
Mój tata bardzo lubi przytaczać zdarzenie z drugiej połowy lat 80., gdy po moim urodzeniu mieszkaliśmy w akademiku Ikar w lubelskim miasteczku akademickim. Historyjka jest krótka: tata jechał ze mną windą na spacer i na jednym z pięter drzwi otworzył czarnoskóry mężczyzna, a ja na jego widok strasznie się rozryczałem i ojciec nie mógł mnie uspokoić.
Jest to oczywiście anegdota rasistowska sugerująca, że dzieci boją się czarnych i przepraszam, że publicznie ją przytaczam, ale posłuży mi ona do odparcia innego rasistowskiego ataku, który wymierzony został w moje rodzinne miasto. Jest on groźniejszy o tyle, że jest aktualny i o znacznie szerszym zasięgu niż rozmowa z ojcem przy herbacie.
Marszałek tchórzliwy, ale sprytny
„Mieszkańcy Lublina, co z Wami jest nie tak, że wybieracie władze, które zasiedlają Wasze piękne miasto cudzoziemcami?” – tak miesiąc temu spruł się w internetowym poście wicemarszałek polskiego Sejmu Krzysztof Bosak.
Od razu trzeba wyjaśnić, że nie chodziło o wszystkich cudzoziemców, tylko tych czarnoskórych i pochodzących z któregoś z krajów Afryki. Wiemy to, bo Bosak uzewnętrznił się w reakcji na nagranie, na którym społeczność afrykańskich studentów mieszkających w Lublinie zaprasza na festiwal Africa Day , który tradycyjnie odbywał się w dniach 29-30 maja.
Wicemarszałek nie miał odwagi napisać, że chodzi mu o osoby o czarnym kolorze skóry. Jest człowiekiem mało odważnym, ale sprytnym. Komentarz wrzucony został bowiem na fali rasistowskich niepokojów szerzonych w Wielkiej Brytanii. Doniesienia z Wysp docierają tu za pośrednictwem naszych licznych rodaków zamieszkujących Anglię oraz okolice, pracujących dla obcego kapitału i pałających z tego powodu resentymentem, każącym spoglądać z góry na niebiałych ludzi oraz ich potomków, którzy przybyli tam w tym samym celu, tylko parę dekad wcześniej.
W blokach czekali już lokalni działacze rasistowscy z różnych mikroorganizacji prawicowych, którzy bez kozery deklarowali, że chodzi im o „Murzynów”. Niestety, niewiele trzeba, by wrzucić polaryzujący temat do debaty publicznej i mimo że konferencja prasowa narodowców przed lubelskim ratuszem wyglądała zgoła żałośnie, to udało im się wywołać do tablicy reprezentantów władz miasta oraz uczelni wyższych .
Ci jednoznacznie poparli afrykańską społeczność miasta, przytaczając dane wskazujące na jej pozytywny wpływ na rozwój Lublina i merytorycznie dementując zmyślone przez nacjonalistów zarzuty, dopatrujące się spisku w polityce imigracyjnej. Można było mieć przez chwilę poczucie ulgi, bo doniesienia z Lublina śledził cały kraj i gdyby się okazało, że mieszkańcy miasta zamanifestują jakoś poparcie dla prowokacji Bosaka, byłaby nie lada kompromitacja.
„Złoty interes” zamiast odpowiedzialności
Komunikat wysłany przez władze miasta zadowolił serwisy informacyjne, które podały dalej dane o procentowo znikomej liczbie przybyszów z krajów Afryki (czyt. czarnoskórych) w mieście, z drugiej strony – o setkach milionów złotych, jakie wnoszą oni do budżetu . Czyli że się opłaca, a w dodatku ponad dziewięćdziesiąt procent absolwentów wraca po studiach do kraju pochodzenia. Złoty interes.
Zdecydowana reakcja oficjeli była wysoce pożądana i w części ostudziła zapał szowinistycznego komentariatu, ale z pewnością nie zneutralizowała go i nie naprawiła społecznych szkód, które i tak zdążyły zaistnieć wskutek słów Bosaka i wtórujących mu krzykaczy.
Polscy rasiści poczuli, że pomimo znikomych zasobów ludzkich mogą mieć na coś wpływ. Do tego, zachęceni wynikami krakowskiego referendum odwołującego ze stanowiska tamtejszego prezydenta, zaczęli odwoływać się do demokratycznych narzędzi i procedur, sugerując, że podobny los może spotkać prezydenta Lublina Krzysztofa Żuka.
Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji
Maria Janion
od 38,34 zł
Wznieciliśmy mrok. Historia mówiona polskiej sceny metalowej w latach 80. i 90.
