
Eliza Olczyk, „Wprost” : Co wyborcy za półtora roku, czyli przed wyborami 2027 r., będą pamiętali z afery Szpitala Południowego?
Dr Bartosz Rydliński : Tego nie sposób przewidzieć. Mogą pamiętać niewiele albo wszystko.
Jeżeli, dajmy na to, za rok możemy być w kolejnej odsłonie sporu historycznego z Ukrainą, to pewnie tym będzie żyła opinia publiczna. Jeżeli nastąpi globalny krach gospodarczy i będziemy mieli dwucyfrowe bezrobocie – to będzie temat zajmujący wyborców, itd. Uważam jednak, że przy urnach nie wystawia się ocen klasie politycznej na podstawie ostatnich tygodni aktywności, tylko za całą kadencję. Zakładam więc, że w ogólnym rozrachunku ta sprawa będzie miała swoją wagę, tak samo jak miały ją afery PO – hazardowa i podsłuchowa – czy Zjednoczonej Prawicy, np. willa plus lub afera wizowa. Prawdopodobnie nie będziemy żyli sprawą Szpitala Południowego przez kolejne miesiące, chociaż dziennikarze, którzy ujawnili tę sprawę, piszą w swoich mediach społecznościowych, że będą nowe informacje .
Po VIP-roomie i szybkiej ścieżce leczenia dla polityków z legitymacją Koalicji Obywatelskiej mamy publikacje o kolejnej patologii w tym szpitalu, czyl i działalności prosektorium . Ta historia według Res Futura dotarła do 7 mln ludzi i większość była oburzona tym, co się tam działo.
Cała ta sprawa ze Szpitalem Południowym ma jakiś piramidalny wymiar skandaliczności. A kolejne piętra tej piramidy są coraz bardziej przeraźliwe. Przy czym nie wiemy, co jest na samej górze tej piramidy. Bo skoro słyszymy zarzuty, że w wyniku błędów lekarskich ludzie tracili życie, że były wykonywane tomografy po śmierci, a teraz dowiadujemy się o działaniach podobnych do tych z afery łowców skór, to już brakuje po prostu słów na opisanie tych praktyk.
Nie wiem, co jeszcze musi się wydarzyć, żeby Donald Tusk się wściekł, jak mawia część dziennikarzy. Żeby wyszedł na konferencję prasową i zapowiedział, że polecą głowy i żeby one faktycznie poleciały. Premier powiedział, że ta sprawa będzie wyjaśniana do spodu. To jest takie ulubione powiedzenie polityków, gdy niewiele chcą zrobić.
No właśnie. Mam wrażenie, że Donald Tusk, w przeszłości potrafił dymisjonować ważnych polityków Platformy Obywatelskiej, łącznie z Grzegorzem Schetyną, a i tak przegrywał wybory. Zatem może przewrotnie doszedł do wniosku, że skoro zrzucał ważnych ludzi ze stołków i przegrywał, to teraz nie będzie tego robił.
Problem w tym, że część komentatorów życia politycznego, być może nawet część wyborców Koalicji Obywatelskiej, wierzyła, że zostaną podjęte radykalne kroki – od dymisji nadprezydenta Warszawy, czyli ministra Marcina Kierwińskiego, po ukaranie Rafała Trzaskowskiego na poziomie partyjnym, np. zawieszanie go w prawa członka partii. Że struktury warszawskiej organizacji zostaną rozwiązane, tak jak rozwiązano organizację krakowską po przegranym referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta z KO. A tu widzimy, że Donald Tusk stosuje różne standardy do różnych sytuacji. Taka niekonsekwencja w polityce bardzo dużo kosztuje.
Mnie osobiście zadziwiają politycy KO, np. Bartosz Arłukowicz, były minister zdrowia, który na pytanie o wykonanie badania tomografem osobie zmarłej, odparł że Tutenchamon też miał robioną tomografię, choć dość dawno umarł. Czy politycy Koalicji Obywatelskiej uważają swoich wyborców za ludzi, którzy „łykają” takie idiotyzmy?