
Wagon PKP Intercity od tego wakacyjnego sezonu zaczął dojeżdżać do słoweńskiego Kopru u wybrzeża Morza Adriatyckiego . Wchodzi on w skład "Adriatic Expressu" , który w zeszłym roku docierał tylko do Rijeki , a podróż nim z Polski opisałem w tym artykule . Publikując go, nie spodziewałem się jednak, jakie "przygody" spotkają mnie w czasie powrotu do ojczyzny.
Skład, zestawiony z naszego wagonu oraz trzech węgierskich, wyruszył z Kopru we wtorek punktualnie o 18.50. Plan był taki: docieramy do stolicy Słowenii, gdzie wagon PKP Intercity jest odpinany od węgierskich, a następnie podłączany do reszty polskich , jadących z Rijeki. Przewidziano w Lublanie półtoragodzinny postój, co zazwyczaj starcza na takie manewry. Lecz nie tym razem.
"Adriatic Express". Chciałem pospać, wygonili mnie z wagonu
Skala spóźnienia się zwiększała, a oczekiwanego, drugiego pociągu nie było. Podróżni zgłodnieli, ale tak, jak w naszych dużych miastach nie ma problemu, by kupić coś w nocy, tak Lublana zamyka się o 22.00 . Początkowo przekąski sprzedawała obsługa węgierskiego wagonu sypialnego, ale gdy odłączono ich pantografy, odmówiła sprzedaży , bo - jak twierdziła - nie była w stanie jej zaksięgować.
W końcu rijecki "Adriatic Express" się pojawił. Spóźniony o prawie godzinę, a wykonywane w słoweńskiej stolicy rozłączanie i łączenie składów wydłużyło ten odchył od rozkładu jazdy jeszcze o 30 minut. I doszło też do niebezpiecznej sytuacji: skład się zatrzymał, drzwi przed pasażerką się otworzyły... A następnie pociąg ruszył i ponownie się zatrzymał . Gdyby ta pani wypadła na peron, doszłoby do nieszczęścia.
Z Lublany pod opieką tamtejszych kolejarzy ruszyliśmy trochę po północy (miała być 22.50). Tuż przed zaśnięciem myślałem: "W Austrii zbijemy opóźnienie i w Polsce będziemy w miarę o czasie". Jakże się pomyliłem...
Szuuust! Przed piątą rano austriacka konduktorka z impetem odsuwa drzwi i zagląda do mojego przedziału . Patrzę się na nią zmrużonym wzrokiem, pokazując bilet. A ona tylko mówi po angielsku, że "zamykają" wagon i mam pójść sobie gdzieś dalej.
Ale o co chodzi? Wyglądam na korytarz, a tam zdezorientowana rodzina Ukraińców oraz grupa Polaków. Dokąd dokładnie mamy iść i z jakiego powodu? I właściwie dlaczego zbliżamy się dopiero do miasta Graz, gdzie mieliśmy być po drugiej w nocy? Przecież to oznacza, że podwoiliśmy spóźnienie.
Nagle staliśmy się innym pociągiem. Jadącym dokąd indziej
Konduktorkę złapaliśmy ponownie. Jak stwierdziła, nie możemy być dłużej na naszych miejscach, dlatego mamy zabrać torby z walizkami, przejść przez wagon sypialny i poszukać wolnych foteli. Objuczyliśmy się swoim dobytkiem, ruszając na łowy. Szczęśliwie alternatywne miejscówki były. Nikt jednak nie powiedział, dlaczego wyrwano nas ze snu.
Dotarliśmy do Grazu. Stoimy. Peronowa tablica pokazuje początkowo, że przyjechał skład z Rijeki, a ostatni wagon (nasz, z Kopru) jest uszkodzony. A tu ni stąd, ni zowąd zmiana - staliśmy się "Porta Moravica" , czyli pociągiem jadącym do czeskiego Bogumina, a później rozłączanym na dwa osobne: do Wrocławia oraz Krakowa.
"Porta Moravica", której wagony dołączono do naszych, faktycznie rusza o 5:36 z Grazu, ale nie mknie tam, dokąd "Adriatic Express". I tu kolejny raz nie wiedzieliśmy, co właściwie chcą z nami zrobić . Czy dotrzemy do celu?
Zapytana o to osoba z obsługi odparła, że najpierw dojedziemy do Wiednia, ale tam na pewno nie poczeka na nas "Sobieski" , z którym "Adriatic Express" miał się połączyć.