Marcin Lisiecki
od 28,74 zł
Ми тут не вдома. Українські мігранти та біженці про відносини з поляками
Olena Babakova, Przemysław Sadura
od 0,00 zł
Nie jesteśmy w domu. Ukraińscy migranci i uchodźcy o relacjach z Polakami
Olena Babakova, Przemysław Sadura
od 0,00 zł
Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś
Howard Zinn
od 57,55 zł
Jak uniknąć tragedii? William Szekspir a świat współczesny
Maciej Gdula
od 28,74 zł
Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]
Dominika Lasota
od 19,14 zł
Propagandysta, który przechytrzył Hitlera
Peter Pomerantsev
od 31,14 zł
Bez szacunku. Kryzys społeczny
Byung-Chul Han
od 23,94 zł
Muskizm. Świat według Elona Muska
Ben Tarnoff, Quinn Slobodian
od 33,54 zł
Po chwili, mierząc zamiary podług sił, zredukowali postulaty i sformułowali petycję do Żuka, domagając się odwołania urzędniczki odpowiedzialnej za program Study in Lublin , który koordynuje kształcenie zagranicznych studentów w mieście. Wiktoria Herun została namierzona przez nacjonalistów, ponieważ pół roku temu udzieliła wywiadu w akademickiej telewizji internetowej, gdzie opowiadała, że niektórzy studenci przyjeżdżają do Lublina z rodzinami. Co więcej, sama jest z pochodzenia Ukrainką. Narodowców odpaliło to na całego: Ukrainka sprowadza do Polski afrykańskie rodziny!
Ponieważ sprawa Africa Day od początku wydawała się idealnym poligonem do fabrykowania treści, przyglądali się jej bacznie tropiciele fejków i dementowali bzdury oraz nadużycia . Może to wystarczy, by Wiktoria Herun pozostała na stanowisku.
Na dementowaniu i sprostowaniach nie można jednak poprzestać, ponieważ w dalszym ciągu pozostaje się w narracji narzuconej przez kilku oportunistycznych agentów wspartych internetową koniunkturą. Odwoływanie się do zdroworozsądkowej, ekonomicznej kalkulacji to wyrzekanie się odpowiedzialności za społeczną atmosferę miasta. Co więcej taka postawa podatna jest na zdarzenia, których wykalkulować nie sposób.
Kto podsyca rasistowskie emocje w Lublinie
Parada Africa Day przeszła przez główne ulice Lublina zgodnie z planem i bez przeszkód. Widok czarnoskórych osób nie psuje w oczach lublinian piękna ich miasta, jak chciałby tego tańczący z gwiazdami wicemarszałek Sejmu.
Pech chciał, że w weekend tuż po zakończeniu festiwalu na lubelskim deptaku doszło do nocnej bójki, podczas której czarny obywatel Zimbabwe rozbił szklankę na głowie białego obywatela Polski. Obaj byli pijani i pokłócili się cholera wie o co.
W weekendowe noce deptak zamienia się w przykre miejsce i pisze się o tym od lat. Doszło tam już kiedyś do pobicia śmiertelnego . Także ta awantura między gościem z Zimbabwe a typowym „świętującym ze znajomymi” Polakiem przeszłaby bez echa jak wiele podobnych przed nią, ale trafiło na specyficzny, zaaranżowany przez Krzysztofa Bosaka kontekst. Lokalni dziennikarze od razu ruszyli z pytaniami do policji , a ta stwierdziła, że kwalifikacja czynu jest niska, oraz że obcokrajowiec nie był wcześniej karany, więc nie przewiduje się wniosku o deportację.
Ruch Narodowy zorganizował kolejną konferencję prasową, posługując się tym razem pobitym Polakiem jako rekwizytem, przykładem fatalnych skutków obecności niepolaków w naszych miastach.
I ponownie marginalna inicjatywa, skrzyknięta przez kilkoro aspirujących, nacjonalistycznych działaczy, wzywa pod tablicę państwo polskie, wysuwając wymyślone naprędce żądania. Państwo zaś pospiesznie im ulega i czarnoskóry mieszkaniec tego kraju zostaje wydalony do Zimbabwe .
Policja porozumiała się w tej sprawie ze Strażą Graniczną w przeciągu zaledwie tygodnia. Ciekawe, czy polski wymiar sprawiedliwości posiada zasoby na tak szybkie zorganizowanie uczciwego i wyczerpującego postępowania? Kto do kogo zadzwonił, żeby skłonić policjantów do zrewidowania oceny sytuacji i zastosowania nadzwyczaj surowych środków?
Lublin zdaje egzamin
Fantazje o masowych deportacjach niebiałych migrantów, nie tylko z Polski, ale z całej Europy, to główny postulat marginalnej, ale hałaśliwej, prawicowej międzynarodówki. Najbardziej wyszczekany jest w tym względzie europoseł Prawa i Sprawiedliwości, wychowanek Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Dominik Tarczyński .
