mąż. Także związany z PiS. W 2023 roku był rzecznikiem Stowarzyszenia. Z kolei wiosną tego roku startował w przedterminowych wyborach na wójta Wojsławic na Lubelszczyźnie. W kampanii wspierał go były premier Mateusz Morawiecki, którego kancelaria przyznawała środki na projekt „Bezpieczna Kobieta”.
Kancelaria wzywa do zwrotu milionów. Skarga odrzucona
Wyniki kontroli opublikowano w połowie ubiegłego roku. Mimo wielu zastrzeżeń Kancelaria Premiera nie informowała o dalszych krokach. Jak ustaliło RadioZET.pl te jednak nastąpiły. „Decyzją z 10 września 2025 r. Stowarzyszenie Bezpieczna Lubelszczyzna zostało zobowiązane przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów do zwrotu kwoty dotacji wykorzystanej niezgodnie z przeznaczeniem.” - czytamy w odpowiedzi Centrum Informacyjnego Rządu. KPRM domaga się zwrotu całej kwoty. Chodzi o 3,38 mln zł.
„Stowarzyszenie nie zwróciło kwoty dotacji i złożyło skargę na decyzję do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. 27 maja 2026 sąd wydał nieprawomocne postanowienie, którym odrzucił skargę stowarzyszenia.” - dodaje CIR.
Okazuje się, że powód oddalenia skargi był prozaiczny. „ Jak wynika z treści uzasadnienia do ww. postanowienia skarga została odrzucona z uwagi na nieuiszczenie wpisu sądowego przez Stowarzyszenie. Postanowienie jest nieprawomocne. Do chwili obecnej nie odnotowano wpływu zażalenia.” - informuje RadioZET.pl sędzia Małgorzata Jarecka, rzeczniczka prasowa Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.
Tomasz Lebiocki, prezes Stowarzyszenia Bezpieczna Lubelszczyzna o odrzuceniu skargi dowiaduje się od nas. - Nie mam takiej informacji, muszę się skontaktować z prawnikiem. Na pewno będziemy dalej walczyli o sprawiedliwość. Kluczowe jest to, że Kancelaria Premiera podważyła całość wydatków, a nie tylko część. A my przecież udowodniliśmy, że projekt został został zrealizowany. Uważam, że to co się dzieje jest nagonką polityczną. Dziś mamy zablokowane konto, stowarzyszenie praktycznie nie funkcjonuje. Jesteśmy w zawieszeni próżni. Nie likwidujemy go, bo będziemy walczyć. Nie pozwolimy sobie na to, żeby ktoś zarzucał nam kradzież czy malwersację. Działaliśmy przez 13 lat i nie było zastrzeżeń, projekty były rozliczane, zatwierdzane. Wszystko nagle zmieniło się po zmianie władzy – przekonuje Lebiocki.
Posłanka PiS: Nie byłam kandydatką, nie myślałam o wyborach
O zaangażowanie w projekt i konsekwencje decyzji KPRM oraz sądu pytamy posłanki PiS oraz Jędrzeja Halerza.
„Projekt miał dobre założenia, zwiększenie bezpieczeństwa i zdolności obronności kobiet, tylko dlatego zgodziłam się na przyjęcie propozycji ambasadorki. Nie słyszałam o nieprawidłowościach na poziomie realizacji projektu. Wszystkie zajęcia, na których byłam (max.3-4 zajęcia) przebiegały prawidłowo, kobiety były zadowolone z przekazywanych treści i zajęć. W momencie, gdy powstała inicjatywa projektu, nie myślałamo wyborachi nie byłam kandydatką w żadnych wyborach, więc nie uważam aby inicjatywa miała jakikolwiek związek z kampanią wyborczą” - przekazała nam w wiadomości Magdalena Filipek-Sobczak, posłanka PiS.
Jej partyjna koleżanka Monika Pawłowska pisze z kolei, że jest „wdzięczna i dumna” za to, że mogła być ambasadorką projektu. Przekonuje, że nie ma wiedzy o nim odkąd przestała go promować. Natomiast informacje medialne uznaje za „zwykłą wojnę polityczną” i próbę przykrycia afer przez rząd.
Zdziwiony decyzjami KPRM i sądu jest Jędrzej Halerz, mąż Pawłowskiej i były rzecznik Stowarzyszenia promującego projekt. - Od pana dowiaduję się, że KPRM żąda zwrotu dotacji. Ja swoje zadania wykonałem zgodnie z podpisaną umową, bylem kontrolowany przez wszystkie możliwe instytucje, m.in. KAS, US, ZUS i żadna z nich nie dopatrzyła się nieprawidłowości. Ze stowarzyszeniem nie jestem od dawna związany. Uważam, że sprawa ma charakter wyłącznie polityczny - mówi RadioZET.pl Jędrzej Halerz.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET
Tu się dzieje