Duchota w pociągu. I znów brak informacji
W stolicy Austrii dostaliśmy aktualizację, jaką następnie roznosiliśmy po przedziałach drogą pantoflową: w Boguminie odłączą wagony z Kopru i Rijeki, a my pojedziemy do Krakowa i stamtąd do Warszawy . I tak mknęliśmy sobie wśród wzgórz i dolin, zwiększając z niewiadomych powodów opóźnienie w stale nagrzewających się przedziałach.
Klimatyzacja niby działała, ale im wyżej słońce było na niebie, tym funkcjonowała z coraz większą nieśmiałością. Uciążliwe było to zwłaszcza w czeskim taborze, z jakiego zestawiona jest "Porta Moravica". Szliśmy przez niego do wagonu restauracyjnego , by zjeść śniadanie.
A jego wnętrze, gdzie korzysta się przecież z garnków i patelni, też stało się niemożliwie duszne. Wytchnienie dawały jedynie chwile, gdy wchodził ktoś nowy i między stoliki wpływało zimniejsze powietrze z przejścia. Jajecznica smakowała, ale z irytacją przyjmowałem już to, że pociąg stoi, rusza, znów stoi, albo wlecze się po szlaku.
Rozumiem, że mogły wpłynąć na to trudne warunki atmosferyczne podczas fali upałów. Ale znów: dlaczego zagraniczni kolejarze nie podawali podróżnym żadnej informacji poza tym, że jesteśmy coraz bardziej spóźnieni? Zwłaszcza, iż niektórzy Polacy zaczęli szukać przesiadek, bo nie było wiadomo, czy dotrzemy do celu.
Najpierw kazali wysiąść, później kazali wrócić
Objawił się wreszcie Bogumin , a wraz z nim chaos. Wcześniej w "Porta Moravica" powiedziano pasażerom do Warszawy, że muszą opuścić wagony z Rijeki i Kopru. Widzimy na peronie konduktorów PKP Intercity, więc pytamy, jak dokładnie mamy się przesiąść. A oni odpowiadają, że nie mają pojęcia, bo nikt od Austriaków ich nie poinformował o losie jadących znad Adriatyku .
Co więcej, na jaw wyszło, że w ogóle nie spodziewali się nadprogramowych wagonów z "Adriatic Expressu". Jakby tego było mało, kończąca wartę w pociągu załoga z kraju Mozarta pomyliła tablice kierunkowe na niektórych drzwiach , co spotęgowało zamieszanie. Tam, gdzie powinien być kierunek Kraków, wisiał Wrocław.
W tym czasie pasażerowie kręcili się po peronie, bojąc się, że właściwy skład im umknie, a ci nieznający polskiego dopytywali, co tu się właściwie dzieje . Ktoś z kolejarzy w końcu rzucił, abyśmy wsiedli do krakowskich wagonów, zajęli miejsca i okaże się, co dalej.
Tak też zrobiliśmy, a tam - już po tym, jak pociąg ruszył - od innego pracownika PKP Intercity dowiedzieliśmy się, że... powinniśmy zostać tam, gdzie byliśmy . Gdyż wagony z "Adriatic Expressu" wcale nie zostały odłączone, tylko jechały z nami dalej. Całe targanie ciężkich bagaży na marne.
Przy przedziale konduktorskim zrobiło się bardzo nerwowo. Załoga próbowała skonsultować się z dyspozyturą w Krakowie , ale tam nikt nie odbierał telefonu.
Wściekłość wśród pasażerów. "Oni wiedzą, co robią?"
W tym czasie grupka rozeźlonych podróżnych domagała się jasnych i precyzyjnych wskazówek - co z nami dalej? A w ich uspokojeniu nie pomogła "porada", by poszli łaskawie do wagonów o kierunku "Warszawa", skoro chcą się dostać do stolicy. Podobnie jak jej uzupełnienie, by przeczytali napis na tablicach.
Zastanawiałem się, dlaczego po prostu nie zawieźć nas do Krakowa, skoro są wolne miejsca, a stamtąd do stolicy dostać się już łatwo. Nieraz - właśnie w przypadku dużego spóźnienia, a nasze nadal przebijało 200 minut - dostawałem od ręki poświadczenie o możliwości jazdy danym pociągiem. Podczas tej całej nerwówki rzuciłem taki pomysł, ale w rwetesie dyskusji chyba nikt go nie usłyszał.