Rasizm oraz jego promocję traktuje się w niektórych krajach poważnie i dlatego Wielka Brytania niedawno zakazała Tarczyńskiemu wjazdu na swoje terytorium . Chciał on wziąć udział w antyimigranckim marszu tamtejszych narodowców.
Także wiadomość o deportacji, kolejnym małym zwycięstwie w zmontowanej na poły przypadkiem i rozkręconej na cały kraj aferze rasistowskiej, podnieciła lubelski Ruch Narodowy i pozwoliła pociągnąć temat w kolejnych tygodniach, pomimo odpływu zainteresowania mediów i polityków głównego nurtu.
Gdy okazało się, że nie uda się wywołać w mieście rasistowskich zamieszek na podobieństwo tych z Belfastu ani choćby demonstracji takich, jak te po zabójstwie białoskórego Anglika Henry’ego Nowaka , którego ojciec był Polakiem, co sprawiło, że nasza prawica gorliwie relacjonowała ich przebieg, lubelscy narodowcy ograniczyli się do wspomnianej internetowej petycji skierowanej do prezydenta Żuka. Sama w sobie niewiele ona znaczy, ale dla prawaków ma bezcenny walor przedłużający ich inicjatywę na kolejne tygodnie, pozwala im się uczyć prowadzenia kampanii i mieć nadzieję, że jutro należy do nich.
Ten tekst i wiele innych powstał dzięki naszym Darczyńcom.
Regularne wpłaty od Was dają nam poczucie bezpieczeństwa. Dzięki nim możemy planować.
Wspieraj nas
Wsparcie miesięczne
Płatność odnawialna. W każdym momencie możesz zrezygnować z płatności.
Wsparcie jednorazowe
Tymczasem Lublin, rozumiany jako wspólnota mieszkańców i mieszkanek, zdał swój humanistyczny test na medal. Majaki konfederackich i pisowskich posłów nie znalazły odzwierciedlenia w żadnej publicznej manifestacji niechęci do czarnych, brązowych czy żółtych lublinian.
Tłumaczyłbym to właśnie moim, wspomnianym na początku, pierwszym w życiu spotkaniem z czarnoskórym człowiekiem. To było czterdzieści lat temu! Studenci z rozmaitych krajów kontynentu afrykańskiego regularnie przylatują na lubelskie uczelnie od przeszło pół wieku i totalnie opatrzyli się tu białym lokalsom. Bosak może sobie wsadzić swoje umizgi i strachy w buty, bo dzieci nie płaczą już na widok obcokrajowców. Chociaż nie mam złudzeń, że przykre żarty na ten temat są wciąż opowiadane i nad naszym rodowitym rasizmem dnia powszedniego należy niestrudzenie pracować.
Temu właśnie służy Africa Day Festival oraz praca instytucji pozarządowych, wpieranych przez samorząd i państwo. W Lublinie zdecydowanie zareagował Homo Faber za pośrednictwem prowadzonego przezeń miejsca spotkań Baobab . I zanim prawica pokojarzy, że Baobab to takie afrykańskie drzewo i otrąbi ujawnienie w Lublinie spiskowej Teorii Wielkiego Zastąpienia wraz z jej piątą kolumną, spieszę wyjaśnić, że Baobab był pieszczotliwą nazwą wspaniałej, nieodżałowanej topoli, która zdobiła przez stulecia Plac Litewski.
Antydyskryminacyjny optymizm
Nie jest niespodzianką, że to z działackich instytucji płynie najwłaściwszy, bo oparty o uniwersalne, antydyskryminacyjne i wspólnotowe wartości przekaz kontrujący nacjonalistyczne prowokacje . Szkoda, że mając dostępne na co dzień zasoby doświadczonych trenerów antydyskryminacyjnych. nie wspierają się nimi sami oficjele, którzy wolą odwoływać się do powszechnego w ich własnym rozumieniu poczucia interesu i oczekiwania okupu, który obcokrajowcy mają uiszczać do miejskiej kasy.
Żyjemy w dostatnim kraju i trudno na trwałe przyswoić sobie, że bez studentów z kontynentu afrykańskiego oraz ich rodzin mogłoby nam czegoś zabraknąć. Poczucie interesu nie znosi odziedziczonej po ojcach skłonności do uprzedzeń, a statystyki i rachunki nie zastąpią edukacji obywatelskiej, rozumienia praw człowieka i wrażliwości na niesprawiedliwe traktowanie.
Paradoksalnie, a może z konieczności, optymistą pozostaje człowiek, którego atak Bosaka mógł dotknąć najbardziej. Abraham Diomande urodził się w Stanach Zjednoczonych, a wychowywał na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jest muzykiem gospel, lekarzem i pastorem, a przede wszystkim pomysłodawcą i organizatorem Africa Day Festival. Zapytałem go o wartości stojące za festiwalem.
