Można pójść do rektora publicznej uczelni i zażądać, żeby podał, ile dokładnie – co do złotówki, z premiami i nagrodami – zarabia konkretny profesor. I tę informację dostać. Ale gdy poprosimy o pytania z egzaminu, który ów profesor ułożył, usłyszymy krótkie: „Nie, to nie wasza sprawa”. Ta sama uczelnia, te same publiczne pieniądze, a dwie zupełnie różne odpowiedzi sądu. Warto zrozumieć, dlaczego, bo właśnie w tej różnicy kryje się cała mechanika tego, co o uczelni wolno nam wiedzieć, a czego nie.