Wybrzmiało w końcu przez głośniki: "Pasażerowie jadący do Warszawy proszeni są o przejście do wagonów..." - i tu wyliczono kilka numerów "-naście". Sęk w tym, że w składzie takich nie było, bo w pociągach międzynarodowych wagony oznaczone są w setkach , na przykład 344, 345 czy 346. I burza rozpętała się na nowo, bo jedni poszli w prawo, drudzy w lewo, potem się spotkali, wracając, a trzeci nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, to się roześmiali.
Padło wtedy ze strony kolejarzy kolejne wyjaśnienie: wagony będą odłączone w Czechowicach-Dziedzicach i pojadą dalej do Warszawy. Poszliśmy więc na swoje miejsca. A kiedy skład zatrzymał się na wspomnianej stacji, wersja znów się zmieniła. Okazało się, że musimy wysiąść, zmienić peron i wsiąść do szynobusu Kolei Śląskich , który zabierze nas do Katowic.
Na ratunek Pendolino
Obiecano nam, iż w głównym mieście województwa będą dla nas miejsca w Pendolino kursującym do Warszawy. Gronem wracających znad Adriatyku zeszliśmy do podziemnego przejścia, a potem - z walizkami - wdrapywaliśmy się po schodach. Co szybsi weszli wówczas do windy, ale czy z dźwigu osobowego zdążyłby każdy skorzystać przed odjazdem regionalnego szynobusu ?
W Kolejach Śląskich konduktorki wiedziały, że jesteśmy zagubieni w szynowym świecie i jedynie sprawdzały, czy mamy bilety z Kopru lub Rijeki . Niektórzy z naszej grupy byli już na tyle zmęczeni, że zasypiali w fotelach raczej nieprzystosowanych do nocnych podróży. Mieli do tego prawo, ponieważ w Katowicach zameldowaliśmy się później niż mieliśmy być w stolicy.
A finiszem całej podróży "Adriatic Expressem" , która stała się seansem pomyłek, niedomówień, nerwów i zmęczenia, było to, iż w Pendolino... nie wiedziano, że pojawią się pasażerowie z Rijeki i Kopru . Wyszło to na jaw przy sprawdzaniu biletów. Szczęśliwie tu większych turbulencji już nie było, bo drużyna z EIP niedługo po wyjeździe z Katowic rozdała nam darmowe miejscówki.
Na stację Warszawa Centralna przyjechałem o 17.27, a powinienem o 14.04. Ktoś powie - bywają i większe spóźnienia. Tak, ale ponad trzy godziny poślizgu w przypadku wyprawy z Chorwacji czy Słowenii sprawiają, że cała wyprawa trwa niemal dobę . Do tego spać było trudno, skoro o świcie urządzono nam przeprowadzkę.
I podkreślmy - przez ten czas nikt nie zaoferował nam przekąski czy butelki wody . Czułem się, jakby podawano nas z rąk do rąk niczym kukułcze jajo , z którym nikt nie wie, co zrobić.
Do Kopru i Rijeki pojechały wagony, które nie powinny tam się znaleźć
Rzecznik PKP Intercity Michał Wrzosek pod nagraniem z podróży, jaki zamieściłem na X, podał powód, dlaczego pociąg spóźnił się na terenie Chorwacji, Słowenii oraz Austrii. "Przyczyną tych opóźnień były problemy po stronie chorwackiej z obiegowaniem lokomotywy. Dołożyła się jeszcze awaria lokomotywy austriackiej " - wskazał.
Nawiasem mówiąc, wagony, które skierowano tego dnia nad Morze Adriatyckie, w ogóle nie powinny tam pojechać . Nie chodzi o komfort (fotele były bardzo wygodne), a zasady dofinansowania z KPO, dzięki któremu zostały zmodernizowane. Widać było nawet ślady po naklejkach informujących o unijnym programie.
Jak wytłumaczył przewoźnik, wagony te wyjechały na komercyjne połączenie, jakim jest "Adriatic Express", a nie dotowane z budżetu państwa, ponieważ awaryjnie wynikło tak z zakłóceń na sieci kolejowej podczas upałów . A naklejki, według PKP Intercity, zniknęły ze względu na temperaturę i mycie pod ciśnieniem.
Wiktor Kazanecki, Interia
Kontakt do autora: [email protected]