
Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Czy doszliśmy do krytycznego momentu w relacjach z Ukrainą?
Prof. Tomasz Nałęcz: Stan relacji polsko-ukraińskich zależy od konkretnego obszaru, o którym mówimy. Najsłabiej bez wątpienia wygląda płaszczyzna historyczna. Tutaj szkodliwy – i moim zdaniem prowokacyjny – ruch prezydenta Zełenskiego, polegający na nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), uczynił ogromne szkody. Gorzej zachować się nie mógł i zrobił to w fatalnym momencie – tuż przed kolejną rocznicą zbrodni ludobójstwa na Wołyniu.
Cokolwiek na tym zyskał?
Nie sądzę. Ma poważne kłopoty w kraju, choćby w związku z aferami korupcyjnymi w jego najbliższym otoczeniu, więc jego notowania w kraju spadają. Potrzebuje silnych bodźców do cementowania społeczeństwa ukraińskiego w obliczu trwającej wojny.
Czy prezydent Zełenski doszedł do ściany i uznał, że musi głęboko zresetować swój obóz, wymienić premier Julię Swyrydenko i dokonać zmian w dyplomacji?
Zełenski stoi na czele państwa, które od pięciu lat toczy wojnę na śmierć i życie z rosyjską agresją. Szykuje się też do wyborów prezydenckich. Czynników wpływających na jego decyzje jest mnóstwo, a relacje z Polską nie są dla niego w tej chwili najważniejsze.
Z drugiej strony, w Polsce widzimy coraz ostrzejszą antyukraińską kampanię polityków prawicy. Dolewają oliwy do ognia?