
Co roku 14 lipca w Paryżu odbywa się defilada wojskowa. Upał, ścisk, głośna orkiestra i asfalt do cna zryty przez czołgi. Tak francuski przemysł prezentuje wizytówkę swoich możliwości. Zbrojeniówka liczy na nowe kontrakty. V Republika Francuska pręży muskuły.
W tym roku jednak uroczystość pełni szczególną funkcję. To militarny pokaz, który ma przyćmić niedawną, majową paradę na Placu Czerwonym w Moskwie.
Rosyjska wersja parady była "oszczędnościowa". Prezydent Władimir Putin nie mógł liczyć na tłum zagranicznych gości, a ponadto mocno okroił pokaz ciężkiego sprzętu. Obawiano się ataku ukraińskich dronów, któremu - jak twierdzono - miała zapobiec interwencja prezydenta USA w Kijowie.
Jak by nie było, tegoroczna defilada w Paryżu to przede wszystkim manifestacja solidarności z walczącą Ukrainą. Tylko tej nocy Rosja wystrzeliła w kierunku terytorium Ukrainy około 135 dronów i 10 rakiet. Zginęły dwie osoby w obwodzie dniepropietrowskim.
Dlatego we wtorek obok prezydenta Emmanuela Macrona zasiadł prezydent Wołodymyr Zełenski, a dzień wcześniej odbyło się spotkanie tzw. koalicji chętnych (chętnych do materialnego wspierania Kijowa, gdy USA rozpoczęły ograniczanie pomocy).
W paradzie, poza udziałem żołnierzy ukraińskich, zaplanowano również uczestnictwo oddziałów z Niemiec, Polski, Rumunii, Wielkiej Brytanii, a nawet Kanady i Australii. Co rzuca się w oczy - w prasowych zapowiedziach nie było mowy o żołnierzach z USA.
Pożegnanie z bronią
To ostatnia defilada 14 lipca z udziałem Emmanuela Macrona jako prezydenta. Wiosną przyszłego roku (kwiecień-maj 2027) odbędą się wybory, które mogą wywrócić europejski stolik. W tej chwili w sondażach prowadzi bowiem Marine Le Pen.
Niczego nie można jeszcze przesądzać, ale serce tej polityczki biło bardziej w stronę Moskwy niż Kijowa. Początkowo, gdy w lutym 2022 roku wybuchła pełnoskalowa wojna, Macron także chętniej wydzwaniał do Putina niż do Zełenskiego.