– Na pomysł festiwalu Africa Day wpadłem trzy lata temu – mówi Abraham. – Chodziło mi o to, że im lepiej czułem się w Lublinie, tym bardziej chciałem dać miastu i jego mieszkańcom coś od siebie. Nie miałem wiele, ale za to była to rzecz bezcenna: doświadczenie mojego kraju i kultury. Ludzie w Polsce interesują się Afryką i coraz częściej latają do któregoś z afrykańskich krajów na wycieczki. Tyle że jest to albo safari, albo pobyt w hotelu na wybrzeżu. Niewiele im to mówi o życiu tamtejszych mieszkańców, no i jest bardzo kosztowne. Na naszym festiwalu mogą spróbować kuchni z różnych stron kontynentu, posłuchać muzyki, zatańczyć, przymierzyć stroje, dowiedzieć się czegoś o naturalnej produkcji kosmetyków i rzemiośle artystycznym. Festiwal może odwiedzić każdy, zupełnie za darmo – tłumaczy mój rozmówca.
Pytany o atak Bosaka twórca Africa Day mówi: – Nie będziemy się zniechęcać, bo wiemy, że mamy do zaoferowania coś autentycznego i nieprzeliczalnego na pieniądze. Wiem to, bo jestem chrześcijaninem i jako chrześcijanin wiem jeszcze, że nie mogę w zgodzie z prawdą powiedzieć, że kocham Boga jeśli nie darzę miłością sąsiadów i społeczności, której żyję.
– Cieszę się że władze miasta zareagowały szybko i zdecydowanie. To wspaniała rzecz i jestem im wdzięczny. Cieszy mnie, że lublinianie licznie odwiedzili nasz festiwal. Było po prostu pięknie i czułem ich solidarność w obliczu ataków. Napastliwe komentarze w internecie tylko przysporzyły nam zainteresowania i przyjaciół – komentuje reakcję miasta Abraham Diomande.
Abraham Diomande Fot. Rafał Góral Europejska Stolica Kultury 2029: rasiści, nie przyjeżdżajcie
Rasizm będzie kąsać. Nie ten ludowy, właściwy nam wszystkim z powodów geograficznych, postkolonialnych, który z dekady na dekadę rozpływa się w przestrzeni doświadczania inności dzięki podróżom, egalitarności środków przekazu i migracjom. Bardziej niebezpieczny wydaje mi się rasizm konserwatywnych elit, po który sięgają z wyrachowania i w najbardziej newralgicznych momentach.
Rasizm ten ma zasoby, by momentalnie niweczyć lata pracy aktywistów szkolących urzędników i funkcjonariuszy policji czy innych służb. Jeden telefon z góry ośmiesza policjantów, którzy włożyli wcześniej sporo wysiłku w klarowne wyjaśnienie sytuacji. Następnym razem nie będą się narażać na połajanki.
Ponieważ na wierność swojemu szowinizmowi licytują się różne wpływowe stronnictwa, okazje do ataków nie będą przechodzić niezauważone. W Lublinie rywalizację o internetowe zasięgi stoczyli wieczny poseł Krzysztof Bosak i jego kolega, niedoszły poseł Rafał Mekler z jednej oraz Przemysław Czarnek i Dominik Tarczyński z drugiej, choć tej samej prawackiej strony.
Te parę dni atencji dużych mediów i internetowego komentariatu to był dla nich łakomy, darmowy kąsek. Dobro Lublina i lublinian nie miało przy tym najmniejszego znaczenia. Mieszkańcy nie byli w żadnej mierze podmiotem tej awantury. Posłużyli jako tło i rekwizyt. Społeczność miasta jest wręcz stratna, bo zasiano w niej ziarna nieufności i strachu.
Zamieszki nie wybuchły, ale czarnoskórym mieszkańcom Lublina i Polski wyrządzono realną krzywdę, jasno pokazując, że w sporach prawnych z białymi obywatelami są na straconej pozycji i wolno im mniej. Ich prawa będą koniunkturalnie zawieszane, gdy będzie to na rękę konserwatywnym elitom rządzącym.
Africa Day otwierał letni sezon festiwalowy w Lublinie, który teraz jest już w pełnym rozkwicie. Oferta jest przebogata i skrojona pod przyjezdnych z całego świata. To drugi sezon pod egidą tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2029. Jeśli Lublin ma w pełni wykorzystać tę szansę na sukces, to wszyscy przyjeżdżający muszą czuć się tu równie bezpieczni. Wszyscy poza twardogłowymi, prawicowymi rasistami, bo ci wykorzystują swoje poczucie bezkarności, by siać nienawiść wbrew potrzebom społeczności lokalnych. Oni niech nie przyjeżdżają.
**
Dofinansowano ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg