- Dla mnie to jest historia o tym, że mamy źle zarządzane to, co jest publiczne i to, co jest wspólne - powiedział we wtorek lider partii Razem Adrian Zandberg, pytany o historię z Warszawskim Szpitalem Południowym. Dopytywał też m.in. o to, "jakie konsekwencje zostały wyciągnięte" wobec wiceprezydent Warszawy, jeżeli wciąż pozostała ona na tym stanowisku.
Lider partii Razem Adrian Zandberg był we wtorek gościem na antenie TVN24, gdzie był pytany o dotychczasowe doniesienia ws. Warszawskiego Szpitala Południowego. Na pytanie o to, o czym - według niego - jest to historia, przekazał: - Dla mnie to jest historia o tym, że mamy źle zarządzane to, co jest publiczne i to, co jest wspólne - stwierdził, dodając, że obchodzi go w tej historii "co tu się wydarzyło, że ktoś doi publiczną kasę i nikt tego nie widzi albo wszyscy odwracają od tego wzrok".
Na to prowadzący Konrad Piasecki powiedział, że konsekwencje złego zarządzania zostały wyciągnięte. - Nie ma zarządu szpitala, nie ma rady nadzorczej szpitala - wymieniał.
Rowerzysta z nielegalnym rowerem w Gdańsku
- Zostały? A kto był w tej radzie nadzorczej szpitala? - odparł na to Zandberg, chwilę potem kontynuując: - Mówmy konkretami - była wiceprezydentka Warszawy. Jakie konsekwencje zostały wyciągnięte, jeżeli ona nadal jest wiceprezydentką Warszawy?
Dopytywany o to, czy oczekiwałby jej dymisji w związku z całą tą historią, odpowiedział: - Dla mnie to jest oczywista oczywistość. Bo po co są te rady nadzorcze? Porozmawiajmy o tym - zapytał i dodał:
- Więc mamy spółki, które należą do samorządów i te spółki to na przykład jest szpital. I mamy niestety w Polsce patologiczny mechanizm, który polega na tym, że się wyznacza w takich spółkach tak zwane rady nadzorcze i te rady nadzorcze teoretycznie powinny patrzeć wszystkim na ręce i sprawdzać, czy nikt nie kradnie, czy nie ma malwersacji, czy złe rzeczy się nie dzieją, ale jak to wygląda w Polsce? Otóż wygląda to w ten sposób, że do tych rad nadzorczych są wysyłani ordynarni koryciarze, lokalny aparat polityczny, po to, żeby dostawać po kilkadziesiąt tysięcy złotych za nic.
Zandberg: Dlaczego to ma miejsce w ten sposób? Po prostu jest układ
- Jak ten nadzór wygląda, to właśnie zobaczyliśmy w Szpitalu Południowym. Ja przepraszam bardzo, ale jak słyszę te opowieści, to mi się na śmiech zbiera. Niech mi pan powie, bardzo potrzebujemy takiego nadzoru, żeby pan Struzik (Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego - red.) i jego nienażarta wataha nadzorowali majątek publiczny w Warszawie? Ja panu powiem, dlaczego to ma miejsce w ten sposób - powiedział, dodając: - Otóż po prostu jest układ. Ten układ polega na tym, że politycy z Mazowsza, z sejmiku mazowieckiego i z okolic są wysyłani, żeby "nadzorować" spółki w Warszawie, a politycy z Warszawy związani z Koalicją Obywatelską "nadzorują" spółki poza Warszawą.
Według niego to jest "taka karuzela". - Taka sama historia jest na Śląsku, w Zagłębiu i we Wrocławiu, taka sama historia jest w wielu samorządach w Polsce, gdzie lokalne elity zrobiły sobie paśnik z tych spółek samorządowych. I to jest, uważam, po prostu skandal, bo mamy do czynienia z tym, że miliony złotych są rozdawane jakimś facetom, którzy jakby dostali dwie kulki, to by jedną zgubili, a drugą zepsuli, ale jedyny powód, dla którego je dostają, to dlatego, że są lokalnymi, wiernymi aparatczykami - mówił.
- Nie wolno tak traktować majątku publicznego, nie tylko dlatego, że to jest marnowanie publicznych pieniędzy, ale dlatego, że to potem dokładnie tak się kończy, jak w Szpitalu Południowym - podsumował Zandberg.
Dziennikarską przygodę zaczynała w studenckim radiu UJOT FM, później związana z Interią. Lubi patrzeć na świat przez obiektyw aparatu.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości